nadrabiam zaleglosci...
dwa tygodnie temu bylam u Andrzeja w Limassol i zaplanowalam mu intensywnie spedzony weekend:) traf chcial, ze w wieczor przed moim przyjazdem kolega Andrzeja wyjezdzam do Polski, wiec zrobili przyspieszone andrzejki... czyli... ja bylam kierowca, bo zaden z nich nie byl w stanie:) znaczy był każdy i ich ułańska fantazja odwagi by im dodała, ale... na szczęście ja poprzedniego wieczoru byłam w miare grzeczna... no wiec... miałam dzieki temu pierwsza okazje przejechac sie autem, ktory ma kierownice po zlej stronie i jechac... tez po odwrotnej stronie jezdni, bo przeciez na Cyprze jest wszystko na opak jak w Anglii.
No wiec na poczatek zamek Kolossi... bez rewelacji... bo nic tam nie było... pusto... tylko sciany... no i dach... wiec zwiedzanie nie warte ceny biletu... nastepnie... pojechalismy obajrzec to co przegapilismy ostatnio bedac w Kurionie, a mianowicie stadion i sanktuarium Apolla... no coz... ruiny... powoli przestaje to na mnie robic wrazenie... tak jak slonce... bo tu wszedzie i zawsze: slonce i ruiny (lepsze czy gorsze, ale ruiny... wspolczesne tez, szczegolnie w Nicosi:/ ) ale wracajac do wycieczki... dalej zawiozlam ich w gory... prawie gory, czyli Omodos... ostatnia wioska ,ktora zachowala swoj charakter czy jakos tak to bylo w przewodniku... ladne, ladne... ale suflaki jakie tam jadlam... fuuu... ooo, zapomnialam... po drodze... zajechalismy do wioski Pissouri... i przypadkiem zobaczylismy domy i ulice zniszczone przez trzesienie ziemi... robi wrazenie... szczegolnie, ze byly to domy niedawno skonczone lub prawie skonczone... a teraz to kolejna ruina na Cyprze... no i dobre zdjecia do mojej pracy dyplomowej:)
Pozniej wrocilismy do Limassol i poszlismy na promenade... czyli park wzdloz wybrzeza z dziwacznymi figurami ,posagami i fontannami. i oczywiscie... łyżwy! moze na was to wrazenia nie robi... lyzwy w listopadzie...ale tu!? ech... 29 stopni w dzien, a ja na lyzwach i to na otwartym lodowisku, a nie pod dachem... a sekret tkwi w tym, ze nie byl to lod, ale jakies plyty... trzeba bylo sie przyzwyczaic, ale jezdzic sie dalo:) no... ale Andrzej jezdzil pierwszy raz w zyciu... pomijajac slizganie na kaluzy w dziecinstwie... wiec troche powalczyl o zycie, ale calkiem niezle mu szlo:)
...noc na kanapie w salonie i proba zasniecia... bo za glosno bylo... i nie przeszkadzaly mi odglosy z pobliskiej aytostrady... ale pracujacy serwer... no coz... sa rozne zboczenia.... mnie np budza takie szmery:/
a dzien kolejny... wycieczka motocyklem... na poczatek plaza gubernatora... sama plaza, to zadna rewelacja, ale pobliskie skaly...wow! biale, ogromne, wchodzace w czysta wode, a czasem czarne kamienie zamiast piasku... ladnie, ladnie:) pozniej ogladalismy jedne z pierwszych lub pierwsze osady na Cyprze... kazdy przedownik inaczej je datowal, wiec nie wiem ile lat maja, ale na pewno duzo... niestety do Tenty nie moglimy wejsc... legalnie... bo byla zamknieta... wiec musielismy skakac przez plot (znowu... ale czego sie nie robi dla wzbogacenia swojej wiedzy... a nie dla oszczednosci... bo w niedziele wstepy do muzeow itp jest za free dla UE)
Wracajac zajechalismy do Amathus... oj..ruiny... podobne do wczesnejszych, ale dodatkowo tym razem na szczycie (bo byla to duza, a raczej rozlegla osada), czyli tam gdzie byl akropol zaczeli odnawiac i odbudowywac swiatynie ,ktore tu kiedys byly... i poki co... stoi tam ogromna waza i fundamenty pod swiatynie...
no i koniec wycieczki... probowalismy jeszcze dojechac do slonego jeziora, ale nie zabardzo nam sie to udalo... bo bylo grzasko (bo jeziora nie ma o tej porze roku... tylko sol... a jezioro sie pojawi jak spadnie deszcz)... wiec probowalismy podjechac jak najblizej jeziora... ale... wywrocilimy sie... nic sie nie stalo... poza faktem, ze cali w blocie musielismy wracac do domu... a ja potem do nikozji:/ ale na usprawiedliwienie dodam, ze bylo tam tak slisko, ze jak probowalismy sie pozbierac... to nawet isc sie nie dalo... trzeba bylo uwazac by sie nie poslizgnac... tak wiec juz mam respekt do motocykli... szczegolnie gdy sie jezdzi po dnie jeziora, bo ciezkie sa... szczegolnie jak sie pod nimi lezy:/
a najgorsze to to,ze jak mijaly nas samochody, ktore widzialy, ze sie wywrociismy... to nawet sie nie zatrzymali spytac czy cos sie stalo... nic... ale za to, jak sie pozbieralismy i wyjechalismy z jeziora, to minelismy tych co sie nie chcieli zatrzymac... popsul im sie samochod... ech...sesese ( Mamo,nic mi sie nie stalo, nie denerwuj sie,bo nie bede pisac o moich przygodach!:)
podsumowujac... wycieczka udana... szczegolnie,ze w pierwszy dzien, gdy mialam najciekawsza atrakcje... czyli dwoch upojonych... atmosfera... 15-latkow... mimo,ze twiedza,ze maja po 28 lat... ktorzy nie pozwalali mi sie nudzic:) hehe... ci to mieli pomysly...
2 grudnia 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz