Arabski swiat welcome to, czyli wybralismy się do Jordanii... wycieczka polsko- czesko- wlosko- libanska, czyli erasmusy i tlumacz (kolega Lukasza z pracy, który zna arabski)
Po pierwsze: cale szczescie, ze pojechal z nami Shadi (Libanczyk), bo bez jego znajomosci arabskiego, byloby... trudniej
Po drugie... zupelnie inny swiat... nie ma luksusow i wcale do niego nie daza... Maja swoje wielblady, beduin whisky i sa szczesliwi... hotele, w których byliśmy wygladaja tak jakby czas się w nich zatrzymal... Firanki, meble, nie remontowane lazienki i kurz sprzed kilkudziesieciu lat... ale... ma to swój urok... Jordania z okna Hiltona nie smakowałaby tak samo dobrze:) a innosc arabskiego kraju poznalismy już na lotnisku...
Srodek nocy... zimno (a w dzien upal był nie do wytrzymania)... lotnisko w Ammanie... i tu pierwsze zderzenie z arabska rzeczywitscia: lady’s inspection, czyli male pomieszczesnie za zaslonka w celu zrobienie inspekcji... kobietom... tylko kobietom (ale to czeka nas dopiero przy wylocie) ... nastepny punkt: wizy... czyli 10 dinarow wstepu do arabskiego swiata i wywiad: po co, na ile, jaki hotel (oczywiście wywiad mialysmy tylko my: Marlena, Marianna (Wloszka) i ja, a meska czesc przeszla bez slowa)... dalej kolejne kontrole, znowu pokazac paszport i jeszcze raz pokazac paszport... i w koncu udalo nam sie opuscic lotnisko... potem problem z karta platnicza i depozytem, by wynajac samochod, ale w koncu wszystko Daxi, a raczej Mafimuszkila (czyt. no problem, czyli przestawiamy sie z greckiego na arabski) ... jedziemy do hotelu... problem tylko, ze tu nie ma numerow domow, wiec trafia się po kodzie pocztowym, lub opisie sasiedztwa... ale z pomoca pana z wypozyczalni samochodow udalo się...
Hotel: dostalismy pokoje na ostatnim pietrze, czyli nie dalo się spac, bo za goraco było... choc widok z okna był ciekawy... Rano sniadanie, czyli szwedzki stol skladajacy się z pity, serkow topionych i jajek... a na deser dzem... czyli pelna rozpusta:)
A potem wzielismy wspolrzedne na Dead Sea... czyli pogubilismy się w Ammanie, ale na plaze w koncu dotarlismy:) a plaza? Hmm... wycieczka azjatek w jednakowych strojach (koszulka i getry w paski, czyli kapiel w opakowaniu), jordanki zapakowane calkowicie,ze tylko oczy widac, a w morzu kapia się tylko faceci... i turysci. A kapiel w Morzu Martwym to prawdziwe wyzwanie.
Jest tak slone, ze szczypie w usta, a czuje się w nim jak splawik... nie da się normalnie plynac, ale za to mozna wziasc ksiazke i drinka , zalozyc noge na nogi i... dryfowac:) i wlasnie to robilismy:) a dodatkowa atrakcja jest... bloto... a dokladniej kapiele blotne, czyli wysmarowalismy się nim cali i potem mielismy bardzo soft skin:) ale dokladne zmycie soli po kapieli w dead sea, było bardzo trudne... była wszedzie i w wielkich ilosciach... od tego czasu mniej uzywam soli w kuchni, bo jakos tak mi slono ciagle (jednak te 30% zasolenia robi swoje)
A akurat w Jordanii odbywaly się WRC... wiec co chwile mijaly nas samochody rajdowe, gdy jechalismy z plazy... a jeden nawet splonal... ale wrocimy do wycieczki...
Gory... kanion, ladne widoki, sesja zdjeciowa i jedziemy dalej w kierunku Petry...
Mamy hotel, wiec ruszamy na podboj miasta noca... i tu rozczarowanie: alkohol jest... niedostepny, bo niepotrzebny... muzulmanie nie mogą go pic, wiec w sklepie czy restauracji tez nie sprzedaja... wiec wieczor spedzilismy przy Shiszy (fajce wodnej)... to jedyna uzywka dostepna w tym kraju....
i tu moja mala osobista dygresja: jeszcze nigdy nie było az tak cieplo w moje urodziny... i jeszcze nigdy nie było toastow non-alkohol (bo piwo bezalkoholowe jest naprawde bezalkoholowe, a nie jak u nas, po prostu slabe)... nie było gdzie pojsc na balety, bo zycie nocne konczy się na piciu herbaty... wiec zostala fajka wodna w knajpie, a w tle tubylcy ogladali Titanica... ale wieczor zaliczam do udanych i milo spedzonych...bo nie da się ukryc, ze to byly niepowtarzalne urodziny:)
Po pierwsze: cale szczescie, ze pojechal z nami Shadi (Libanczyk), bo bez jego znajomosci arabskiego, byloby... trudniej
Po drugie... zupelnie inny swiat... nie ma luksusow i wcale do niego nie daza... Maja swoje wielblady, beduin whisky i sa szczesliwi... hotele, w których byliśmy wygladaja tak jakby czas się w nich zatrzymal... Firanki, meble, nie remontowane lazienki i kurz sprzed kilkudziesieciu lat... ale... ma to swój urok... Jordania z okna Hiltona nie smakowałaby tak samo dobrze:) a innosc arabskiego kraju poznalismy już na lotnisku...
Srodek nocy... zimno (a w dzien upal był nie do wytrzymania)... lotnisko w Ammanie... i tu pierwsze zderzenie z arabska rzeczywitscia: lady’s inspection, czyli male pomieszczesnie za zaslonka w celu zrobienie inspekcji... kobietom... tylko kobietom (ale to czeka nas dopiero przy wylocie) ... nastepny punkt: wizy... czyli 10 dinarow wstepu do arabskiego swiata i wywiad: po co, na ile, jaki hotel (oczywiście wywiad mialysmy tylko my: Marlena, Marianna (Wloszka) i ja, a meska czesc przeszla bez slowa)... dalej kolejne kontrole, znowu pokazac paszport i jeszcze raz pokazac paszport... i w koncu udalo nam sie opuscic lotnisko... potem problem z karta platnicza i depozytem, by wynajac samochod, ale w koncu wszystko Daxi, a raczej Mafimuszkila (czyt. no problem, czyli przestawiamy sie z greckiego na arabski) ... jedziemy do hotelu... problem tylko, ze tu nie ma numerow domow, wiec trafia się po kodzie pocztowym, lub opisie sasiedztwa... ale z pomoca pana z wypozyczalni samochodow udalo się...
Hotel: dostalismy pokoje na ostatnim pietrze, czyli nie dalo się spac, bo za goraco było... choc widok z okna był ciekawy... Rano sniadanie, czyli szwedzki stol skladajacy się z pity, serkow topionych i jajek... a na deser dzem... czyli pelna rozpusta:)
A potem wzielismy wspolrzedne na Dead Sea... czyli pogubilismy się w Ammanie, ale na plaze w koncu dotarlismy:) a plaza? Hmm... wycieczka azjatek w jednakowych strojach (koszulka i getry w paski, czyli kapiel w opakowaniu), jordanki zapakowane calkowicie,ze tylko oczy widac, a w morzu kapia się tylko faceci... i turysci. A kapiel w Morzu Martwym to prawdziwe wyzwanie.
A akurat w Jordanii odbywaly się WRC... wiec co chwile mijaly nas samochody rajdowe, gdy jechalismy z plazy... a jeden nawet splonal... ale wrocimy do wycieczki...
Gory... kanion, ladne widoki, sesja zdjeciowa i jedziemy dalej w kierunku Petry...
Mamy hotel, wiec ruszamy na podboj miasta noca... i tu rozczarowanie: alkohol jest... niedostepny, bo niepotrzebny... muzulmanie nie mogą go pic, wiec w sklepie czy restauracji tez nie sprzedaja... wiec wieczor spedzilismy przy Shiszy (fajce wodnej)... to jedyna uzywka dostepna w tym kraju....
i tu moja mala osobista dygresja: jeszcze nigdy nie było az tak cieplo w moje urodziny... i jeszcze nigdy nie było toastow non-alkohol (bo piwo bezalkoholowe jest naprawde bezalkoholowe, a nie jak u nas, po prostu slabe)... nie było gdzie pojsc na balety, bo zycie nocne konczy się na piciu herbaty... wiec zostala fajka wodna w knajpie, a w tle tubylcy ogladali Titanica... ale wieczor zaliczam do udanych i milo spedzonych...bo nie da się ukryc, ze to byly niepowtarzalne urodziny:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz