30 kwietnia 2008

Akarak

Aqaba, to ostatnie miasto na poludnie w Jordanii, wiec nie pozostalo nam nic innego jak droga powrotna na polnoc... a po drodze zajechalismy do Akarak na zamek krzyzacki (podobno najwiekszy, ale do Malborka to się jadnak nie umywal... chocby dlatego, ze wiele po nim nie zostalo). Jednak najbardziej utkwila mi w pamieci walka z wiatrem... spodnica, to jednak nie najlepsze rozwiazanie do zwiedzania zamkow... ja i Marlena musialysmy caly czas trzymac spodnice, bo podwiewalo strasznie... a malo wygodnie było wspinac się po murach i pilnowac, by znowu nie zawialo:/

Kolejna sprawa, to autobusy miejskie (chyba odbieglam już na samym poczatku od tamatu zamku, ale naprawde... tylko kamienie i niewiele wiecej:/ ) ,a za to autobusy? Hehe, tu nie ma takiej mozliwosci, by się nie zmiescic do pelnego busa... Ludzie stoja w otwartach drzwiach i malo nie powypadaja na zakretach i nikt się tym nie przejmuje... nawet policja

A po drodze z Akarak do Ammanu zatrzymalismy się przy jednym z wielu punktow kawowych... sa to przydrozne (najczesciej mobilne) chalupi, w ktorych można kupic kawe i czasem cos na maly glod... Maja nawet kanapy, gdzie można spokojnie skonsumowac ich produkty patrzac jak przed nosem smigaja Ci samochody... i nie wiedziec czemu, czesto obsluguja je male dzieci.

A po kawie ruszylismy dalej... czyli dalszy dzien drogi... drogi i drogi:/ z przerwa na arbuza... i dalej droga i droga, wiec dzisiejsza relacja nie będzie dluga... az dojechalimy do Ammanu do naszego pierwszego hotelu... w którym manager jest bylym przewodnikiem wycieczek i miał duzo ciekawych historii do opowiedzenia... wiec przesiedzielismy w jego biurze wiele godzin rozmawiajac, zartujac i popijacac... herbate

29 kwietnia 2008

Red Sea

Po dniu i nocy spedzonej na pustyni, zatesknilismy za cywilizacja...bo pustynny czerwony piasek był wszedzie... wszedzie. Wzielismy kurs na Aqaba, czyli najbardziej turystyczne miasto w Jordanii i ruszylismy... Caly poranek spedzilismy w samochodzie... najpierw w drodze, a potem szukajac hotelu (czemu wszystkie tanie hotele sa tak schowane, ze znalezienie ich zajmuje wiele czasu, a nikt o nich wczesniej nie slyszal!?)

Jak w koncu znalezlismy nasz noclego, to... ho ho ho... to był najlepszy hotel w jakim mieszkalismy w Jordanii... Po pierwsze: znajdowal się w centrum miasta przy bazarach, gdzie zamierzalismy wieczorem wydac pieniadze. Po drugie: miał klimatyzacje i wiatrak, i każdy pokoj wlasna lazienke, i okno (bo roznie z tym bywalo wczesniej), i balkon, i widok na... Izrael! Morze Czerwone jest tak waskie, ze patrzac z Jordanii, na drugim brzegu widac zabudowania i swiatla Ziemii Świetej. A po drugie (co może nie jest zasluga hotelu, a raczej turystycznego miasta) ... można było dostac piwo... alkoholowe.... i nie było az tak strasznie isc samej kobiecie na ulicy... a tubylcy nie chodzili tylko w tych swoich sukienkach podobnych do sari, ale także w jeansach czy garniturach... i poza nami było kilka kobiet z odkrytymi twarzami i lydkami... Jakos tak bezpieczniej się czulam:)

Po zachlysnieciu się cywilizacja (ciekawe czy gdyby nie noc na pustyni: lazienka, klima i piwo tez az tak by cieszyly) wybralismy się nad Morze Czerwone... i tu znowu zderzenie z arabska rzeczywistoscia... Na plazy pojawila się wycieczka szkolna... tylko mali chlopcy i tylko chlopcy, a pan nauczyciel nie mogl ich upilnowac... sam siebie nie mogl upilnowac, bo chcial zrobic sobie zdjecie z Martinem (Czechem... ten zarosniety blondyn na zdjeciach). Ale najwieksza sensacje wzbudzila Marlena, gdy jako pierwsza zaczela się przebierac w kostuim. Ci mali chlopcy pierwszy raz w zyciu widzili damska noge i nie bardzo wiedzieli jak na nia zareagowac. Usmiechali się, chichotali, robili zdjecia... a jak sami poszli się kapac, to tak jak stali: w spodniach i koszulkach (tylko nielicznie bez koszulek)... Wiec jak cala nasze dziewiatka przebrala się w stroje kapielowe, to było wielkie poruszenie na plazy.... (poza nami i chmara malych chlopcow, prawie nikogo nie było)... A jak lezelismy na plazy, to caly czas wkolo nas krazyli i robili nam zdjecia... dlatego plazowanie zakonczylismy przed czasem:/ a wracajac z plazy sluchalismy... Myslovitz! lecialo w ichniejszym radio... oczywiscie angielska wersja

A wieczorem poszlismy na rybke... bo nad morzem przeciez obowiazkowo trzeba choc jedna zjesc... i trzeba przyznac,ze smaczna była, ale... może to przypadek, ale od tego dnia zaczely się problemy zoladkowe naszej wycieczki. Mimo, ze pilnowalismy się, by pic tylko wode butelkowana, to meska czesc wycieczki (ciekawe czemu tylko meska) czesciej odwiedzala ubikacje...

A potem poszlismy zwiedzic miasto by night, zrobic zakupy na bazarach, a na deser zjedismy w hotelu arbuza... i tak minal kolejny dzien:)

28 kwietnia 2008

Wadi Rum

Kolejny cel wycieczki: pustynia Wadi Rum. Pakujemy się i jedziemy na poludnie. Po drodze kilka razy trafiamy na check point, czyli blokade na drodze i pytanie z jakiego kraju jestesmy i gdzie jedziemy (tak jest w calej Jordanii, a szczególnie przy granicy z Izraelem czy Irakiem... Zołnierze z naladowanymi karabinami i pojazdy pancerne kolo drogi, ale... po Cyprze i sytuacji jaka tam panuje, zolnierz z karabinem czy czolg na srodku drogi nie robi już takiego wrazenia). Ale oprocz przystanku na check poincie mielismy jeszcze jeden z powodu zbyt szybkiej jazdy, ale wystarczylo udac, ze nie mialo się pojecia, ze to az tak szybko, powiedziec, ze jestesmy turystami i zamiast mandatu uslyszelismy: Welcome to Jordan...

Jedziemy dalej... parking pelen Jeepow, a dalej miedzy skalami brama wjazdowa do wioski Beduinow. Przy wjezdzie spotkalismy Mohammada Sunset Camp, czyli odpowiednia osobe, by zorganizowac wyprawe na pustynie z mozliwoscia noclegu w jego obozie... Zaprosil nas do swojego biura, poczestowal nas herbata i ustalilismy plan oraz cene wycieczki. Potem szybkie zakupy w ichniejszym sklepie i spoznione sniadanie u Mohammada w biurze, czyli znowu herbata. Potem szybkie przepakowanie rzeczy potrzebnych na pustynie, czyli np. po 2 butelki wody na glowe i cos do ubrania na zimny wieczor, oraz kryte buty na goracy piasek (ja z Marlena tak się wybralysmy do Jordnii, ze tylko japonki wzielymy, heh, no przeciez miał być upal...i byl)... jedziemy dalej...

Jeepy zapakowane, my w jeepach i jedziemy... i tu mala refleksja na temat jeepow: wlaczalo się je (a przynajmniej nasz) na dwa kabelki, nie mialy lusterek wstecznych (bo po co), a by wzolnic, to kierowca zaciagal reczny i na zaciagnientym do konca jechal dalej... hamulcow rzadko uzywal... kierowca tez był wyjatkowy... very crazy driver i dlatego scigalismy się z drugim jeepem, a potem dolaczyl do nas trzeci jeep i scigalismy się razem... i skakalismy na zakretach i na wydmach i raz wyladowalam na Marlenie, a dokladniej moja glowa na jej ramieniu, a ze mialam okulary, to bardziej bolalo... oj strasznie, strasznie bolalo, ale przyzylam:) ...ale wrocimy do wycieczki....

Pierwszy przystanek: ruiny swiatyni... wiele nie zostalo, wiec pakujemy się spowrotem i jedziemy dalej: zrodelko... hmm... 20 min marszu po gorach na sloncu, by dotrzec do dziury w skale, z ktorej leje się woda... heh. Po powrocie do jeepa, bylam zadowolona, ze mieszkam w zimnym kraju... 40 min wspinania po gorach na sloncu i już wiem czemu az 2 butelki wody przypadaly na glowe na te pare godzin jazdy jeepem... suszylo, oj suszylo, grzalo, oj grzalo... Potem postoj przy kolejnym zrodelku i miejscu gdzie zatrzymywaly się karawany, a potem wawoz... i kolejka, by do niego wejsc, bo dziesiatki wlochow weszlo przed nami i zrobil się korek... a kolejni wlosi czekali na swoja kolej... w koncu weszlismy...wasko jak w Petrze, a na scianach napisy w staro arabskim... jedziemy dalej... wydma, duza, czerwona wydma, na która trzeba było oczywiście się wdrapac... jedziemy dalej: sciana skalna, a na niej wydrapane rysunki m.in. wielbladow... a potem był postoj i herbata beduinska z ogniska (tyle herbaty ile wypilam w Jordanii, to chyba przez caly pobyt na Cyprze tyle nie wypilam)... Potem kolejna wydma, ale tym razem wjechalismy na nia jeepami... sesja zdjeciowa, proba napiania: 'Cyprus' na piasku... z naszych cieni - wyszlo... co najmniej ciekawie:) Kolejny punkt programu to skalny most i oczywiście udana proba wdrapania się na niego:) i kolejna sesja zdjeciowa... na koniec ogladalismy skale, która z jednej strony wygdala jak kura, z innej jak dinozaur, z innej jak slon, a z jeszcze innej... to już nie pamietam:) ...a po zwiedzeniu pustyni pojechalismy do obozu...

Oboz Beduinow to namioty, namioty, zbiorniki z woda i... murowane lazienki, a w nich nawet prysznic... i oczywiście: herbata na przywitanie. Przygotowali tez dla nas ognisko (w namiocie) z jedzeniem, muzyka i tancami... a na niebie było tyle gwiazd, ze chyba nigdy az tylu nie widzilam... pieknie było, smacznie było i wesolo było) ...A sniadanie na pustyni? Ho ho ho, puszne i duzo... duzo lepsze niż w hotelu... choc polaczenie jajecznicy z ziemniakami razem z chalwa troche mnie zdziwilo:) Potem zapakowalismy się do jeepow i wrocilismy do wioski... a po drodze zlapalismy gume, ale naprawa sprawnie poszla i moglismy dalej się scigac z innymi jeepami:)

I tak wlasnie wygladala wycieczka po pustyni Wadi Rum:)

27 kwietnia 2008

Petra

Kolejne dwa dni wycieczki spedzilismy w Petrze... czyli nowym Cudzie Swiata... Trzeba przyznac, ze robi wrazenie... Jest ogromna, a bilety sa do kupienia nawet na okres trzech dni zwiedzania (jakby się chcialo zajrzec w kazda dziure, to nawet te trzy dni mogą nie wystarczyc)

Zwiedzania było duzo, wiec staralismy się wstac w miare wczesnie i szybko dotrzec do Petry... czyli na miejscu byliśmy ok. 11... i to był blad (za pozno). Upal był taki, ze już za brama wejsciowa umieralismy z goraca. Szybko skonczyly nam się zapasy wody pitnej i było trzeba szukac straganow z napojami... ale jak na zlosc, wszedzie sprzedawali tylko wisiorki, paciorki i inne swiecidelka... wiec nim dotarlismy do jakiegos budelkowanego zrodla wody, wysuszeni byliśmy bardzo:/

Na szczescie po pierwszym odcinku na sloncu, weszlismy miedzy skaly, gdzie było przyjemnie chlodno... Dlugi, waski i bardzo wysoki korytarz skalny zaprowadzil nas prosto do Chazne zwana przez Beduinów "Skarbcem Faraona" – wykuta w skale piętrowa budowla bedaca sztandarowym i najsłynniejszym zabytkiem Petry (posłużyła w filmie 'Indiana Jones i Ostatnia Krucjata' jako świątynia chroniąca Świętego Graala)... Przed Chazne były zaparkowane wielblady... wiec dlugo zastanawiac się nie musielismy... trzeba było tylko potargowac o cene i jazde na wilbladach mamy zaliczona:) a wracajac obejrzelismy amfiteatr, groby krolewskie, swiatynie i co tam jeszcze było... pamietam tylko, ze tak slonce grzalo, ze prawie udaru dostalismy i musielismy kupic sobie chusty, które beduini zawiazali nam na glowie tak profesjonalnie, az jeden z nich chcial potem dokonac z Lukasze wymiany: Marlene i mnie za wielblady. Jednak odpowiedz, ze jestesmy jego zonami i nie jestesmy na sprzedaz ucieła tranzakcje... choc przy cenie tysiaca wielbladow Lukasz się... zawachal, jednak ostatecznie nas nie wymienil...

Drugiego dnia byliśmy już madrzejsi... budziki nastawilismy na 6 rano, a sniadanie zjedlismy na parkingu przed Petra... oj, bardzo zimno było rano i nawet deszcze padal przez cale 3 minuty... ale oczywiscie pozniej znowu był upal nie do wytrzymania:/

A na drugi dzien mielismy zaplanowane wspinanie do klasztoru... Sciezka gorska mimo, ze waska i mimo, ze... gorska, glownie skladala się ze schodow po ktorej poza turystami i beduinami chodzily tez taksowki w postaci osiolkow, co po paru godzinach powodowalo dodatkawa trudnosc na trasie (slalom miedzy oslili odchodami)... ale to i tak nie przycmilo urokow i widokow gorskich... A na szczycie? Sklep z bizuteria, a w nim beduinski sprzedawca czestujacy beduin whisky. Tak, ten sprzedawca był glowna atrakcja tego punktu widokowego. On i jego motto zyciowe: enjoy your life, forget your wife!

Potem wycieczka spowrotem w dol i spowrotem przez cala Petre do wyjscia... i tu spotkalismy polska wycieczke... dziwne, ze polska, bo nie wiedziec czemu prawie wszystki wycieczki sa z Wloch. Wloski jest tu czesciej slyszany wśród turystow niż uniwersalny angielski... czy Petra, czy srodek pustyni, czy plaza czy sklep: Wlosi! Tak wiec minelismy polska wycieczke i kilka wloskich i wrocilimy do domu, by wieczorem pojechac na zachod slonca do Malej Petry, czyli znowu wspinanie się po gorach, co kosztowalo mnie jedna pare butow... ale mam jeszcze dwie na szczescie... ale to dopiero poczatek wycieczki...

A slonce zachodzilo przy dzwiekach dziwnego beduinskiego instrumentu, bo kilka skal dalej jakis maly beduin gral i spiewal:)

25 kwietnia 2008

Dead Sea

Arabski swiat welcome to, czyli wybralismy się do Jordanii... wycieczka polsko- czesko- wlosko- libanska, czyli erasmusy i tlumacz (kolega Lukasza z pracy, który zna arabski)

Po pierwsze: cale szczescie, ze pojechal z nami Shadi (Libanczyk), bo bez jego znajomosci arabskiego, byloby... trudniej

Po drugie... zupelnie inny swiat... nie ma luksusow i wcale do niego nie daza... Maja swoje wielblady, beduin whisky i sa szczesliwi... hotele, w których byliśmy wygladaja tak jakby czas się w nich zatrzymal... Firanki, meble, nie remontowane lazienki i kurz sprzed kilkudziesieciu lat... ale... ma to swój urok... Jordania z okna Hiltona nie smakowałaby tak samo dobrze:) a innosc arabskiego kraju poznalismy już na lotnisku...

Srodek nocy... zimno (a w dzien upal był nie do wytrzymania)... lotnisko w Ammanie... i tu pierwsze zderzenie z arabska rzeczywitscia: lady’s inspection, czyli male pomieszczesnie za zaslonka w celu zrobienie inspekcji... kobietom... tylko kobietom (ale to czeka nas dopiero przy wylocie) ... nastepny punkt: wizy... czyli 10 dinarow wstepu do arabskiego swiata i wywiad: po co, na ile, jaki hotel (oczywiście wywiad mialysmy tylko my: Marlena, Marianna (Wloszka) i ja, a meska czesc przeszla bez slowa)... dalej kolejne kontrole, znowu pokazac paszport i jeszcze raz pokazac paszport... i w koncu udalo nam sie opuscic lotnisko... potem problem z karta platnicza i depozytem, by wynajac samochod, ale w koncu wszystko Daxi, a raczej Mafimuszkila (czyt. no problem, czyli przestawiamy sie z greckiego na arabski) ... jedziemy do hotelu... problem tylko, ze tu nie ma numerow domow, wiec trafia się po kodzie pocztowym, lub opisie sasiedztwa... ale z pomoca pana z wypozyczalni samochodow udalo się...

Hotel: dostalismy pokoje na ostatnim pietrze, czyli nie dalo się spac, bo za goraco było... choc widok z okna był ciekawy... Rano sniadanie, czyli szwedzki stol skladajacy się z pity, serkow topionych i jajek... a na deser dzem... czyli pelna rozpusta:)

A potem wzielismy wspolrzedne na Dead Sea... czyli pogubilismy się w Ammanie, ale na plaze w koncu dotarlismy:) a plaza? Hmm... wycieczka azjatek w jednakowych strojach (koszulka i getry w paski, czyli kapiel w opakowaniu), jordanki zapakowane calkowicie,ze tylko oczy widac, a w morzu kapia się tylko faceci... i turysci. A kapiel w Morzu Martwym to prawdziwe wyzwanie. Jest tak slone, ze szczypie w usta, a czuje się w nim jak splawik... nie da się normalnie plynac, ale za to mozna wziasc ksiazke i drinka , zalozyc noge na nogi i... dryfowac:) i wlasnie to robilismy:) a dodatkowa atrakcja jest... bloto... a dokladniej kapiele blotne, czyli wysmarowalismy się nim cali i potem mielismy bardzo soft skin:) ale dokladne zmycie soli po kapieli w dead sea, było bardzo trudne... była wszedzie i w wielkich ilosciach... od tego czasu mniej uzywam soli w kuchni, bo jakos tak mi slono ciagle (jednak te 30% zasolenia robi swoje)

A akurat w Jordanii odbywaly się WRC... wiec co chwile mijaly nas samochody rajdowe, gdy jechalismy z plazy... a jeden nawet splonal... ale wrocimy do wycieczki...

Gory... kanion, ladne widoki, sesja zdjeciowa i jedziemy dalej w kierunku Petry...

Mamy hotel, wiec ruszamy na podboj miasta noca... i tu rozczarowanie: alkohol jest... niedostepny, bo niepotrzebny... muzulmanie nie mogą go pic, wiec w sklepie czy restauracji tez nie sprzedaja... wiec wieczor spedzilismy przy Shiszy (fajce wodnej)... to jedyna uzywka dostepna w tym kraju....

i tu moja mala osobista dygresja: jeszcze nigdy nie było az tak cieplo w moje urodziny... i jeszcze nigdy nie było toastow non-alkohol (bo piwo bezalkoholowe jest naprawde bezalkoholowe, a nie jak u nas, po prostu slabe)... nie było gdzie pojsc na balety, bo zycie nocne konczy się na piciu herbaty... wiec zostala fajka wodna w knajpie, a w tle tubylcy ogladali Titanica... ale wieczor zaliczam do udanych i milo spedzonych...bo nie da się ukryc, ze to byly niepowtarzalne urodziny:)

24 kwietnia 2008

wakacjuje sie:)

Na cyprze wlasnie zaczynaja sie swieta Wielkanocne (tu wszystko jest na opak) i korzystajac z okazji, ze w pracy i na uczelni jest wolne, wymyslilismy, ze pojedziemy gdzies..... padlo na Jordanie:) Zebralismy sie w 9 osob (erasmusy plus jeden libanczyk (kolega Lukasza z pracy) - bardzo dobrze, bo arab nam sie przyda w tym... "dzikim" kraju) i dzis w nocy lecimy na podboj Jordanii :) Tak wiec przez tydzien nie bede pisac... po powrocie postaram sie nadrobic zaleglosci:) ... jesli wroce, czyli jesli meska czesc wycieczki nie sprzeda mnie za wileblady:/

Chcialam takze napisac, ze wyszlam za maz... za tydzien wracam, ale niestety wszystkie obraczki jakie znalazlam byly za duze:/ wiec jade jako panna... ale dobrze zapakowana... a zeby pisac jasniej, powiem, ze chodzi o to, ze w Jordanii kobiety musza byc zakryte, spodnice za kolana, zasloniete ramiona itp... A przeciez tam jest wiekszy upal niz na Cyprze:/ faceci zapuscili brody,a my... no coz... nie mezatki, ale w miare zasloniete, czyli powinno byc ok:)

no to wracam do pakowania... do napisania/przeczytania w maju:)

ewa_w podrozy (tylko polski nr tel)

23 kwietnia 2008

kacik muzyczny

dzisiaj bedzie troche o muzyce... popularnej na cyprze... granej w klubach... na uniwersyteckiej stolowce... wszedzie...

na poczatek piosenka, ktora jest bardzo popularna teraz na Cyprze... jest to... grecki reprezentant do konkursu eurowizji... cypryjski reprezentant nie jest tak poularny, w sumie w ogole nie jest popularny... http://pl.youtube.com/watch?v=8vAa4kaiJ2k

i moze jeszcze to co na Cyprze jest znane i sluchane odkad tu jestem: Gia sou, czyli :czesc ... http://pl.youtube.com/watch?v=TFsj21mublc

a tu troche greckiego tanca... czyli tak to w klubach bywa... gdy leci grecka muzyka, to tubylcy zaczynaja tanczyc swoje narodowe tance... najczesciej klekaja w kolku, a jeden w srodku tanczy... a ze nie da sie ukryc, ze cos wczeniej wypil, to wychodzi to troche dziwnie... ale podobnie jak tu: http://pl.youtube.com/watch?v=EAnHBJU7vpM

ale by nie zameczyc was az tak bardzo greckimi rytmami... choc te typowo greckie nie sa ( na szczescie), to cos co graja w klubach i jest bardziej... 'normalne'... http://pl.youtube.com/watch?v=TFsj21mublc

a na koniec cos ode mnie... puscili to na tutejszych juwenaliach, wiec tu tez jest znane... jednak chyba bardzie w polsce... http://pl.youtube.com/watch?v=KE2orthS3TQ wiec zostawiam was z ta 'cudowana' mieszanka muzyczna... a jesli przezyjecie, to nastepnym razem dam wam typowo grecka muzyke:)

20 kwietnia 2008

plaza po turecku

Ostatnio często smazymy się na sloncu, bo grzeje strasznie mocno i bo chcemy być dobrym przykladem cypryjskiej pogody po powrocie do Polski...

Dlatego wczoraj pojechalismy do Alagadi... miasto po tureckiej stronie... piaszczysta, ladna i pusta plaza (jak to u turkow bywa)... ale wyjazd na te plaze byl troche spontaniczny... po prostu dolaczylysmy (Ania, Marlena i ja) do Lukasza, który chcial poplywac na desce... wiec ten „spontan” wyszedl nam troche pozno i na plaze dojechalismy dopiero o 15... bo wspolrzedne i GPS wziely w leb i trzeba było jechac na skroty... a jak to najczesciej ze skrotami bywa... okazaly się dluzsze i wyboiste... no ale w koncu się udalo...

Alagadi: turtle beach, czyli po 20-tej zakaz wejscia, by nie podeptac zolwi... wiec zolwi nikt nie podeptal, nikt się nie kapal, bo zimno, a opalanie skonczylismy po 15 min i zostalo tylko zbieranie muszli czekajac az Lukasz skonczy walke z wiatrem... wiec sporo tych muszli nazbieralismy... a potem zrobilo sie zimno... wiec zapakowane w co się dalo, a raczej w co się wzielo (bo wyjezdzajac było cieplo, ale jak slonce zaszlo.... brrr), spakowalismy się szybko i wrocilysmy do domu...

A dzis było trzeba nadrobic opalanie... wybor padl na Famaguste, czyli znowu turecka strona. Ania z Alma (rumunka, tez erasmus) pojechaly już o 10, a ja z Marlena uznalam, ze az tyle slonca to nam nie potrzeba (choc nie da się ukryc, ze mozliwosc spania o godzine dluzej był glownym powodem)... wiec wybralysmy się na busa, który wyjezdza o 11... ale,ale... wyjezdza z Nikozji polnocnej, czyli daleko (dobrze,ze otworzyli to przejscie na starym miescie, to o jakies 15 min jest blizej na busy po polnocnej stronie)

Idziemy.... dzwoni Magda, ze zaspala, bo miala jechac z Ania i Alma... O ktorej my jedziemy, to pojedzie z nami? ... ale my już bylysmy w drodze, a Magda jeszcze w pizamie, a bus odjezdzal za 30 min... wiec powiedziala, ze pojdzie na busa o 12... spotkamy się na plazy (mala jest, latwo się znalezc)...

Idziemy... ja ide w nowych butach.... idziemy.... ja nie mogę isc... bo nowe buty, bo obcieraja, bo.. ała!... wiec zaszlysmy kupiec nowe, wygodniejsze (dobrze, ze tu w niedziele sa prawie wszystkie sklepy otwarte)... kupilam, nalozylam i biegniemy dalej... Granica... chyba zbyt szybko szlysmy, zbyt podejrzanie wygladalysmy... bo zatrzymali nas grecy i kazali dowody pokazywac... a rzadko się to zdaza... Dalej granica turecka, czyli do budki po pieczatke i idziemy na azymut, bo w tej czescie starego miasta nie bylysmy, a moja mape ma Lukasz (teraz także Marleny mape... on chyba ma czarna dziura na mapy Nikozji)... Ale udalo się trafic:)

Dobiegamy do postoju busow do Famagusty.... a bus wyjezdza... czyli spoznilysmy się 1 min:/ tym razem trafilismy na jakiegos nadgorliwca, bo jeszcze 11 nie było, a zazwyczaj odjezdzaja chwile po czasie... no ale trudno... czekamy.... czekamy.... Combo!

Combo, to share taxi, czyli drozsze niż bus, ale tansze niż taxi i jezdza szybciej i czesciej... wiec spowrotem poszlysmy na stare miasto... Jezdzicie do Famagusty? Tak! To poprosze bilet... ile kosztuje? Hmm, ok... czekamy, czekamy... ale... cena biletu była nizsza niz biletu na bus... wiec cos tu nie pasowalo... probujemy się dogadac ze sprzedajacym: Do Famagusty? Tak, Kyrenia! Hmm!? ...wiec kazal poczekac, za chwile przyjedzie kierowca i on zna lepiej angielski... no i przyjechal, no i okazalo się, ze chcieli nas zawiesc do Kyrenii... wiec przeprosili, kase oddali i nawet zawiezli nas na postoj busow do Famagusty.. heh, ten postoj ma w sobie jakis magnetyzm, bo czy nie probujemy na stopa, czy taxi, to i tak zawsze ostatecznie zawoza nas na ten postoj:/ heh... wiec kupilysmy bilety i pojechalysmy.... oczywiście z calym rytuałem po drodze z panem sprzedawaczen, sprawdzaczem itp...

A Famagusta? Uuu... goraco... i wyjatkowo tlumnie... spotkalysmy Anie i Alme... już 2 razy zmienialy miejsce na plazy, bo... przeciez plazowanie po tureckiej stronie jest podobne do zwiedzania zoo... tyle, ze to my jestemy zwierzetami do ogladania.... heh, miejscowi to sa tylko faceci, którzy zbieraja się w stada i ogladaja... a jak się plywa w wodzie... powoli się zbizaja i jak zaczynaja: ‘Hello,....’, to znaczy, ze pora wyjsc z wody ,czyli uciekac... ale... tego naprawde... nie da się opisac... ale przezyc tez nie polecam... bo to nie jest tak jak w kazdym 'normalnym' kraju... ze chlopak po prostu zagaduje, albo po prostu patrzy... tu kobiety sa pozakrywane i siedza w domu, a faceci jak w koncu zobacza kobiete, ktora nie jest zaslonieta od stop do glow, to im odbija... szczegolnie jesli jest 'egzotyczna', czyli np europejskiej urody, a jak jest blondynka (jak Ania i Alma), to bez opieki ich zostawic nie mozna... ale wracajac do opalania... to w przeciwienstwie do dnia poprzedniego... było tak cieplo i slonce tak grzalo... ze bylysmy tam chwile, a teraz jestemy czerwone... (znaczy ja i Ania, bo tylko my jestesmy takie blade z natury:/

Heh, no to koniec opowiesci o tureckich plazach... uciekam posmarowac się znowu jakims kremem chlodzacym... oj, będzie pieklo:/

ewa_rak

PS a wracajac zaszlysmy na swiezo wyciskane soki... mniam... ale, chyba nie wygladalysmy najlepiej po dniu spedzonym na plazy, bo pan zaproponowal nam shota... no to sie zgodzilysmy... i dostalysmy cos zielonego co pachnialo jak swiezo scieta trawa... i tak tez smakowalo... i tym sie okazalo... sok z trawy?! hmm... mial dzialac pobudzajaco... i chyba tak zadzialal, ale nie wiem czy sam z siebie czy to swiadomosc picia... trawy!?

18 kwietnia 2008

'kortowiada' at UCY

dzis byl ostatni dzien zajec na naszej uczelni... a na zakonczenie... przed sesja... jest cos w stylu kortowiady... czyli: muzyka na dziedzincu i alkohol... za free... wiec wszyscy tancza, robia zdjecia i ... pija, oblewaja sie drinkami ( bo goraco i bo darmowe)... a ze slonce strasznie grzeje... to bardzo ekonomiczni jestesmy, bo szybko "bierze" ...no ale szkoda tracic czas na gadania... wracamy na dziedziniec, poki open bar ma zaopatrzenie:)

15 kwietnia 2008

przełom

Przelom w sprawie.... koniec laby! praca dyplomowa liczy juz ponad 30 stron:) Co prawda dzieki ctrl + c oraz ctrl + v troche jest po polsku ,troche po angielsku ,a wiekszosc to zdjecia... ale fakt jest taki, ze praca sie pisze:)

kolejny przelom, to przelom pogodowy: upał... wiem, ze robie sie monotonna, ale jak ponarzekam jak tu goraco, to jakos chlodniej mi sie na duszy robi:) bo wyglada to tak, ze ostatnie dni to temperatura ponad 30 stopni... az się nie chce wychodzic z domu... a opalanie na dachu konczymy po 15 min, bo dluzej wytrzymać się nie da... ale, ale

cypryjki, jak to cypryjki... zapakowane po uszy i nadal smigaja w dlugich spodniach i kozakach... jeszcze nie widzialam, by ktoras nosila japonki czy chocby sandaly... Tu w sklepie, gdy za oknem jest 35 stopni, to pani mowi, ze to jeszcze nie sezon na sandaly... czyli wracamy do sytuacji z wrzesnia: smazymy się na podworku, a potem zamarzamy w klimatyzowanych pomieszczeniach, czyli Cyprus welcome to:/

12 kwietnia 2008

susza

Cypr wysycha!
Sa minusy bezchmurnego nieba. Odkad tu jestem, czyli od wrzesnia, tylko kilka dni padalo i zawsze tylko chwile, a tak to ciagle slonce i slonce... (bez okularow przeciwsłonecznych trudno tu wytrzymac, bo nawet jeśli slonce jest za chmurami, to jest tak jasno, ze trzeba mruzyc oczy)... a temperatura? Np. dzisiaj: 30 stopni roznicy miedzy Polska a Cyprem! Czyli smazymy się na dachu, bo mamy blizej niż na plaze:) ...ale mialam pisac o minusach...

w sumie jest tylko jeden, ale powazny: wszedzie odcieli wode! Np. w naszym budynku codzinnie odcianaja wode... na caly dzien i dopiero w nocy odkrecaja kurek spowrotem... Ale, ale... to nie tak, ze nie ma wody w kranie w dzien, bo jest! Mamy ogromny zbiornik, a w sumie nawet pokoj, w którym zbierana jest woda, wiec nawet nie zauwazamy kiedy nam ja odcinaja... niestety da się to zauwazyc w miejscach publicznych czy chocby na uczelni, gdzie nie ma wody przez 2 godzinny, ale nigdy nie wiadomo kiedy...

i dlatego już wiem czemu na Cyprze nie ma trawnikow, tylko wszedzie sucha ziemia...

ewa

PS A po wczorajszej imprezie, my tez mamy susze... w gardlach:/

7 kwietnia 2008

Ledras gate

Ostatnio otworzyli nowe przejscie miedzy Cyprem poludniowym i polnocnym. Tym razem duzo lepiej zlokalizowane, bo na koncu Ledras street. Jest to glowna ulica na starym miescie, czyli wlasnie tam chodza wszystkie wycieczki. Do tej pory na koncu ulicy był zolnierz z karabinem w budce, prowizoryczny plot i zakaz przejscia. Tak, do tej pory było inaczej...

Na wyspie jest pare przejsc granicznych, w tym teraz dwa piesze w Nikozji. Jednak chetnych do odwiedzania sasiadow nigdy nie było. Turyscie lepiej znaja wyspe i wiecej widzieli niż Cypryjczycy (poludniowi). Greccy cypryjczycy nie jezdza na polnocna strone. Uwazaja ja za okupowana i duma nie pozwala im pojsc do budki na granicy po stempel. Co wiecej... na mapie Nikozji wydanej na poludniu czesc polnocna nie jest opisana. Sa narysowane ulice itp., ale nazwy? Nie! Podpisane tylko, ze okupowane od 1974 roku i nawet nie jest zaznaczone gdzie przejscie gracznice.. po prostu czarna plama... Natomiast po tureckiej stronie sa nawet drogowskazy na miasta na poludniu... ale wrocimy do Ledras...

Postanowilismy wybrac się do turkow przez nowe przejscie... i troche czasu to nam zajelo... Po pierwsze była niedziela, wiec było trzeba przeciskac się przez tlumy na Ledras. Po drugie... było to kilka dni po otwarciu... i tu: fenomen! Tłumy na granicy chcace przedostac się na turcka strone... Kilka stacji telewizyjnych i relacje na zywo... Dopiero jak otworzyli przejscie w centrum miasta, to duma już im tak nie przeszkadzala i tlumnie rzucili się do wydawania pieniedzy na polnocy. Ponad godzine przeciskalismy się w tlumie... a jak już byliśmy pod budkami... to wszyscy od robienia stempli na tzw. Wizach znikneli i było trzeba troche na nich czekac:/ ale w koncu się udalo!

A u turkow... jak to u turkow: laznie i meczety... a teraz dodatkowo knajpy nowo otwierane, a nawet dopiero nowo budowane na tureckiej Ledras. Poza tym tanie jedzenie, tureckie piwo efes, duzo turkow, a reszta taka sama jak u grekow. Wiec zjedlismy frytki i wrocilismy do domu.... z dluzszym postojem na granicy... znowu:/

5 kwietnia 2008

paczka

Marlenie wyslano paczke z Polski... w marcu... w polowie marca... Paczka powinna isc pare dni... nadana priorytetem, express i dobrze zaadresowana, ale... zaginela w akcji...

w kwietniu Marlena zaczela sie denerwowac... sprawdzila w internecie, gdzie znajduje sie jej paczka, dzwonila do Polski, byla na najblizszej poczcie... i okazalo sie, ze od prawie 2 tygodni jest juz na Cyprze... ale awizo nie doszlo... wiec bylo trzeba zorganizowac wyprawe po paczke... tak,tak: wyprawe, bo tu wszystko jest na opak i paczka nie dochodzi na najblizsza poczte (nie wspominajac o mozliwosc dostarczenia jej do domu)... swojej paczki trzeba poszukac...

Marlena odnalazla ja na glownej poczcie ho ho ho daleko od nas... wiec zapakowalysmy sie do taksowki i pojechalysmy... i sie zaczelo...

okazalo sie, ze paczka jest, czeka, Marlena jest... i poczeka... bo nie chca jej wydac... Wydadza tylko jesli przeniesie awizo... ale awizo nie dostala... Pani mowi, ze dzis listonosz ma jej dostarczyc awizo (nadal na nie czeka)... i na nic sie zdalo tlumaczenie, ze przeciez to Ta Marlena, to Ta paczka i czemu nie moge jej wziac, skoro tu jestem, skoro musialam wziac taxi ,by jechac na drugi koniec miasta, bo nie macie tu autobusow, bo przeciez mam nr paczki, to moj dowod, gdzie moja paczka, chce paczke, nie wyjde bez paczki, AAA!!!

no i podzialalo... Pani zniknela za drzwiami i po dluzszej chwili wrocila... z paczka... heh... wiec jednak dalo sie bez papierka... ale, ale.. za nami stala jakas brytyjka, ktora miala ten sam problem... tez musiala zrobic afere na cala poczte, by jej w koncu wydali... i tez sie udalo, choc na dzien dobry, mowili, ze bez awizo nie da rady...

heh... i kto marudzil na Polska Poczte!? (warto jeszcze dodac, ze poczta otwarta jest tylko do 13, wiec nie mam pojecia jak odbieraja przesylki Ci, co pracuja... chyba specjalnie urlopy biora, by jechac na poczte?!) heh... welcome to Cyprus:/

2 kwietnia 2008

newsy z Ypatias 8

Wiola wyjechala! I znowu tylko we trzy jestesmy w mieszaniu... jakos tak pusto i duzo przestrzeni:/

Magda w koncu znalazla mieszkanie (ta sama Magda, która mieszkala u mnie w zeszlym semestrze, potem u chlopakow z Olsztyna, a ostatnio pietro nizej u Michala)... teraz w koncu będzie miala swój kat... Było nawet cos w rodzaju imprezy pozegnalnej w naszym mieszkaniu... była to bardzo dydaktyczna impreza... bo jeśli do tej pory nie widzialam wiekszej roznicy: czy znana osoba jest z Niemiec czy Austrii, to innym tez nie robilo roznicy, czy Sklodowska była Francuska, a Kopernik Niemcem... wiec naprostowalismy kilka faktow tego wieczoru...

Jutro wyjezdza tez Dajana...

Ale żeby nie było, ze wszyscy wyjezdzaja... to jutro wracaja Erasmusy z Turcji:)

Poza tym... na Cyprze sa probemy z woda i w najblizszym czasie maja w naszym budynku odcinac wode na cztery godzinny codziennie (prawdopodobnie w nocy)... choc patrzac na ostatnie dni, to odnosi się wrazenie, ze przyszla pora deszczowa, bo codziennie choc chwile pada... ale żeby pomoc Cyprowi holdujemy haslu: Save water, drink champagne!!!

ewa

PS wczoraj byliśmy na fish meze, bo Lukasz miał urodziny (sto lat, sto lat) i teraz przez tydzien nie musze jesc... bo jeśli nie wiecie, to meze to cos takiego, ze tylko siedzisz za stolem i przynosza Ci jedzenie i przynosza i przynosza... i mimo, ze trzymalam się wigilijnej zasady (trzeba wszystkiego sprobowac... z naciskiem na slowo sprobowac, a nie zjesc), to tak się najadlam, ze glodu nie będę czuc przez kika najblizszych dni... A dodac trzeba, ze to było fish meze, czyli: krewetki, malze, osmiornice, ryby itp... wiec tym bardziej trzeba było sprobowac tych dziwactw...uuu...

PS wczoraj bylam z Kamila i Davem pod flaga (ta, która jest w gorach u Turkow, a widac ja w calej Nikozji)... wiec już potrafie odpowiedzec na pytanie z czego jest zrobiona: pomalowane kamienie