17 grudnia 2007

kolacja u ambasadora

no to pora wracac....
dzis mialam ostatni egzamin... w sumie to powinnam miec go tydzien temu, ale ze zajecie mam indywidualnie, to profesor zgodzil sie bym pisala sama pozniej... niby mialam wiecej czasu do nauki... niby... bo przed wyjazdem bylo trzeba wiele spraw zalatwic, jak pojechac na nowy campus po papier, ze jest bylo sie tu erasmusem... zajelo mi to pol dnia... po pierwsze tylko 3 autobusy teraz jezdzana nowy campus, a po drugie... kochana pani glowna koordynator czyli Emma, nie miala czasu... potem zrobila sie kolejka czekajacych na papier... no i zajelo to pol dnia... ale dzieki temu ,ze zrobila sie kolejka... to wrocilismy jedna taxi i bylo tanio... bo nie doczekalismy sie publicznego transportu...

bedac na campusie oddalam tez klucze do mieszakania i teraz jestem bezdomna... oddalam,bo zaplacilam tylko do piatku... oni mnie olewaja to i ja nie bede mila... (pralka nadal nie jest naprawiona... za kazdym razem cos sie psuje innego, ale nie ma wyjsc.. pierzemy i zastanawiamy sie czy tym razem wyjmiemy pranie, a doklaniej ile to zajmie czasu... bo Maria Usterki, odkad sie dowiedziala, ze wyjelysmy pranie... juz nie dzowni, juz nie przychodzi... i dzieki temu mozemy mieszkac nielegalnie:) Magda od poczatku mieszka nielegalnie...a teraz tez ja... hehe... biedna Analiza.. jak cos ,to wszystko bedzie na nia!:)

no wiec... egzaminy sie skonczyly, klucze zdalam... ida swieta... o wlasnie... w sobote bylam na wigili z Ambasadorem Polski na Cyprze... hehe,do tej pory nie wiem ktory to:/ Lukasz dostal zaporszenie z Ambasady... chyba dlatego, ze jak mieli problemy ze sprowadzeniem auta do nikozji poludniowej, to kontaktowali sie z ambasada, potem wybory i w ogole... byl tam czestym gosciem. wiec on wzial michala... a michal mnie... no i lukasz oczywiscie jeszcze Marlene... wiec nasza 4 poszla do Ambasadora:)

najpierw nie moglismy oczywicie trafic... ale w koncu znalezlismy... w drzwiach stal (moim zdaniem) ambasador z zona i konsul z zona... i witali wszystkich osobiscie:) znalezlismy wolne miescja i trzymalismy sie ich.. bo potem ludzi przybywalo i przybywalo i stoly dostawiali i dostawiali... byli tam tez jacys polscy sportowcy... kadra narodowa... lekkoatleci... biegacze... chyba sztafeta... nie wiem, ale podobno v-ce mistrzowie swiata:) ale poki co nic o nich w necie nie znalazlam.. czekam na zdjecia od 'chinczyka' z naszego stolika, bo wszystkich obstrykal:)

no wiec... zarcie za free, czyli to co studenci na emigracji lubia najbradziej:) a bylo bardzo dobre i bardo duzo... ale ludzi tez bylo duzo, wiec zanim sie zorientowalam, ze przyniesli ciasta... to ich juz nie bylo:/ ech... no ale i tak... wieczor zaliczam do udanych... a z polakami z naszego stolika umowilismy sie juz na wspolne wycieczki i imprezy po powrocie... heh, nie wiedzialam ze w samej Nicosi jest az tylu polakow...a przy okazji dowiedzialam sie o wulkanie na Cyprze... ktory mam zamiar odnalezc i zobaczyc w przyszlym semetrze:) a poki co... pakuje sie... niestety mam tyle rzeczy i zakupow... ze nie wiem jak sie pomiescic... kupilam nawet nowa torbe:) wieksza:) wiec stara zostawie u Dava wraz zawartoscia i mam nadzieje,ze w przyszlym semestrze na raty bede ja zwozic do polski... wiec prosze mnie odwiedzac na wiosne, bo mam sporo bagazu:)

termometr dzis pokazuje w Nikozji 18 stopni i slonce grzeje... a wigilia za tydzien... swiata tutaj to.. porazka!! jak mozna bombki wieszac na palmie!? a sylwester? oni nawet go nie swietuja! wychodza z domow dopiero po 12... jak sie wyszykuja i najedza... hehe... dziwny swiat... jadna polka na kolacji u ambasadora opowiadala, ze jak wyszla o 12 na ulice z szampanem w sylwestra, to sie na nia patrzyli jak na swira...

no to ...koniec korespondencji z cypru... koniec na ten semestr... I hope so :) so see You... next semester

11 grudnia 2007

poludnie zdobyte !



kolejna wycieczka:) i egzamin:/a dokladniej.... to egzamin w sobote rano o 8.30 (skandal) , powrot busem szkolnym do domu o 12 , szybkie jedzenie i pakowanie i na 13 na busa do Larnaki... w Larnace spotkalismy sie (ja i Magda- moja nowa wspollokatorka, bo znalazlam sobie towarzysza podrozy... problem w tym, ze o co ja nie spytam... gdzie byla, co widziala? to mowi, ze nie wie, wiec nie wiem jaki to sens... ale jedzic chce, wiec jest ok:) z Andrzejem. A traf chcial, ze akurat byl zlot starych samochodow, wiec pare zdjec zrobilam zanim ruszyli:) ...i my tez ruszylismy.... (Tym razem andrzejek nie bylo, wiec kierowca byl Andrzej)

Na poczatek pojechalismy zobaczyc slone jezioro w Larnace... Niestety przez to, ze ostatnio padalo, to nie bylo juz widac bialego dna jeziora... tylko troche wody i grzasko.... i flamingi!! niestety nie chcialy ustawiac sie do zdjec ,a nawet uciekaly... ale pare zdjec zrobilam:)

Przy jeziorze jest meczet... podobno 3 co do waznosci na swiecie... chyba 3 ,bo nie mam przy sobie przewodnika:) a po Larnace pojechalismy na Cape Gkreko,by zdazyc przed zachodem slonca... ech... ale tam ladnie bylo.... jaskinie morskie i zachod slonca na szczycie gory nad morzem... ech, romantyczna sie robie na starosc, hehe... ale wracajac do wycieczki... to wlasciwe Capre Greko... to polwysep z antenami... nic ciekawego... ale tuz obok jest punkt widokowy.... i tam sa laweczki i tam mozna ogladac np zachod slonca... Nie tylko my go ogladalismy... a wygladalo to jak w kinie, bo tutaj slonce bardzo szybko zachodzi i w momencie jak zaszlo,to pozostali wstai i poszli.... koniec seansu.... a my oczywiscie musielismy jeszcze wejsc na pomnik, porobic zdjecia na lawce i dopiero pozniej pojechalismy do Ayia Napy...

czyli drugiej Ibizy... ale ze juz po sezonie... to prawie wszystki kluby sa zamkniete... cisza i spokoj... i tylko emeryci chodzacy na spacery... wczesniejsze neony z klubow teraz sa neonami swiatecznymi... czyli cisza i spokoj... zupelne przeciwienstwo tego z czego Ayia Napa slynie... a po Ayia Napie... pojechalismy do Andrzeje, czyli do Limassol... a tam...basen byl... wiec Magda postanowila sie wykapac... mimo, ze grudzien, mimo, ze woda byla lodowata... (juz w morzu byla cieplejsza)... wiec w srodku nocy... 9 grudnia... wykapala sie... co prawda przeplynela tylko jeden basem i prawie by zamarzla... ale kapiel w grudniu zaliczona:) powoli przeraza mnie ta mysl,by kapac sie i jezdzic na nartach... choc w morzu bedzie cieplej... no i w lutym czy marcu jeszcze cieplej niz teraz... wiec...mam nadzieje, ze mi sie uda... a co do Magdy... to Andrzej zapakowal ja w koc i wrocilismy do domu...spac... bo nastepny dzien to nastepna wycieczka...

a w niedziele chcielismy zwiedzic zamek w Limassol... bylo to podejscie nr 2,bo wczesniej jak bylam z Andrzejem, to zakneli nam przed nosem.... a tym razem... otwierali nam przed nosem... bo okazalo sie, ze otwieraja o 10,a my przyszlismy o 9, bo o 10 mielismy zamowiona taxi do Pafos... czyli znowu nie bylam na zamku w Limassol:/

Do Pafos pojechalam sama z Magda... czyli wszedzie musialysmy chodzic na piechote i pierwsze wazne spostrzezenie: w Pafos sa chodniki! drugie: deszcz pada intensywnie, ale ktotko... bo jak wysiadlysmy z taxi to zaczelo kropic... weszlysmy do sklepu ,by spytac o droge... i jak sie dowiedzialysmy gdzie isc i chcialysmy wyjsc ze sklepu,to okazalo sie,ze leje.. wiec kupilysmy parasol, bo akurat w tym skelpie byly... wiec rozlozylymy parasol i ruszylysmy w strone grobow kroli... i za chwile wyszlo slonce i bylo tak goraco, ze bylo sie trzeba rozbierac.... a ze mialysmy wszystkie bagaze ze soba, bo przeciez nocowalysmy w Limassol... to zaszlysmy do publicznych lazienek (ktore o dziwo byly czyste, z papierem, mydlem i dzialajaca suszarka) i sie przebralysmy... i idac do grobow kroli... co chwila to sie ubieralysmy to rozbieralysmy...

a na miejscu trafilismy na autorak w wycieczka... niestety nie mowili po angielku, ale uznalysmy ze mozemy za nimi isc, bo chociaz bedziemy wiedziec co ogladac, bo mapy tego miejsca nie mialysmy... ale ze to byla wycieczka emerytkow i to mowiacych w dziwnym jezyku... i zatrzymujacych sie przy kazdym krzaczku i wachajacych je... nie wiem ciagle po co... wiec wyprzedzilismy isc i same poszlysmy zwiedzac... a potem inni za nami szli... mylac, ze wiemy gdzie isc, by nic nie przegapic... i nawet udalo nam sie wszytko zobaczyc... wszystko co bylo warte zobaczenia... a potem ruszylysmy glowna ulica ( z chodnikiem... a dokladniej wydzielonym poboczem) w strone Kato Pafos... czyli pare kilometor ruchliwa droga, by zobaczyc mazaiki... jedyni ludzie jakich spotykalismy to turysci z mapami w reku tak jak my... kierujacy sie bardziej na azymut niz nazwami ulic... bo tabliczki z nazwami ulic sa bardzo male i tylko na skrzyzowaniach... ale udalo sie... trafilysmy! po drodze zamowilymy taxi powrotne do Limassol... ale ze remontuja droge przy Kato Pafos, a to duzy obszar, wiec ciezko sie znalezc, to umowilismy sie z taxowkarzem pod duzym sklepem... i nie mialysmy pojecie gdzie on jest...

Kato Pafos... mozaiki... przez wiele lat byly zasypane, wiec sa w dobrym stanie... bylo ich naprawde mnostwo i bardzo ladne... a niektore byly odkryte przez naukowcow z Uniwersytetu Warszawskiego... jak glosila oficjalna nota przy mozaikach... poza podlogami, czyli mozaikami... nic w z tych domow nie zostalo... tylko rzad kolumn w domu Tezeusza.... jest tam jeszcze agora... tez zostala tylko wspomnieniem... i teatr, i luk z zamku... ale mimo tego.. ilosc i jakos mazaiek robi takie wrazenie, ze nie dziwie sie, ze to UNESCO.

...no i na tym skonczyla sie wycieczka... Magda umierala z bolu, bo miala wielki i ciezki plecak ze soba... ja mialam dosc chodzenia... bo w kozakach w grudniu tez moze byc goraca i niewygodnie szczegolnie chodzac do ruinach... no i szczegolnie, ze caly dzien tak chodzilysmy... a goraca bylo... a na koniec zostalo nam tylko znalezienie sklepu... na szczescie w Pafos o tej porze dnia i roku... pelno irishow i innych britishow chodzio po miescie, wiec powiedziali nam gdzie isc...

taxi sie spoznilo.... pani byla niemila, a w limassol byly korki... a my musialymsy sie przesiasc na busa do Nicosi... wiec Pani driver wyrzuciala nas przy morzu... i piechota poszlysmy na przystanek... a na przystanku pelno SriLankowcow juz czekalo... a to ostatni bus do Nicosi dzis, wiec jak nie bedzie miejsca... to kicha:/ chwile pozniej przyjechal na motorze andrzej (motory nie wiedza co to korki), powiedzial, ze bus jeszcze nie wyjechal z dworca, wiec ruszylysmy w strone dworca... mialo byc blisko... ale albo bylysmy zmeczone albo nie bylo... po drodze spotkalysmy mikolaja, ktory jechal saniami... za traktorem i rzucal prezentami... my zaniast lapac je to staralysmy sie nie dostac zadnym prezentem w glowe:/ a mikolaj spowodowal taki korek... ze moglysmy isc ulica miedzy autami, ktore staly:) okazalo sie, ze to byla niedziela handlowa,wiec dlatego ten korek...

w koncu dotarlysmy do busa... w ostatniej chwili, bo wlasnie zamykal drzwi i ruszal... no i ruszyl.... i 10 metrow przejechal w 15 min... w tym czasie kupilysmy bilety u kierowcy... a dokladniej to oszukalysmy kierowce, ale nieswiadomie... bo magda placila za nas, ale zaplacila tyle, co bilet do Larnaki... czyli mniej, bo sie pomylilysmy... kierowca kazal mi placic, ja powiedzialam, ze magda za mnie placila, on powiedzial, ze on nie przeliczal ,wiec moze i tak... wiec zaoszczedzilysmy:) dopiero pozniej sie zorientowalysmy:)

Przez Limassol chyba gdzine jechalismy.... takie korki... a po przyjedzie do Nicosi.... znowu poszlysmy na piechote do Kuby i Elizy z Poznania... bo Kuba mial urodziny,a my mialysmy zoladkowa z polski, ktora magda przywiozla... a tu to rarytas, bo nie da sie jej kupic... co sie okazalo... kuba dostal tez wyborowa od Niemcow... hehe... juz sie na polakach poznali... potem znowu do domu na nozkach... a to wcale blisko nie bylo... i spac... oj, spalysmy jak dziecie przez te chodzenie:)

a weekend? hehe... przez 2 dni zwiedzilam cale wybrzeze Cypru Pludniowego... od Cape Greko do Pafos... zwiedzilam tez wszystkie duze miasta na Cyprze... ech, mala ta wyspa:/ i podsumowujac... zwiedzilam juz caly Cypr Poludniowy.... wiec moge teraz polecac co warto zobaczyc ,jesli ktos sie wybiera... np odwiedzic mnie w przyszlym semestrze... zaparaszam.. jesli tu bede:) a poki co... zostaja wam zdjecia

to tyle wiesc z CYpru... za tydzien bede w domu:) wiec raczej juz nic ciekawego nie zobacze... bo w sumie prawie wszystko widzialam:) ech... czyli w przyszlym semestrze: Azja i Afryka... welcome to :) pozdrawiam,
ewa_przedownik po Cyprze

4 grudnia 2007

reaktywacja pralki

kolejny weekend, czyli kolejna wycieczka.... tym razem gory Troodos... i nie tylko... bo plan sie ciagle rozwijal, bo sprawnie nam szlo i zaczelismy wczesnie rano:) ...trzeba na poczatku dodac, ze mam nowa wspollokatorke: magda z poslki.... byla tu erasmusem rok temu i przyjechala po studiach szukac tu pracy... a ze u nas jest wolny pokoj, a moj zaczarowany klucz otwiera drzwi do tego pokoju... to magda wprowadzila sie do tego pokoju (oczywiscie nieoficjalnie... wiec placimy taniej i wszycy sa zadowoleni, a housing office nic nie wie, wiec im to nie przeszkadza:)

wszystkie tamaty sie lacza... bo trzeba tu wtracic cos o pralce... otoz popsula sie... wiem, wiem, ze juz o tym pisalam... ale Analiza (bo tak ja niektorzy nazywaja) zadzwonila w koncu do Marii Usterki... i teraz czekamy... Analiza byla troche nie mila rozmawiajac z nia ostatnio (chyba nie tylko ostatnio), wiec Maria oddzania do mnie w kazdej sprawie... nawet rolet w pokoju Analizy czy pralki, choc to Analiza dzwonila do niej... ale wracajac do tematu...

Maria Usterki dzowni do mnie co drugi dzien i powtarza, ze byla u nas, sprawdzila i naprawde sie popsulo (tez mi odkrycie) i ona nic nie moze zrobic, bo to nalezy do obowiazkow ownera... a owner nie odbiera telefonu i nie oddzwiania i takie tam... wiec informuje mnie regularnie, ze nic nie moze zrobic, ze czeka na ownera... czyli prania gnije... ale... ale... Magda przeniosla swoje rzeczy do mojego pokoju, bo w kazdej chwili moza wpasc Maria Usterki lub owner w sprawie pralki, a magda tu przeciez nie mieszka.... wiec codziennie zamykamy jej pokoj i wylaczamy u niej grzejnik (bo zdazylo sie tak w innym mieszkaniu, ze wpadli zmienic zamki w wolnym pokoju, wiec by nie zamkneli magdy rzeczy na stale... codzienie sie przeprowadza)

a co do pralki... to po ostatniej wycieczce Andrzej nas odwiozl do Nikozji i ... naprawil !!! ech... jednak facet w domu czasem sie przydaje:) oczywiscie zaczelysmy masowo robic pranie i ...juz przy drugim znowu sie popsula... tym razem prala i prala i nie chciala przestac.... na szczescie w koncu sie udalo ja otworzyc... niestety, zdaza sie, ze mamy ubrania w ojeju, bo teraz trzeba czasem natluszczac gume przy zamknieciu ,bo ostatnio to ona byla tak zassana, ze nie mozna bylo otworzyc pralki:) no ale fakt jest taki... ze nudno z nia nie mamy, bo nigdy nie wiadomo co tym razem nie zadziala:)

a teraz temat wycieczki... czyli snieg!! wow... snieg... serio, serio.... zeby zobaczyc tu snieg musielismy wjechac az pod najwyzszy szczyt Olimpos 1952 m.n.p.m.... na sam szczyt nie mozna, bo jest tam wielka pilka golfowa... czyli wojsko... a snieg... nie duzo... ale byl! a nawet znalezlismy wyciagi i szkole narciarska... czyli cypr to nie tylko plaze:) wiec mam plan, by przyjechac tu na przyszly semestr i tego samego dnia jezdzic na nartach i kapac sie w morzu... wiem, ze mowilam juz o tym nie raz... ale pewnie nie raz jeszcze wspomne:) ...jedziemy dalej...

Prodromos... wioska w gorach... nic specjalnego... ale... hotel... opuszczony...ladny...wiec go zwiedzilismy (w koncu rzadko sie zdaza, zeby mozna bylo zajrzec do kazdego kata w hotelu , a tu... kiedys musialo byc ladnie... wyglada jak zamek... w srodku ogromne sale, malowidla z sali balowej, co teraz wygladaja jak slady po jaskiniowcach, z tylu basen i kibelek zrobiony z drzwi... wiec sie troche powyglupialismy i pojechalismy dalej:)

Klasztor Kykkos, czyli najbogatszy i najbardziej pstrokaty klasztor jaki widzialam, grob makariosa, czyli najslawniejszej osoby na Cyprze... o wlasnie.... z Kykkos pojechalimy dalej... jedziemy, jedziemy i stop! na gorskiej drodze.... tuz za zakretem... stoi autokar i nie mozna dalej przejechac... maly korek sie zrobil... czyli autokar za nim auto z wypozyczalni (jak sie poznije okazalo: polacy - Anna-Lise mowi, ze jestesmy wszedzie i powoli zaczynam jej wierzyc) i my... a co sie okazalo... wycieczka z autokaru poszla zobaczyc grobowiec Makariosa i to co tam obok bylo (zadna rewelacja... moze poza zolnierzem, ktory sie nie ruszal i ktoremu wszyscy robili zdjecia)... wiec i my stanelismy na srodu drogi ( tu jest Cypr... tu to nikogo nie dziwi) i tez poszlismy zobaczyc Makariosa... a potem...

dalej w strone Kato Pyrgos (Andrzeja szef powiedzial, ze jest tam bardzo ladnie, "nawet cyprusy tak twierdza" ...hmmm... no wiec... jedziemy... gorska droga:) z jednej strony sciana skalna, a z drugiej przepasc... strony sie zmienialy, bo co chwila przejezdzalismy przez szczyt:) a tym razem (znowu) Ewa byla kierowca,bo Andrzej dzien wczesniej obchodzil... andrzejki (znowu) ... wiec... nie nadawal sie na kierowce... wiec jedziemy.... gorska droga... slonce... slonce... chmury... chmury.... deszcz... ulewa!! to trzeba miec szczescie... jednego dnia widziec na Cyprze snieg i deszcz (snieg widzialam pierwszy raz... ja to oczywiste, ale andrzej mieszka tu 2 lata... a to tez byl jego pierwszy raz) ....a deszcz... ja tu zmoklam tylko 3 a moze 4 razy (bo dzis tez pokroplilo wieczorem)... ale ten deszcz... hehe... to co bylo po jednej stronie drogi... czyli ziemi ze zboczy gorskich... nagle szybko przemieszczaly sie na druga strone... wiec z drogi robila sie rzeka... hehe, ciekawie bylo... na szczescie juz dojezdzalismy do Kato Pyrgos, czyli wyjezdzalismy z gor nad morze i w sumie akurat jak przyjechalismy nad morze... wyjelismy parasol, by zrobic jakies zdjecia... to za chwile przestalo padac:)

poszlismy do portu (jesli mozna to nazwac portem, bo bylo tam raptem pare kutrow rybackich rozmiarami nie wiele wiekszymi od pontonow... ok, omeg:) ale... ciekawe byly skaly... kolory miale niesamwite: zielone, fioletowe... hehe, jak z kosmosu:) no i ...trawa!! dziko rosnaca... a nie taka podlewana pod bankiem.... i w ogole jakos zielono bylo... jak nie na Cyprze:) czyli ladnie:) a ze zostalo nam jeszcze pare godzin slonca, to postanowilismy pojechac do Lazni Afordyty...

na wzgorzu jest mini amfiteatr na gora 6 osob, sciezki, kwiatki i basen... a dokladniej sadzwaka, w ktorej podobno kapala sie Afrodyta... no i koniec atrakcji... wracajac zajechalismy jeszcze do Pafos, ale bylo juz ciemno i wszystko co bylo warte zobaczenia bylo juz zamkniete, wiec bede musiala wybrac sie tam jeszcze raz, bo to cos w stylu Salamis... podobno, jak pojade, to porownam i napisze:)

...no i koniec wycieczki... powrot do limassol, potem nicosia i party urodzinowe wloszki... i wszytko fajnie poza faktem, ze teraz mam katar... bylo trzeba wlozyc kurtke w gorach... przeciez to juz grudzien i przeciez byl snieg i wiatr i... niewazne ,ze to cypr... ech... leczony czy nie, tydzien bedzie trwal... wiec sie kuruje i ucze, bo sesja zaczyna sie w sobote... no i musze wyzdrowiec, by jechac dalej:)

pozdrawiam,
pociagajaca ewa ( jeszcze tylko 4 dni pociagania...nosem:)

2 grudnia 2007

Limassol

nadrabiam zaleglosci...
dwa tygodnie temu bylam u Andrzeja w Limassol i zaplanowalam mu intensywnie spedzony weekend:) traf chcial, ze w wieczor przed moim przyjazdem kolega Andrzeja wyjezdzam do Polski, wiec zrobili przyspieszone andrzejki... czyli... ja bylam kierowca, bo zaden z nich nie byl w stanie:) znaczy był każdy i ich ułańska fantazja odwagi by im dodała, ale... na szczęście ja poprzedniego wieczoru byłam w miare grzeczna... no wiec... miałam dzieki temu pierwsza okazje przejechac sie autem, ktory ma kierownice po zlej stronie i jechac... tez po odwrotnej stronie jezdni, bo przeciez na Cyprze jest wszystko na opak jak w Anglii.

No wiec na poczatek zamek Kolossi... bez rewelacji... bo nic tam nie było... pusto... tylko sciany... no i dach... wiec zwiedzanie nie warte ceny biletu... nastepnie... pojechalismy obajrzec to co przegapilismy ostatnio bedac w Kurionie, a mianowicie stadion i sanktuarium Apolla... no coz... ruiny... powoli przestaje to na mnie robic wrazenie... tak jak slonce... bo tu wszedzie i zawsze: slonce i ruiny (lepsze czy gorsze, ale ruiny... wspolczesne tez, szczegolnie w Nicosi:/ ) ale wracajac do wycieczki... dalej zawiozlam ich w gory... prawie gory, czyli Omodos... ostatnia wioska ,ktora zachowala swoj charakter czy jakos tak to bylo w przewodniku... ladne, ladne... ale suflaki jakie tam jadlam... fuuu... ooo, zapomnialam... po drodze... zajechalismy do wioski Pissouri... i przypadkiem zobaczylismy domy i ulice zniszczone przez trzesienie ziemi... robi wrazenie... szczegolnie, ze byly to domy niedawno skonczone lub prawie skonczone... a teraz to kolejna ruina na Cyprze... no i dobre zdjecia do mojej pracy dyplomowej:)

Pozniej wrocilismy do Limassol i poszlismy na promenade... czyli park wzdloz wybrzeza z dziwacznymi figurami ,posagami i fontannami. i oczywiscie... łyżwy! moze na was to wrazenia nie robi... lyzwy w listopadzie...ale tu!? ech... 29 stopni w dzien, a ja na lyzwach i to na otwartym lodowisku, a nie pod dachem... a sekret tkwi w tym, ze nie byl to lod, ale jakies plyty... trzeba bylo sie przyzwyczaic, ale jezdzic sie dalo:) no... ale Andrzej jezdzil pierwszy raz w zyciu... pomijajac slizganie na kaluzy w dziecinstwie... wiec troche powalczyl o zycie, ale calkiem niezle mu szlo:)

...noc na kanapie w salonie i proba zasniecia... bo za glosno bylo... i nie przeszkadzaly mi odglosy z pobliskiej aytostrady... ale pracujacy serwer... no coz... sa rozne zboczenia.... mnie np budza takie szmery:/

a dzien kolejny... wycieczka motocyklem... na poczatek plaza gubernatora... sama plaza, to zadna rewelacja, ale pobliskie skaly...wow! biale, ogromne, wchodzace w czysta wode, a czasem czarne kamienie zamiast piasku... ladnie, ladnie:) pozniej ogladalismy jedne z pierwszych lub pierwsze osady na Cyprze... kazdy przedownik inaczej je datowal, wiec nie wiem ile lat maja, ale na pewno duzo... niestety do Tenty nie moglimy wejsc... legalnie... bo byla zamknieta... wiec musielismy skakac przez plot (znowu... ale czego sie nie robi dla wzbogacenia swojej wiedzy... a nie dla oszczednosci... bo w niedziele wstepy do muzeow itp jest za free dla UE)

Wracajac zajechalismy do Amathus... oj..ruiny... podobne do wczesnejszych, ale dodatkowo tym razem na szczycie (bo byla to duza, a raczej rozlegla osada), czyli tam gdzie byl akropol zaczeli odnawiac i odbudowywac swiatynie ,ktore tu kiedys byly... i poki co... stoi tam ogromna waza i fundamenty pod swiatynie...

no i koniec wycieczki... probowalismy jeszcze dojechac do slonego jeziora, ale nie zabardzo nam sie to udalo... bo bylo grzasko (bo jeziora nie ma o tej porze roku... tylko sol... a jezioro sie pojawi jak spadnie deszcz)... wiec probowalismy podjechac jak najblizej jeziora... ale... wywrocilimy sie... nic sie nie stalo... poza faktem, ze cali w blocie musielismy wracac do domu... a ja potem do nikozji:/ ale na usprawiedliwienie dodam, ze bylo tam tak slisko, ze jak probowalismy sie pozbierac... to nawet isc sie nie dalo... trzeba bylo uwazac by sie nie poslizgnac... tak wiec juz mam respekt do motocykli... szczegolnie gdy sie jezdzi po dnie jeziora, bo ciezkie sa... szczegolnie jak sie pod nimi lezy:/

a najgorsze to to,ze jak mijaly nas samochody, ktore widzialy, ze sie wywrociismy... to nawet sie nie zatrzymali spytac czy cos sie stalo... nic... ale za to, jak sie pozbieralismy i wyjechalismy z jeziora, to minelismy tych co sie nie chcieli zatrzymac... popsul im sie samochod... ech...sesese ( Mamo,nic mi sie nie stalo, nie denerwuj sie,bo nie bede pisac o moich przygodach!:)

podsumowujac... wycieczka udana... szczegolnie,ze w pierwszy dzien, gdy mialam najciekawsza atrakcje... czyli dwoch upojonych... atmosfera... 15-latkow... mimo,ze twiedza,ze maja po 28 lat... ktorzy nie pozwalali mi sie nudzic:) hehe... ci to mieli pomysly...