Po dniu i nocy spedzonej na pustyni, zatesknilismy za cywilizacja...bo pustynny czerwony piasek był wszedzie... wszedzie. Wzielismy kurs na Aqaba, czyli najbardziej turystyczne miasto w Jordanii i ruszylismy... Caly poranek spedzilismy w samochodzie... najpierw w drodze, a potem szukajac hotelu (czemu wszystkie tanie hotele sa tak schowane, ze znalezienie ich zajmuje wiele czasu, a nikt o nich wczesniej nie slyszal!?)
Jak w koncu znalezlismy nasz noclego, to... ho ho ho... to był najlepszy hotel w jakim mieszkalismy w Jordanii... Po pierwsze: znajdowal się w centrum miasta przy bazarach, gdzie zamierzalismy wieczorem wydac pieniadze. Po drugie: miał klimatyzacje i wiatrak, i każdy pokoj wlasna lazienke, i okno (bo roznie z tym bywalo wczesniej), i balkon, i widok na... Izrael! Morze Czerwone jest tak waskie, ze patrzac z Jordanii, na drugim brzegu widac zabudowania i swiatla Ziemii Świetej. A po drugie (co może nie jest zasluga hotelu, a raczej turystycznego miasta) ... można było dostac piwo... alkoholowe.... i nie było az tak strasznie isc samej kobiecie na ulicy... a tubylcy nie chodzili tylko w tych swoich sukienkach podobnych do sari, ale także w jeansach czy garniturach... i poza nami było kilka kobiet z odkrytymi twarzami i lydkami... Jakos tak bezpieczniej się czulam:)
Po zachlysnieciu się cywilizacja (ciekawe czy gdyby nie noc na pustyni: lazienka, klima i piwo tez az tak by cieszyly) wybralismy się nad Morze Czerwone... i tu znowu zderzenie z arabska rzeczywistoscia... Na plazy pojawila się wycieczka szkolna... tylko mali chlopcy i tylko chlopcy, a pan nauczyciel nie mogl ich upilnowac... sam siebie nie mogl upilnowac, bo chcial zrobic sobie zdjecie z Martinem (Czechem... ten zarosniety blondyn na zdjeciach). Ale najwieksza sensacje wzbudzila Marlena, gdy jako pierwsza zaczela się przebierac w kostuim. Ci mali chlopcy pierwszy raz w zyciu widzili damska noge i nie bardzo wiedzieli jak na nia zareagowac. Usmiechali się, chichotali, robili zdjecia... a jak sami poszli się kapac, to tak jak stali: w spodniach i koszulkach (tylko nielicznie bez koszulek)... Wiec jak cala nasze dziewiatka przebrala się w stroje kapielowe, to było wielkie poruszenie na plazy.... (poza nami i chmara malych chlopcow, prawie nikogo nie było)... A jak lezelismy na plazy, to caly czas wkolo nas krazyli i robili nam zdjecia... dlatego plazowanie zakonczylismy przed czasem:/ a wracajac z plazy sluchalismy... Myslovitz! lecialo w ichniejszym radio... oczywiscie angielska wersja
A wieczorem poszlismy na rybke... bo nad morzem przeciez obowiazkowo trzeba choc jedna zjesc... i trzeba przyznac,ze smaczna była, ale... może to przypadek, ale od tego dnia zaczely się problemy zoladkowe naszej wycieczki. Mimo, ze pilnowalismy się, by pic tylko wode butelkowana, to meska czesc wycieczki (ciekawe czemu tylko meska) czesciej odwiedzala ubikacje...
A potem poszlismy zwiedzic miasto by night, zrobic zakupy na bazarach, a na deser zjedismy w hotelu arbuza... i tak minal kolejny dzien:)
29 kwietnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz