31 marca 2008

aim: Golden Beach

Wiekszosc erasmusow wyjechala do Istambulu, wiec mniejszosc ,by się nie nudzic tez postanowila zorganizowac mala wyprawe... Hiszpanka Bea zostawila swój samochod „pod opieka” ,a drugie auto miał Lukasz... były tez dwa skutery...ale ostatecznie zrezygnowaly.
No wiec ekipa się zebrala, zapakowala i pojechala. Jedno auto to: Nico (fr) , Krassi (bul), Martin (cz), Magda (pl), a drugie: Wiola, Marlena, ja, Michal i Lukasz (czyli nie było problemow... jezykowych - czyt.:pl), a cel: Golden Beach, czyli podobno najladniejsza plaza na Cyprze.

...ostrzegam: to będzie dluga bajka... niekoniecznie z happyendem...

Pierwszy przystanek: paliwo, drugi przystanek: paliwo dla nas, trzeci przystanek: tzw. zapasy zywieniowe... no i jedziemy:) Po drodze mijamy kolumnade wojskowa... wygladalo to jakby wojna sie wlasnie zaczela: czolgi, dziala, zolnierze, a wszystko w duzych ilosciach... ale wrocimy do naszej wycieczki... Nie wiem jak drugie auto, ale byliśmy dobrze zorganizowanie... Na poczatek Sweet Bitter ze spritem (kulturalnie w kubeczkach)... nie wiedziec czemu szybko się skonczyl... jakos droga się wydluzyla, wiec było trzeba siegnac do bagaznika po zapasy: żubrowka (czyli prezenty z Polski zostaly obalone już na poczatku)...

Nasza podroz trwala dlugo, bo zanim dojechalismy do Golden Beach, to najpierw pojechalismy na najbardziej wysuniety cypel Cypru: Cape Andreas... zatrzymujac się tez przy ladnych widokach lub przy stadzie koz:) ...A cypel... jak zwykle u turkow: oflagowany... co nam wcale nie przeszkadzalo: kolejne tlo do naszych zdjec:) a ze kazdy miał aparat, to wyszla z tego duza i ciekawa sesja zdjeciowa... a po sesji: kierunek woda!

Nie wiem czy była ciepla czy zimna... po prostu do niej wskoczylismy, heh, ale fale były:) a pozniej wrzucilismy tez Magda do wody... bo nie wziela kostiumu i twardo twierdzila, ze nie będzie się kapac... mylila się, sesese

Wykapani, najedzeni i naslonecznieni ruszylismy na poszukiwanie noclegu...i wtedy się okazalo, ze drugie auto nie chce spac w hotelu, tylko na plazy przy ognisku, a pozniej w aucie (my nauczenie doswiadczeniem z wrzesnia i spania na plazy w Ayia Napie namawialismy ich na hotel... pokoj nie był drogi, dawali jeszcze snidanie... ale oni twardo, ze nie... wiec my poszlismy się wypakowac do pokojow i zjesc kolacje, a oni pojechali szukac miejsca na ognisko.

Rozpakowalismy się, zjedlismy, zaczelismy i skonczylismy whisky ,a ich nie ma... Było już ciemno jak zapukali do drzwi, ze już wszystko gotowe... nie wiem co tak dlugo robili, bo miejsce na ognisko znalezli ok. stu metrow od hotelu, a drewna na ognisko tez w sumie nie było... wiec zebralismy się i poszlismy po drewno... hmm... drzew za duzo nie było, tylko pola i gory... a plot był gleboko wbity w ziemie (pewnie nie pierwszy raz ktos probowal puscic go z dymem i teraz wlasciciel wkopal glebiej... wiec plot stal jak stal... wiec trzeba było isc dalej, a dalej znaczy ciemniej... latarka Nico była tyko jedna i w dodatku na korbke, wiec trzeba było swiecic oczami lub telefonami... jakos się udalo... a wracajac, ja jechalam autem za nimi i oswietalam im droge...

...a pozniej znalazlo się kilku harcerzykow, by rozpalic ogien... i zaczelismy się integrowac.. hehe . Na poczatek kulturalnie, czyli każdy spiewal w swoim jezyku popularna piosenke ( polakow było wiecej, wiec u nas wyszedl chor, a inni musieli dawac solo... a im pozniej tym wiecej solowek było...

...a pozniej padlo haslo: do wody! naked! I może by to wpalilo na wieksza skale, gdyby woda była cieplejsza... a tak to tylko nieliczni się kapali i nie zawsze naked ... hehe.. a pozniej swiecili bialymi tylkami przy ognisku...ale zdjec nie pokaze... top secret!

...a pozniej skakali przez ognisko...

a pozniej zgubili kluczyli do swojego noclegu (auta)... wiec happyendu nie mieli... szukali pare godzin w nocy... i od rana znowu (spali w aucie Lukasza)... i nie znalezli... wycieli (wyrwali) troche krzakow twierdzac, ze musza tam być... przeszukali caly teren ogniska... przegrzebali ziemie... i nic...

zadzwonili wiec po lawete i wrocili na granice laweta... tam zostawili auto i zabronili nam o tym mowic, by nie denerwowac hiszpanki, która jest teraz w Istambule na wycieczce... Kombinuja by tam wrocic poszukac z wykrywaczem matalu, albo by pojechac do wypozyczalni po zapasowe... tyle,ze to nie oni wypozyczyli samochod... a dodatkowo... ubezpieczenie na turecka strone było wazne tylko trzy dni, czyli będą musieli kupic nowe... czyli zaoszczedzili na hotelu ,a wydali... ho ho ho wiecej (bo Cape Andreas jest bardzo daleko... dalej się chyba pojechac nie dalo) ... no ale miejmy nadzieje,ze jednak będzie szczesliwe zakonczenie...

ewa

PS Dobra widomosc: kask odrosl:) prawie:/

26 marca 2008

misja: lotnisko

Drugi turnus się skonczyl, a dokladniej 2/3 tego turnusu skonczyla wygrzewac się na wyspie i musiala wracac... wiec postanowilismy (Marlena, Wiola, Dajana i ja) pojechac na lotnisko, by ostatni raz ich zobaczyc...

Nastawilysmy budziki, by zdazyc rano na busa, który wyjezdzal o 7.30. Mocno się sprezalysmy rano i wydawao nam się, ze bylysmy na czas,ale... czekamy i czekamy... 8.00... czekamy i czekamy...8.30... Dajana zaproponowala, by pojsc do hotelu obok i tam wypozyczyc auto, bo ona wczesniej już tam wypozyczala... albo spytac się czy ktos nie jedzie i po prostu nie z nim zabrac... ale, ale... auto można wypozyczyc, ale na min dwa dni plus depozyt ,czyli nie będzie taniej niż busem... nikt tez nie chcial jechac na lotnisko, a juz na pewno nie miał miejsca na az cztery osoby... no wiec wrocilysmy na przystanek... zadzwonilysmy do firmy busikowej, by spytac co się stalo... powiedzieli, ze musialysmy się spoznic, bo bus na pewno był... wiec po poltorej godzinie w koncu przyjechal...klejny bus... no to jedziemy...

Larnaka... po pierwsze: piekarnia, bo chcialam kupic tureckie ciastka dla taty... wiec szukamy piekarni ...i znalazlysmy... obowniczy:) heh...no coz...4 dziewczyny...sa jakies... priorytety zakupowe:) ale do pierkanie tez trafilysmy.. starczylo nam nawet czasu na odwiedzenie innych sklepow kierujac się w strone lotniska... ba, nawet na piwo zdazylysmy pojsc do pubu przy plazy, gdzie samochody zawracaja na plecach, a pozniej biegiem na postoj taxowek... ale po drodze jachala jakac taxi-limo, wiec zapakowalysmy się i kazalysmy się zawiesc na lotnisko... no i Pan wzial nas za stupid turists, bo jak dojechal, to powiedzial 10 euro, a widzialysmy wczesniej, ze wyswietlilo się 6 euro, wiec wszystkie zaczely delikatnie tlumaczyc, ze 10... Pan zaczal sciamniac i w koncu zaplacilysmy 6...heh...

A na lotnisku tlumy znajomych... już przed wejsciem spotkalam Dave’a ( Irish, u którego mieszkalam na poczatku... znajomy Kamili... dobry Irish:) ...wlasnie czekal na Kamile, bo wrocila po swietach z Polski.... pozniej spotkalam tate i ciocie... (to było w planie)... potem znajoma z Limassol... a potem mielismy spotkac znajomego Lukasza i z nimi wrocic, ale... kolega spoznil się na samolot (podobno sniezyca w Poladzie była)... wiec pobieglysmy, bo zaraz miał odjezdzac bus... pobieglysmy, ale bus... znowu nam zwial, bo mialysmy rozklad z see front, a z lotnista odjezdza 20 min wczesniej, czyli... uciekl nam, czyli... Dajana podeszla do jakiegos faceta, który stal przy samochodzie i pyta się czy jedzie do stolicy...TAK... to czy możemy się z nim zabrac...TAK...to zapakowalysmy się, samochod na chodzie...a Pan poszedl... ale zarazwrocil i ... ahoj przygodo!

Zaraz za lotniskiem zatrzymalismy się (na srodku ronda), bo nie mogl się odnalezc ze znajomym z innego auta... a jak w koncu się znalezli to poszli gadac... i tu jest chwila by opisac naszego wybawce...

Zacznijmy od auta...duze! Nie wiem co to było, ale jak się wysiadalo ,to się wypadalo, tak wysoko było... Poza tym było biale... uznalysmy ,ze to przykrywka, bo rosyjska mafia jezdzi przeciez czarnymi... no wlasnie... mowil po rosyjsku (ale okazal się cyprusem)... miał oryginalnego rolexa i zlote karty kredytowe, które nam zostawil wychodzac... wiec... albo dobrze trafilysmy, albo wywiezie nas ho ho daleko i sprzeda za wielblady czy inne towary wymienne:/ ...wracajac do wybawcy... okazal się wlascicielem restauracji w Nikozji... zaprosil nas nawet na obiad do siebie do knajpy, ale grzecznie podziekowalysmy.. free obiad nie był wart ryzyka handlu zywym towarem... wiec „wyrzucil” nas po drodze, poszlysmy na kawe i do domu na kanapki...koniec wycieczki:)

24 marca 2008

swieta,swieta

Zorganizowac swieta na emigracji wcale nie jest latwo... Po pierwsze brakowalo nam czasu, bo akurat wypozyczylismy auto, wiec intensywnie zwiedzalismy wyspe... Po drugie... oni tu swieta maja pozniej, wiec nie ma swietecznej atmosfery i artykulow w sklepie... pomijajac polski sklep:) i pomijajac to, ze z Polski dostalismy wiele jedzenia swiatecznego, np. mazurka (dzieki mamo, był pyszny)

Przygotowania do swiat zaczelismy w Wielka Sobote, a wlasciewie prawie Niedziele, bo było już pozno zanim wrocilismy z wyprawy... A wiec: mamy produkty , mamy rece do roboty , tylko nie mamy mozliwosci:/ nasza kuchanka to dwa palniki, w tym jeden dziala tylko wtedy jak mu się zechce... wiec kuchanke musielismy pozyczyc od Michala (dobrze, ze mieszka tylko pietro nizej)... taaa... pozyczylismy od niego wiele rzeczy :od kuchenki i krzesel zaczynajac, konczac na sztuccach i szklankach...

Od rana kontynuowalismy przygotowania. Łukasz przywiozl reszte switecznej ekipy z Limassol, Michal przeszedl rano pomagac, pozniej przyszla jego luba: Krystyna z Cypru i praca trwala... Ja z Wiola pojechalam rano odstawic samochod i kupic cos co by się nadawalo do ozdoby do jajek, ale wszystko było zamkniete, nawet kwiaciarnie, wiec udalo nam się tylko kupic kolorowa torebke w kiosku, która pocielam, dodalam kwiatki zerwane u sasiada, a jajka polozylismy na lupinach po kokosie i calkiem, calkiem to wyszlo:) ...z Warszawy przylecialy tez bazie, a cukrowego baranka kupilysmy w polskim sklepie... czyli switeczny stol był gotowy:)

Ale,ale... swieta ,swieta i po swietach... bo po swiatecznym sniadaniu wycieczka pojechala zwiedzac Cypr, czyli tym razem Kyrenie, a nastepnego dnia tez do Turkow: Salamis... No wlasnie... nastepnego dnia nawet nikt się woda nie lal... oni nie wiedza co to Lany Poniedziałek:/

I koniec opowiesci Wielkanocnej... malo fascynujaca, bo przeciez swieta sa od tego by jesc, a potem umierac z przejedzenia, wiec tradycji stalo się zadosc:)

ewa_swiateczna

PS A np. wlosi nie maja swiatecznego sniadania tylko obiad i jedza...wtedy te swoje makarony

PS a propos swiat na Cyprze, to chyba jedyny, a przynajmniej jeden z niewielu krajow, który obchodzi Dzien Niepodlegloci innego kraju: Grecji... sklepy sa pozamykane, nie trzeba isc do pracy, a wszedzie wisza greckie flagi

22 marca 2008

II turnus

Czas rozpoczac zwiedzanie... zapakowalysmy się do auta (Wiola, Marlena i ja) i z malym opoznieniem (bo już prawie poludnie było) ruszylysmy w kierunku Limassol, by tam odebrac reszte wycieczki. Jazda automatem pod prad już mi w sprawnie wychodzila i tylko pare razy na poczatku wlaczylam wycieraczki skrecajac:)

Pierwsza w planie była Plaza Gubernatora... Najpierw trafilismy do cementowni... mala pomylka przy zjezdzie z autostrady... ale w koncu trafilismy... heh... biale skaly wchodzace do czystego blekitnego morza i czarny piasek... czyli: ladnie:) krotka sesja fotograficzna i jedziemy dalej.
Natepny przystanek: Larnaka, czyli meczet, slone jezioro ( bym razem bez flamingow), promenada, port, kosciol, pub ‘fort’, do auta i jedziemy dalej.

Ayia Napa to cos w rodzaja Wladyslawowa... zyje tylko w sezonie i wtedy jest jak druga Ibiza. Same kluby, knajpy i plaza... (zakladam, ze tak wlasnie jest na Ibizie)... a poza sezonem: po pustej plazy spaceruja tylko emeryci i inni kuracjusze. A poza tym... poziom morza sie obnizyl, wiec był fragment plazy, gdzie morze było z dwoch stron (taka atrakcja turystyczna)... lecimy dalej...

Jaskinie morskie...cudnie, cudnie, cudnie... heh, a potem Cape Gregko.. ale tego nie ma co opisywac, to trzeba zobaczyc...

Potem powrot do Limassol i powrot do Nicosi... czyli caly dzien za kolkiem, a slonce swiecilo prosto w oczy, czyli jak tylko dotarlam do domu, to od razu zasnelam... a nastepnego dnia była powtorka z rozrywki...czyli rano w auto do Limassol po reszte wczasowiczow i sruuu ...tym razem na zachod, czyli Skala Afrodyty (podobno wlasnie tam urodzila się z morskiej piany) i dalej do Pafos, czyli: mozaiki, mozaiki i jeszcze raz mozaiki... na szczescie tym razem nocowalysmy w Limassol, wiec... padlam niezywa w Limassol (ot, cala roznica)...

A rano: gory Troodos i snieg!!! Zjechalismy polowe Troodos, by dotrzec do Kykkos (najbogatszy klasztor na Cyprze... wszystko lsniace zlotem) ... skret pod baze wojskowa, która jest na najwyzszym szczycie na Cyprze, a wyglada jak pilka golfowa... kilka zdjec z widokami i poludniowy Cypr zaliczony:) a dokladniej glowne atrakcje. Zajechalismy tez do browaru na zwiedzanie i degustacje, ale było już za pozno. Zrobilismy jeszcze tylko zakupy swiateczne i wrocilismy do Nicosi.... a dodac warto, ze w Limassol znalezlismy polski sklep...heh... jaka to frajda zobaczyc polski pasztet, ogorki kiszone czy inne polskie produkty:) niestety majonezu ketrzynskiego nie było, a przeciez ten jest najlepszy (na szczescie przylecial z polski razem z II turnusem, wiec byliśmy uratowani:)

To koniec historii z automatem i jazda pod prad... Jak widzicie dobrze jestesmy zorganizowanie jeśli chodzi o intensywne zwiedzanie Cypru... Reszta zwiedzania odbyla się bez auta i na polnocnej stronie wyspy... Wiec jak ktos chetny zapraszam, plan zwiedzania mam dobrze opanowany...

ewa_pilot wycieczek

PS ilustracje do opowiadania sa na picasie

20 marca 2008

automatem pod prad

Przylecial II turnus, czyli: Wiola (siostra Marleny) i mój tata ze swoja siostra cioteczna. To byl wystarczajacy tlum by wypozyczyc auto i zwiedzic wyspe, bo bez samochodu, jest to bardzo trudne...

Numer telefonu do wypozyczalni dostalam od kolegi, który już u nich wypozyczal ( dokladniej- wypozyczal jego wspollokator, ale jezdzili obydwaj, mimo, ze jeden z nich nie ma prawo jazdy... na Cyprze nie jest to warunk bezwzgledny, by prowadzic samochod... nie trzeba być nawet trzezwym, a wychodzac z auta do sklepu, kluczyki zostawia się w stacyjce... ale to już inna historia)

...wiec dzwonie do wypozyczalni... okazalo się,ze jest to jeden Pan-instytucja, który firme ma jednoosobowa,a auta przed domem... Bardzo mily i bezproblemowy Pan... Jak powiedzialam, ze chce auto rano, to powiedzial, ze mogę odebrac już wieczorem poprzedniego dnia, bo on pozniej wyjezdza... a jak będę oddawac, bo bym zostawila pod domem, a kluczyki pod dywanikiem... depozytu nie chcial... miał dobra cene i nawet nie spytal się ile lat mam prawo jazdy, a trzeba mieć min. piec... spytal tylko o wiek... wiec deal mialysmy super... trudnosci pojawily się pozniej...

po pierwsze, po auto było trzeba pojechac... wiele razy prosilam by powtorzyl nazwe ulicy, ale niektóre greckie nazwy sa po prostu nie do powtorzenia, wiec w taksowce musialam dzwonic do dealera, by wytlumaczyl driverowi,bo ten mnie nie rozumial... a jak dotarlysmy na miejsce... podpisalysmy co było trzeba (wierzyl nam na slowo, nawet nie musialam pokazywac zadnego okumentu)... to przeszlismy do czesci praktycznej... heh...

auto okazalo się automatem (Pan chcial nam chyba ulatwic sprawe, ale wyszlo zupelnie inaczej)... reczny był noznym... biegi (czy jak by nie nazwac ten drazek do drive, parking itp.) był przy kierownicy... no i co najwazniejsze... wszystko było na odwrot, bo przeciez tu jest ruch lewostronny, wiec i auta sa na opak... i no zaczelo się...

na poczatek probowalam wyjechac z podjazdu... hehe... wszystko wlaczylam zanim udalo mi się ruszyc... wiec pierwsze kilometry przejechalysmy z otwartymi szybami i wlaczonymi wycieraczkami ( tam powinny być kierunki,a nie wycieraczki!)... nagle hamujac zatrzymalysmy się na srodku drogi... a dokladniej na przeciwnym pasie (ech te prawostronne nawyki) i probowalysmy okielznac samochod na spokojnie... by dealer już nie widzial,ze nam nie wychodzi (choc w sumie nie wiem czemu taka katstrofa wyszla, bo jezdzilam już na Cyprze i tez kierownica był po prawej stronie... i tez jezdzilam automatem wczesniej.... hmm.. no ale tu mialam wszystko na raz i nie wiedzialam ktoredy do domu...) w koncu jednak trafilysmy na wlasciwa droge, ale jeszcze krazylysmy po miescie by przestawic się na jazde pod prad, czyil lewostronna... Marlena tez sprobowala... hehe... wesolo było:) ale,cale i zdrowe wrocilysmy do domu... grzecznie zaparkowalysmy w garazu, by rano ruszyc na podobj wyspy... wlasnie: rano... bo wieczorem: open bar...

19 marca 2008

naleśniki spod lady

wczoraj wieczorem po kolacji mi i Marlenie zachcialo sie cos slodkiego... 
wymyslilysmy ,ze zrobimy nalesniki, bo przeciez mamy wszystki skladniki.. taaa, nalesniki 
z nutella i bananami:) zagladamy do lodowki:  a tam wyjatkowo nie ma ani jajek, tylko resztka mleka, w szafce maka tez sie skonczyla... okazalo sie, ze nic do nalesnikow nie 
mamy... wiec poszlysmy do sklepu... Bylo juz pozno, wiec opcja z 
babanami odpadla w przedbiegach,bo o tej porze tylko kioski sa 
otwarte... a te kioski, to ciekawa sprawa...

Tlumaczymy Panu, ze chcemy make... Pan zdziwony mowi, ze kwiatow nie maja, wola zone. tlumacze zonie: nie chcemy kwiatow do dawania, a make do gotowania ( maka i kwiaty brzmia podobnie po angielsku)... i nagle Pania olsnilo! Maka kukurydziana!... hmm... no niech bedzie kukurydziana... zaglada pod lade, szuka, szuka.... i wyciaga cukier puder:/ ... i wtedy zaczela nam tlumaczyc jak sie smazy nalesniki ( mam mala watpliwosc, ze chyba nie miala na mysli nalesnikow) ... a wiec schowala sie pod lada i wyciagala kolejne produkty ( pod lada, bo w tych kioskach nie mozna sprzedawac maki, makaronu, alkoholu itp... ale jak sie pyta, to zawsze cos znajda:)

...wracamy do naszej Pani: wyciaga proszek do pieczenia: tak, to wam potrzebne, to nalesniki urosna... hmm... ok, moze to jakis sekretny sposob na nalesniki... szuka dalej: cukier waniliowy: mowimy, ze mamy, nie chcemy, dziekujemy (pozniej sie okazalo,ze jednak nam go zapakowala)... znalazla tez normalna make, wiec te pierwsza, ktora byla cukrem puderm odlozylysmy... 
dokupilysmy jeszcze jajka i inne rzeczy, az stwierdzilysmy, ze jest tu drogo i poszlysmy do kolejnego kiosku...

nalesniki z nutella i bananami odpadly, to moze z sama nutella:) a moze z dzemem.... i bita smietana, bo mamy 
w domu... a moze z lodami?... no wiec kupilysmy wszystko: nutelle, dzem i lody:) ( hehe, dodac jeszcze ogorki kiszone i wyjdzie kobieta w ciazy)...

jestesmy w domu...ok, mamy bita smietane, ale... nie ubita:/ poszlysmy do sasiadki po mixer lub cos do ubiajania... zaspana i zdziwona,ze ktos do niej przyszedl otworzyla i mixera nie znalazla... wiec probowalysmy ubic ja widelcem, potem dwoma... i nic... dalysmy sobie spokoj:/

do ciasta nalenikowego dodalysmy wszystko, czyli i proszek do pieczenia, i cukier waniliowy i wode gazowana i wyszly... ciekawe:) smaczne:) wiec zaprosilismy kilkoro znajomych ( i nawet Tomek w koncu dotarl... (czlowiek na wakacjach (czyt. erasmusie) nie zrozumie pracujacego, ze nie ma na nic czasu i ciagle tylko pracuje i pracuje) ... no i wyszedl ciekawy wieczor... czyli nalesniki  na dwie patelnie i whisky:)

ewa_podkuchenna

PS troche odbiegajac od tematu kulinarnego...
Nawet nie macie pojecia jak polski jest podobny do greckiego... np: 'spie' to po grecku: 'kimamy' ,hehe

17 marca 2008

słońce świeci, morze szumi...

Slonce swieci, morze szumi, palmy szeleszcza, a pomarancze z drzew spadaja, gdy wiatr zawieje... czyli nic sie nie zmienilo:) choc cos jednak sie zmienilo: troche mocniej slonko grzeje:) i opcja opalania sie na dachu juz nam nie wystarczyla i wczoraj zabralsmy sie z Dajana (niemka, ktora byla tu erasmusem w zeszlym semestrze, a teraz przyjechala 
w odwiedziny do swojego chlopaka
 - cypryjczyka- bo on odwiedzic jej nie moze, bo jest w armii, czyli 
ok2 lat (jesli dobrze pamietam) nie moze sie ruszyc z wyspy). Dajana wypozyczyla auto i pojechalysmy do Famagusty na plaze... heh... cieplo bylo... i to tak bardzo, ze teraz jestem w barwach narodowych:/ ale nie jest tak zle, bo nie pieklo az tak bym nie mogla zasnac:)

a dzis idziemy do Irish baru, bo przeciez dzis sw.Partyk, a irishow na wyspie jest sporo, wiec moze byc ciekawie:)

a w srode przylatuje II turnus, czyli kolejne wycieczki przed nami:)

PS i jeszcze ciekawostka naukowa. Wcale nie jest nam potrzebny angielski do porozumienia, 
bo np wlosi i hiszpanie dogaduja sie mowiac we wlasnych jezykach, nawet z francuzami sie dogaduja. Pani z piekarni ( slowaczka) tez rozumie nas, gdy mowimy 
po polsku, a my rozumiemy jak ona narzeka na swojego "szefika" po slowacku... 
czyli idea nauki obcych jezykow upadla!

10 marca 2008

karnawał

w weekend bylismy w limassol... na zakonczeniu karnawalu... tu swieta sa pozniej, wiec dopiero wczoraj skonczyl sie karnawal...ale od poczatku:)

a piatek o 17 byl checkpoint in front of UCY. Ja z Marlena z braku wczesniejszego pomyslu na stroj, dopiero tuz przed wyjazdem poszlysmy (pobieglysmy do sklepu) poszukac natchnienia... rano sie nie dalo, bo nad ranem wrocilismy z imprezy, ktora byla po meczu (final rozgrywek uniwersyteckich. Trwaja od zeszlego semestru,a druzyna erasmusow doszla do finalu i wlasnie wczoraj byl TEN mecz... przegrali:/ ale nie dalo sie ukryc ,ze sedzia byl grecki) Po meczu grecy zaprosili do siebie na impreze... ostrzegalismy ich, ze jak zapraszaja pare erasmusow, to na pewna przyjda wszyscy... no i przyszli... prawie:) na imprezie ktos powiedzial, ze w jakims klubie jest open bar za 10 euro... no to sie zebralismy i pojechalismy, dwa razy powtarzac nie trzeba:)

Pavilon... bo tak sie klub nazywal... hmm... muzyka byla na zywo... oczywiscie grecka:/ parkiet... maly, bo przeciez wazniejsza sa miejsca do siedzenia ( w dyskotece),a ludzie...? jak juz pisalam: karnawal, a na Cyprze oznacza to tyle, ze w ostatnich dniach do klubu chodzi sie przebranym, wiec prawie wszyscy byly w strojach... i co najciekawsze... najpopularniejszy stroj wsrod facetow, to: kobieta... nie wiem czy to dlatego, ze tutejsi faceci sa bardzo metroseksualni, a czasem nawet zniewiesciali, czy po prostu najlatwiej sie przebrac za kobiete, ale kobiety krolowaly... i trzeba przyznac, ze nawet "ciekawe" te kobiety byly:)

i wlasnie dlatego nie moglysmy wczesnie rano pojsc poszukac stroi... a co do klubu... i open baru... to ja z Marlena nie placilam... nie pierwszy raz... bo wszyscy uczciwie podchodzli do stolika i kupowali bilet... i nikt tego nie sprawdzal... wiec my po prostu weszlysmy:)

ok, lecimy dalej.... Checkpoint przed uczelnia... Przybiegamy z marlena na zbiorke, myslac,ze moze juz odjechali, a tu pusto... Nagle pojawil sie Czech i mowi,ze nikogo wiecej nie ma... na szczescie okazalo sie,ze zbiorka jest z innej strony budynku:) Idziemy.. a tam tylko pare osob... wiec czekalismy... prawie godzine... a erasmusy sie schodzily i schodzily... heh, za bardzo sie "zcyprusili"

Limassol... czyli wszyscy ida do swoich pokoi w hotelu,a my z Marlena jesc:) bo po pierwsze nie zarezerwowalysmy pokoju,bo uznalysmy, ze drogo i znalazlysmy inna alternatywe ( z chlopakami z Olsztyna w mieszkaniu ich znajomego, ktore stoi puste, a pieniadze za hotel spozytkujemy inaczej:), a po drugi... bylysmy glodne:) a po trzecie: do naszego miejsca noclegowego nie moglysmy pojechac, bo chlopakow jeszcze nie bylo, bo zajecia mieli do pozna, wiec zabralysmy sie z erasmusami busem,a ich spotkamy na miejscu... no wiec zjadlysmy,a ich nadal nie bylo... wiec wrocilysmy do hotelu do reszty... pogadalimsy, zintegrowalismy sie ,a jak oni poszli integrowac sie na plazy z calimocho (czyli wino z cola), to my poszlysmy czekac... i w koncu sie doczekalysmy:)

a wieczor... a dokladniej 2 w nocy... bo tak wyszlo:) zaczelismy (skonczylismy) w Basemant, czyli klubie w Limassol... i znowu poprzebierani ludzie i znowu erasmusy robia tlum na parkiecie, bo "tubylcy" tylko gadaja i patrza... nawet nie podryguja:/ co sie dzialo w klubie opisywac nie bede, ale bylo fajne:) choc tylko czesc erasmusow dotarla, bo reszta za bardzo sie zintegrowala na plazy

nastepny dzien: kurion. bus byl umowiony na 9 rano... a co za tym idzie malo osob pojechalo (klub byl czynny do 6 rano)... my na szczescie mielismy samochod, wiec sami pojechalismy... pozniej:) a wieczor... czyli noc, bo ludzio do klubu schodza sie dopiero po polnocy... Tym razem i erasmusy sie przebraly... hehe, fajnie wygladali, niestety stroje do nastepnego dnia nie wytrzymaly...a nastepny dzien: parada:) hie hie... fajnie bylo. zamkneli ulice i przez pare godzin maszerowala parada... najpierw wozy z zespolami grajacymi i spiewajacymi, a potem grupy przebierancow... muzyka grala, wszyscysie bawili... jak w sylwestra:) heh.. szkoda,ze u nas karnawal jest zimowy i sniezny, to nie bardzo da sie cos takiego zorganizowac ... a po paradzie, jedzenie, popoludniowe spanie, pakowanie i do domu... koniec historii:)

ewa

PS piszecie, ze lepiej bylo jak pisalam maile... ale przeciez byly rzadziej i dluzsze (choc ta dlugosc tez niektorym pzeszkadzala), heh. ciezko wszystkim dogodzic... no to postaram sie pisac podobnie jak w mailach, czyli bardziej szczegolowo... zaczynajac od dzisiaj:)

6 marca 2008

nóż w wodzie

Na naszej uczelni co tydzien puszczaja jakis film - albo grecki ( ostatnio porno horror, Ania mowila, ze obrzydliwy) albo zagraniczne z greckimi napisami (wczoraj byl "Nóż w wodzie")... wiec poszlysmy... i wlasnie to niby kino zasluguje na maly komentarz.

Po pierwsze: film jest skierowany do cypryjczykow, czyli napisy sa po grecku, wiec tlumow nigdy nie ma.
Po drugie: przed seansem powiedzieli kilka slow o Polanskim... moim zdaniem troche nasciemniali:/
Po trzecie: nie tlumaczyli wszystkiego, wiec czasem nie wiedzieli czesmu sie smiejemy:)
Po trzecie: jedzenie! Przynosza jakies przekaski, ale... niesmaczne:/
Po czwarte: przerwa! heh... w polowie filmu byla przerwa na papierosa... hehehe
Po piate: po filmie powiedzili, ze ida na drinka, czy chcemy sie przylaczyc... hmm, niezla biesiada pod pretekstem filmu:)
Po szoste: szostego nie ma... bo w sumie bylo fajnie i dobry film:)

ewa_kinomaniak

4 marca 2008

tylko na Cyprze

Cypr jest wyjatkowy... bardzo... tylko tutaj o 5 nad ranem obudzi Cie zawodzenie wzywajace wiernych na modlitwe... a Pan Nawolywacz nigdy nie zaspi ( a raczej ten, ktory puszcza to nagranie) ... i nie byloby to az tak dziwne gdyby nie fakt, ze Pan nawowywacz nadaje z sasiedniego kraju:/ takie atrakcje, to tylko na Cyprze:/

ewa_niewyspana