8 września 2004

przygod nigdy dosc

jejq,jejq...przygod nigdy dosc...

Jak Marcina i Izki nie bylo,bo pojechali do Chicago na izki interview,to ja z kaska w ramach rozpusty pojechalysmy do Cheesecake factory (restauracja,w ktorej maja takie dobre ciasta,ze hej:) no wiec siedzimy przy stoliku, przyszedl kelner, wzial zamowienie na napoje, poszedl i wrocil... i przyniosl tylko napoje, a zawsze przynosza tez swiezy chleb i maslo, by czekajac na zarcie cos przekasic (chlebek oczywiscie za darmo), no wiec czekamy kiedy nam przyniesie chleb, bo inni wkolo dostali... ale sie nie doczekalysmy. W koncu przyniosl jedzenie, a deser byl.. ech, pycha:) szkoda tylko,ze juz w polowie mojego cake'a myslalam, ze pekne! ale jakos wcisnelam go do konca (przeciez jedzenie nie moze sie marnowac) i pojechalysmy na zakupy.

Tego dnia bylo jakies swieto,wiec bylo pelno swiatecznych obnizek. Pierwsze co,to w sklepie sie wysikalysmy:) cos tam kupilysmy (bo dzien bez zakupow,to dzien stracony) i poszlysmy do samochodu, by jechac juz do domu... ale nie dalo sie jechac, bo samochod nie chcial odpalic... to juz sie kiedys zdazalo w tym samochodzie, no ale nam pierwszy raz... probowalysmy na wszystkie znane nam sposoby go odpalic, ale nic... wrocilysmy wiec do sklepu i spytalysmy sie czy mozemy zadzwonic, bo nasz samochod nie dziala.

Zadzwonilysmy do marcina ,a on powiedzial,ze trzeba zrobic jumpstart...a do tego potrzebny jest drugi samochod. powiedzielismy,by zadzwonil do Magdy (marcina siostry) i Lesa (jej meza),by przyjechali i nam pomogli, bo my nie chcemy znowu dzwonic ze sklepu (komorka to nie glupia rzecz, tylko szkoda, ze jej w stanach nie mamy). a my, zamiat czekac, bo moglybysmy tak czekac w nieskonczonosc, bo nie wiadomo gdzie teraz magda jest, to poszlismy na piechote do domu (na szczescie,to bylo w miare blisko... szkoda tylko, ze juz ciemno sie robilo, a jak mijal nas jakis motocyklista, to nie odpuscil sobie i musial zatrabic i pomachac!).

Jak juz bylysmy pod samym domem, to zatrzymal sie kolo nas samochod i spytal sie czy nie trzeba nas podwiezc... to byl Les z Magda:) zapakowalysmy sie do nich do samochodu i pojechalismy spowrotem pod sklep, gdzie zostal samochod (cale szczescie,ze nie popsul sie pod Cheesecake'iem, bo to by bylo duzo, duuuuuzo dalej, by wracac na piechote). Samochod odpalil, wiec wrocilysmy do domu w eskorcie magdy i lesa na wszeliki wypadek. Pod domem zostawilysmy wloczony samochod na 30 min, bo takie zalecenie wydal marcin, ale... jak go zgasilismy po 30 min. to znowu nie chcial odpalic... a kaska rano musiala jechac do pracy! na szczescie, izka z marcinem byli w chicago, wiec nastepnego dnia kaska pojechala izki samochodem, ale nastepnego dnia oni juz wracali... i klopot pojawial sie znowu!

A nastepnego dnia... zanim pojechalismy po nich na lotnisko, to zajechalysmy do cheesecake factory na male co-nie-co. Chlopak na host poszedl sprawdzic czy jest jakis wolny stolik i na szczescie byl... wiec siadamy przy stoliku i czekamy na kelnera,a tu... ten sam kelner co wczoraj (ta restauracja jest taka duza,ze to malo prawdopodobne trafic na tego samego kelnera nastepnego dnia), a kelner: czesc,jak sie macie,przyszlyscie po wiecej!?:) wiec znowu zamowilysmy to samo, ale tym razem kelner sie spytal czy kaska chce do tego frytki, a ilosc jej filetow z kurczaka byla duzo mniejsza i nie byly w sosie... i znowu nie bylo chleba!

ech...po cheesecak'u pojechalsmy na lotnisko po grusznisow... jedziemy, jedziemy... "oo,nie spytalam sie jakimi liniami przylatuja, wiec nie wiem jaki terminal" (to kaska powiedziala). Mi sie kojarzylo,ze odstawialismy ich na American Airlines, wiec beda wracac tymi samymi... kaska nie pamietala jakie to linie, wiec zdalysmy sie na moje domysly... ktore okazaly sie wlasciwe:) z lotniska do domu, a tam zaczelismy kombinowac, co tu zrobic z samochodem.

a plan byl taki: rano marcin odpala honde od drugiego dzialajacego samochodu, izka wstaja pol godziny pozniej, budzi kaske (kaska obudzila mnie ,bo nie chcialo jej sie samej jechac) i odwozimy izke do pracy i jedziemy wymienic akumulator. tam, powiedzieli nam, ze trzeba czekac godzine nim naprawia,wiec poszlysmy na pobliska stacje benzynowa po cos do picia. kaska chciala kawe, ja nic,ale te gorace kakao tak blagalo mnie ,by je wypic, ze wzielam kubek i chcialam sobie nalac... ale znowu cos! kakao leje sie wszedzie tylko nie do kubka... wrrr! zaraz przyleciala obsluga i zdziwiona mowi, ze jeszcze nigdy czegos takiego nie bylo,ze oni zaraz to naprawia... no i naprawili, ale fakt jest taki, ze mam kolejna przygode na koncie i ze to tylko kakao nie dzialalo (chyba naprawde musze zagrac w totka)... ech,a w domu okazalo sie, ze fax ktory wyslalam do CIEE, ze pracuje u Marcina nie dotarl, wiec musze wysylac znowu i dodatkowo jeszcze jedno pismo, na ktorym jest moj obecny adres zamieszkania i adres firmy gdzie pracuje (szczegol jest taki,ze to jeden i ten sam adres.a nazwisko marcina pojawialo sie juz przy okazji pierwszej pracy w hotelu, w ktorym w ogole nawet nie pracowalam...) skomplikowane to... ech,to kwestia przyzwyczajenia, ze zawsze pod gorke w tych stanach!

ewa

PS ale jeszcze musze wytlumaczyc sie dlaczego tak sie ostatnio obzeram ciastami. po prostu juz rozumiem znaczenie slowa monodieta! Od codziennego wsuwania platek z mlekiem, ktore czesem urozmaicalam kanapkami, to moj organizm juz nie reaguje na to jedzenie. po prostu przelatuje to przeze mnie w piec minut i zaraz znowu jestem glodna, wiec jak ide np do cheesecake factory i zjem cos innego, cokolwiek, to wystarczy mi malutko i juz jestem pelna do syta.

Brak komentarzy: