20 kwietnia 2008

plaza po turecku

Ostatnio często smazymy się na sloncu, bo grzeje strasznie mocno i bo chcemy być dobrym przykladem cypryjskiej pogody po powrocie do Polski...

Dlatego wczoraj pojechalismy do Alagadi... miasto po tureckiej stronie... piaszczysta, ladna i pusta plaza (jak to u turkow bywa)... ale wyjazd na te plaze byl troche spontaniczny... po prostu dolaczylysmy (Ania, Marlena i ja) do Lukasza, który chcial poplywac na desce... wiec ten „spontan” wyszedl nam troche pozno i na plaze dojechalismy dopiero o 15... bo wspolrzedne i GPS wziely w leb i trzeba było jechac na skroty... a jak to najczesciej ze skrotami bywa... okazaly się dluzsze i wyboiste... no ale w koncu się udalo...

Alagadi: turtle beach, czyli po 20-tej zakaz wejscia, by nie podeptac zolwi... wiec zolwi nikt nie podeptal, nikt się nie kapal, bo zimno, a opalanie skonczylismy po 15 min i zostalo tylko zbieranie muszli czekajac az Lukasz skonczy walke z wiatrem... wiec sporo tych muszli nazbieralismy... a potem zrobilo sie zimno... wiec zapakowane w co się dalo, a raczej w co się wzielo (bo wyjezdzajac było cieplo, ale jak slonce zaszlo.... brrr), spakowalismy się szybko i wrocilysmy do domu...

A dzis było trzeba nadrobic opalanie... wybor padl na Famaguste, czyli znowu turecka strona. Ania z Alma (rumunka, tez erasmus) pojechaly już o 10, a ja z Marlena uznalam, ze az tyle slonca to nam nie potrzeba (choc nie da się ukryc, ze mozliwosc spania o godzine dluzej był glownym powodem)... wiec wybralysmy się na busa, który wyjezdza o 11... ale,ale... wyjezdza z Nikozji polnocnej, czyli daleko (dobrze,ze otworzyli to przejscie na starym miescie, to o jakies 15 min jest blizej na busy po polnocnej stronie)

Idziemy.... dzwoni Magda, ze zaspala, bo miala jechac z Ania i Alma... O ktorej my jedziemy, to pojedzie z nami? ... ale my już bylysmy w drodze, a Magda jeszcze w pizamie, a bus odjezdzal za 30 min... wiec powiedziala, ze pojdzie na busa o 12... spotkamy się na plazy (mala jest, latwo się znalezc)...

Idziemy... ja ide w nowych butach.... idziemy.... ja nie mogę isc... bo nowe buty, bo obcieraja, bo.. ała!... wiec zaszlysmy kupiec nowe, wygodniejsze (dobrze, ze tu w niedziele sa prawie wszystkie sklepy otwarte)... kupilam, nalozylam i biegniemy dalej... Granica... chyba zbyt szybko szlysmy, zbyt podejrzanie wygladalysmy... bo zatrzymali nas grecy i kazali dowody pokazywac... a rzadko się to zdaza... Dalej granica turecka, czyli do budki po pieczatke i idziemy na azymut, bo w tej czescie starego miasta nie bylysmy, a moja mape ma Lukasz (teraz także Marleny mape... on chyba ma czarna dziura na mapy Nikozji)... Ale udalo się trafic:)

Dobiegamy do postoju busow do Famagusty.... a bus wyjezdza... czyli spoznilysmy się 1 min:/ tym razem trafilismy na jakiegos nadgorliwca, bo jeszcze 11 nie było, a zazwyczaj odjezdzaja chwile po czasie... no ale trudno... czekamy.... czekamy.... Combo!

Combo, to share taxi, czyli drozsze niż bus, ale tansze niż taxi i jezdza szybciej i czesciej... wiec spowrotem poszlysmy na stare miasto... Jezdzicie do Famagusty? Tak! To poprosze bilet... ile kosztuje? Hmm, ok... czekamy, czekamy... ale... cena biletu była nizsza niz biletu na bus... wiec cos tu nie pasowalo... probujemy się dogadac ze sprzedajacym: Do Famagusty? Tak, Kyrenia! Hmm!? ...wiec kazal poczekac, za chwile przyjedzie kierowca i on zna lepiej angielski... no i przyjechal, no i okazalo się, ze chcieli nas zawiesc do Kyrenii... wiec przeprosili, kase oddali i nawet zawiezli nas na postoj busow do Famagusty.. heh, ten postoj ma w sobie jakis magnetyzm, bo czy nie probujemy na stopa, czy taxi, to i tak zawsze ostatecznie zawoza nas na ten postoj:/ heh... wiec kupilysmy bilety i pojechalysmy.... oczywiście z calym rytuałem po drodze z panem sprzedawaczen, sprawdzaczem itp...

A Famagusta? Uuu... goraco... i wyjatkowo tlumnie... spotkalysmy Anie i Alme... już 2 razy zmienialy miejsce na plazy, bo... przeciez plazowanie po tureckiej stronie jest podobne do zwiedzania zoo... tyle, ze to my jestemy zwierzetami do ogladania.... heh, miejscowi to sa tylko faceci, którzy zbieraja się w stada i ogladaja... a jak się plywa w wodzie... powoli się zbizaja i jak zaczynaja: ‘Hello,....’, to znaczy, ze pora wyjsc z wody ,czyli uciekac... ale... tego naprawde... nie da się opisac... ale przezyc tez nie polecam... bo to nie jest tak jak w kazdym 'normalnym' kraju... ze chlopak po prostu zagaduje, albo po prostu patrzy... tu kobiety sa pozakrywane i siedza w domu, a faceci jak w koncu zobacza kobiete, ktora nie jest zaslonieta od stop do glow, to im odbija... szczegolnie jesli jest 'egzotyczna', czyli np europejskiej urody, a jak jest blondynka (jak Ania i Alma), to bez opieki ich zostawic nie mozna... ale wracajac do opalania... to w przeciwienstwie do dnia poprzedniego... było tak cieplo i slonce tak grzalo... ze bylysmy tam chwile, a teraz jestemy czerwone... (znaczy ja i Ania, bo tylko my jestesmy takie blade z natury:/

Heh, no to koniec opowiesci o tureckich plazach... uciekam posmarowac się znowu jakims kremem chlodzacym... oj, będzie pieklo:/

ewa_rak

PS a wracajac zaszlysmy na swiezo wyciskane soki... mniam... ale, chyba nie wygladalysmy najlepiej po dniu spedzonym na plazy, bo pan zaproponowal nam shota... no to sie zgodzilysmy... i dostalysmy cos zielonego co pachnialo jak swiezo scieta trawa... i tak tez smakowalo... i tym sie okazalo... sok z trawy?! hmm... mial dzialac pobudzajaco... i chyba tak zadzialal, ale nie wiem czy sam z siebie czy to swiadomosc picia... trawy!?

Brak komentarzy: