28 kwietnia 2008

Wadi Rum

Kolejny cel wycieczki: pustynia Wadi Rum. Pakujemy się i jedziemy na poludnie. Po drodze kilka razy trafiamy na check point, czyli blokade na drodze i pytanie z jakiego kraju jestesmy i gdzie jedziemy (tak jest w calej Jordanii, a szczególnie przy granicy z Izraelem czy Irakiem... Zołnierze z naladowanymi karabinami i pojazdy pancerne kolo drogi, ale... po Cyprze i sytuacji jaka tam panuje, zolnierz z karabinem czy czolg na srodku drogi nie robi już takiego wrazenia). Ale oprocz przystanku na check poincie mielismy jeszcze jeden z powodu zbyt szybkiej jazdy, ale wystarczylo udac, ze nie mialo się pojecia, ze to az tak szybko, powiedziec, ze jestesmy turystami i zamiast mandatu uslyszelismy: Welcome to Jordan...

Jedziemy dalej... parking pelen Jeepow, a dalej miedzy skalami brama wjazdowa do wioski Beduinow. Przy wjezdzie spotkalismy Mohammada Sunset Camp, czyli odpowiednia osobe, by zorganizowac wyprawe na pustynie z mozliwoscia noclegu w jego obozie... Zaprosil nas do swojego biura, poczestowal nas herbata i ustalilismy plan oraz cene wycieczki. Potem szybkie zakupy w ichniejszym sklepie i spoznione sniadanie u Mohammada w biurze, czyli znowu herbata. Potem szybkie przepakowanie rzeczy potrzebnych na pustynie, czyli np. po 2 butelki wody na glowe i cos do ubrania na zimny wieczor, oraz kryte buty na goracy piasek (ja z Marlena tak się wybralysmy do Jordnii, ze tylko japonki wzielymy, heh, no przeciez miał być upal...i byl)... jedziemy dalej...

Jeepy zapakowane, my w jeepach i jedziemy... i tu mala refleksja na temat jeepow: wlaczalo się je (a przynajmniej nasz) na dwa kabelki, nie mialy lusterek wstecznych (bo po co), a by wzolnic, to kierowca zaciagal reczny i na zaciagnientym do konca jechal dalej... hamulcow rzadko uzywal... kierowca tez był wyjatkowy... very crazy driver i dlatego scigalismy się z drugim jeepem, a potem dolaczyl do nas trzeci jeep i scigalismy się razem... i skakalismy na zakretach i na wydmach i raz wyladowalam na Marlenie, a dokladniej moja glowa na jej ramieniu, a ze mialam okulary, to bardziej bolalo... oj strasznie, strasznie bolalo, ale przyzylam:) ...ale wrocimy do wycieczki....

Pierwszy przystanek: ruiny swiatyni... wiele nie zostalo, wiec pakujemy się spowrotem i jedziemy dalej: zrodelko... hmm... 20 min marszu po gorach na sloncu, by dotrzec do dziury w skale, z ktorej leje się woda... heh. Po powrocie do jeepa, bylam zadowolona, ze mieszkam w zimnym kraju... 40 min wspinania po gorach na sloncu i już wiem czemu az 2 butelki wody przypadaly na glowe na te pare godzin jazdy jeepem... suszylo, oj suszylo, grzalo, oj grzalo... Potem postoj przy kolejnym zrodelku i miejscu gdzie zatrzymywaly się karawany, a potem wawoz... i kolejka, by do niego wejsc, bo dziesiatki wlochow weszlo przed nami i zrobil się korek... a kolejni wlosi czekali na swoja kolej... w koncu weszlismy...wasko jak w Petrze, a na scianach napisy w staro arabskim... jedziemy dalej... wydma, duza, czerwona wydma, na która trzeba było oczywiście się wdrapac... jedziemy dalej: sciana skalna, a na niej wydrapane rysunki m.in. wielbladow... a potem był postoj i herbata beduinska z ogniska (tyle herbaty ile wypilam w Jordanii, to chyba przez caly pobyt na Cyprze tyle nie wypilam)... Potem kolejna wydma, ale tym razem wjechalismy na nia jeepami... sesja zdjeciowa, proba napiania: 'Cyprus' na piasku... z naszych cieni - wyszlo... co najmniej ciekawie:) Kolejny punkt programu to skalny most i oczywiście udana proba wdrapania się na niego:) i kolejna sesja zdjeciowa... na koniec ogladalismy skale, która z jednej strony wygdala jak kura, z innej jak dinozaur, z innej jak slon, a z jeszcze innej... to już nie pamietam:) ...a po zwiedzeniu pustyni pojechalismy do obozu...

Oboz Beduinow to namioty, namioty, zbiorniki z woda i... murowane lazienki, a w nich nawet prysznic... i oczywiście: herbata na przywitanie. Przygotowali tez dla nas ognisko (w namiocie) z jedzeniem, muzyka i tancami... a na niebie było tyle gwiazd, ze chyba nigdy az tylu nie widzilam... pieknie było, smacznie było i wesolo było) ...A sniadanie na pustyni? Ho ho ho, puszne i duzo... duzo lepsze niż w hotelu... choc polaczenie jajecznicy z ziemniakami razem z chalwa troche mnie zdziwilo:) Potem zapakowalismy się do jeepow i wrocilismy do wioski... a po drodze zlapalismy gume, ale naprawa sprawnie poszla i moglismy dalej się scigac z innymi jeepami:)

I tak wlasnie wygladala wycieczka po pustyni Wadi Rum:)

Brak komentarzy: