12 maja 2008

aim: Akamas

Ostatni weekend na Cyprze postanowilismy spedzic na plazowaniu na polwyspie Akamas (bo tam nas jeszcze nie było). Zapakowalismy się w cztery osoby: Saul (Hiszpan), Pavel (Czech), Marlena i ja (wiecej osob nie moglo, bo egzaminy, bo praca, bo samochod), zajechalismy po zaopatrzenie do polskiego sklepu (kielbasa slaska i podwawelska na ognisko oraz zubrowka w ramach poznawania innych krajow) i ruszylismy z samego rana... czyli okolo 13...

Pierwszy przystanek to kartingi (a może go karty, bo jak pytalismy o kartingi to nikt nie wiedzial o co chodzi... a ja nadal nie wiem jaka to roznica)... i ten jeden przystanek miał duzy wplyw na dalszy ciag wydarzen... Po pierwsze zaraz wypadlam z toru, a dokladniej: wpadlam w oponu probujac wyprzedzic Pavla, który pierwszy nie wyrobil się w tym zakrecie... a kolejny stop mialam... gdy nie dalam rady oddychac... bo zapomnialam zdjac chuste, a Pan Pilnowacz Porzadku zapomnial mi o tym powiedziec i latwo się domyslic... chusta zostala wciagnieta do silnika (spoko, spoko, zyje, bo przeciez pisze te slowa... i wcale nie ze szpitala)... ale na cale szczescie nie zawiazalam chusty, tylko zawinelam, wiec jak zaczelo ja wciagac, to zatrzymalam się i zaczelam odwiazywac... no i po chuscie wiele nie zostalo... a ja? Heh, wygladam jak niedoszły wisielec samobojca z pozdzierana skora na szyi. Ale... nie zrazilam się tym i jak zlapalam już oddech, to... wymienilam pojazd, bo ten już nie nadawal się do jazdy i pedzilam dalej:) A po kartingach, Pan Pilnowacz Porzadku dal nam darmowe zetony na hokej powietrzny (ten co wyglada jak bilard, ale z krazkiem i dziurkami przez które leci powitrze)... wiec zagralismy:) hehe i ja wszystkich ogralam:) no... z wyjątkiem Pavla, ale to już było na koniec, wiec zwalam to na przemeczenie:)

Kolejny przystanek to Łaźnie Afrodyty... czyli sadzawka, w ktorej podono kapala się Afrodyta... heh... a potem zgubilismy droge i wjechalismy w jakas boczna ulice, gdzie na srodku drogi pasly się kozy (czy to raczej muflony) ...a potem uznalismy, ze szkoda auta i wrocilimy się, by na Akamas dojechac z innej strony...

Jedziemy, jedziemy... cywilizacja się skonczyla... jedziemy i jedziemy a plazy, na która się wybralismy nie widac... Saul twierdzil, ze gdzies tu była, bo był już tu kiedys, ale... jakos nie pamietal gdzie dokladnie, a każdy skret w krzaki wygladal podobnie i nie było wiadomo ,który jest wlasciwy... wiec dojechalimy prawie do konca (a droga przypominala polska polna droge, tyle, ze zamiast pola, były skaly, wiec samochod skakal po dziurach i cudem się nie rozpadl) ...i wtedy Saul stwierdzil, ze to musialo być wczesniej, ze minelismy, wiec zawracamy... i znowu po tych samych dziurach... a potem Saul znowu stwierdzil ,ze przejechalismy skret... i znowu po tych samych dziurach... i potem... znowu ta sama historia... i nie było by to az tak meczace, gdyby nie fakt, ze paliwo się prawie skonczylo, a do najblizszej cywilizacji było daleko... ale w koncu się udalo! Po około 2 godzinach w koncu znalezlismy piaszczysta plaze o ktorej mowil Saul... ale... ciemno się już robilo, wiec szybko poszlismy na poszukiwanie drewna na ognisko i prowizorycznych patykow na kielbasy... które Saul co chwila wrzucal do ognia (nie były podpisane, ze to na kielbasy)... Rozlozylismy nasze miejsca noclegowe... czyli spiwory i zaczela się kolacja:) i drewno było trzeba donosic i donosic az się alkohol skonczyl i poszlismy spac...

A rano okazalo się, ze Marlena wlozyla nogi do tego co zostalo po ognisku... wiec ma troche powypalanych dziur w spiworze. Okazalo się tez, ze nigdzie nie ma cienia... Saul zbudowal palac (jak go sam nazwal) z kilku desek i spiwora, by mieć choc troche cienia, a reszcie nie pozostalo nic innego jak smarzyc się na sloncu... wiec smazylismy się... caly dzien... az wody pitnej zabraklo ,wiec trzeba było wracac do domu... A rano, nie wiedziec skad, nagle ludzie wylazili z krzakow i przychodzili na nasza plaze... na tym koncu swiata... i okazalo się tez, ze byl obok parking z wielkim napisem: Parking, ale przegapilismy go poprzedniego wieczoru i zaparkowalismy gdzies w krzakach na drucie kolczastym... prawie gubiac podwozie na wertepach...

Tak wiec... spaleni sloncem... z kilkoma ranami i zadrapaniami (na kartingach się nie skonczylo... bo drzew jest malo, wiec zdobycie jakiegos drewna na ognisko nie jest takie latwe...) wrocilismy do Nicosi...

ewa_powypadkowa

PS ten niefart tlumacze jako znak, ze pora opuscic te wyspe

8 maja 2008

lucky girl

Czemu to mi sie zdarzaja takie historie i czemu zawsze w nienajszczesliwszym zbiegu okolicznosci?!

Wczoraj byly urodziny Amandine, francuski... wiec bylo party w klubie... a rano... niewyspana i zmeczona musialam wstac zaraz, gdy zasnelam i isc do piekarni wyjasnic co z moja karta:/ i co sie okazalo!? ze pan z banku powiedzial, ze tranzakcja nie zostala zrealizowana, czyli lucky me, bo problem rozwiazany, ale unlucky me, bo musze w koncu zaplacic za te zakupy... ale zapomnialam portfela (bo po co miał być mi potrzebny skoro to mi mieli dac kase)... no wiec spowrotem do domu i spowrotem do piekarni i spowrotem do domu i w koncu mogę spac:) heh, tyle chodzenia, bo zachcialo mi się wiaderka lodow:/ cale szczescie, ze piekarnia była blisko domu...

Ale za to jak popoludniu znowu wybralam się z domu... to w momencie, gdy wyszlam z bloku... rozpadalo się... a przeciez deszcz na Cyprze jest tak malo prawdopodobny jak slonce w kortowiade... czyli albo mam takiego pecha... albo takie szczescie... jeszcze nie wiem, ale wole wierzyc, ze szczescie:)

ewa_lucky girl

7 maja 2008

I'm done here

Dzis zanioslam mojemu tutejszemu promotorowi moja prace dypomowa... poogladal obrazki i pochwalil... Wiele nie zrozumial, bo praca jest po polsku:) ale ocene obiecal wystawic:) opowiedzialam mu o czym to i jeszcze o pare rzeczy spytalam i tyle... I'm done here! I can go home now... to finish my thesis and pass others exams:/

Zaszlam dzis tez do piekarni i pracowala tam akurat znajoma Pani ze Slowacji... i tak sie zagadalysmy... ze teraz juz wiem, ze nie mozna przeszkadzac kasjerowi, gdy ma w reku twoja karte... bo pani pomylila sie o jedno zero... co zauwazylam dopiero w domu... i teraz jest male zamieszanie. Wrocilam do piekarnii, juz wszyscy wiedzieli o co chodzi, powiedzieli, ze dzwonili do banku i bank przesle mi jakis kwit, z ktorym mam przyjsc to mi wydadza roznice... Problem w tym, za bank jest polski, oni dzownili do jakies cypryjskiej centrali obslugujacej karty, a ja niedlugo wyjezdzam z Cypru, wiec czy przesla mi ten kwit tu czy do Polski to i tak nie robi mi to roznicy, bo bedzie juz za pozno albo za daleko... wiec kazali mi przyjsc jutro, ze wszystko zalatwia... heh, to chyba znak, ze pora wracac do domu:)

ewa_ciagle na wyspie

3 maja 2008

ekstremalne opalanie

Pojechalismy na plaze do Limassol.. Łukasz chcial plywac na desce, wiec sprawdzil, ze tam wieje... no i wialo... bardzo! Ja z Marlena zabralysmy sie z nim, by skorzystac ze slonecznego dnia i nabrac troche koloru. Jednak opalanie organiczalo sie do walki ,by nie zwialo recznika:/ Lezec tez sie nie dalo, bo piaskiem tak dmuchalo, przypominalo to akupresure, a po chwili bylo sie juz pod spora warstwa pisaku... Przenioslysmy sie wiec za wydme (mala, bo mala, ale moze zadziala)... slabo zadzialal... wiec poszlysmy zbierac muszle dla rozrywki... niestety ciekawych nie bylo... wiec niecierpliwie czekalysmy az Lukasz wroci... ale wrocic nie chcial... zimno sie zrobilo... nadal wialo, az pomidory z kanapek spadaly (bo Marlena przygotowala super wyzerke... salake owocowa, kanapki i w ogole... mniam)... no ale z piaskiem to az tak dobrze nie smakowalo... wiec jak tylko Lukasz przyplyna ,to szybko spakowalismy sie do auta (czemu zawsze rozpakowanie, zlozenie i spakowanie spowrotem deski na samochod zajmuje wiecej czasu niz samo plywanie!?) i wrocilismy do domu... bez jednego klapka Lukasza, bo... wywialo go...

wiec trzeba wrocic do naszego sprawdzonego miejsca plazowego na dachu (szkoda tylko, ze papa strasznie grzeje i bardziej goraco jest od spodu niz od gory... ale zawsze jeszcze zostaje balkon... ale tylko rano jest tam slonce) ...heh, plazowanie na Cyprze, to sport ekstremalny

ewa_juz nie blada

1 maja 2008

Jerash , Amman

Kolejny dzien, kolejne ruiny, tym razem Jerash i tym razem podzieilismy się na dwie grupy, bo czesi i wloszka już tam byli, bo przylecieli do Jordanii trzy dni wczesniej. Wiec nasza piatka pojechala ogladac Jerash, a reszta podrzucila Piero (wlocha, który przylecial z nami) do Jerash i pojechali dalej ogladac jakis zamek.

Pierwsze co się rzucilo nam w oczy, to bramka do wykrywania metali... nigdy wrzesniej przy ruinach takich bramek nie było, ale widocznie już kiedys znalazl się jakis odwazny z kawalkiem matalu... Przechodzimy przez bramke i atakuja nas sprzedawcy... have a look, very nice... Z trudem przedarlismy się przez ten gaszcz straganow i doszlismy do budki z biletami... ale budka sobie, turysci sobie... wiec przeszlismy i poszlismy dalej... kolejna budka, tu dodatkowo można było kupic bilety na inscenizacje walki rzymian, ale cena była odstraszajaca (pierwszy raz cos było warte dwie cyfry, wszystko inne było tanie jak barszcz), wiec poszlismy dalej.... Idziemy razem z wloska wycieczka, która tez biletow nie kupowala (bo nie musiala, bo już mieli z gory zaplacone) ...idziemy...zadowoleni z siebie i swojej przebieglosci ...a tu nagle: plot i bramka, i policja turystyczna sprawdzajaca bilety... heh, przeslizgnac się nie dalo... a wracac się do kasy po bilety było daleko i nie wydawaly nam się warte az tyle ile za nie chcieli... wiec tu skonczylismy zwiedzanie Jerash, a zdjecia wezmiemy od ekipy w druim aucie... Wrocilismy się do drugiej budki, by chociaz na inscenizacje udalo nam się za darmo wejsc... ale Pan Pilnowacz ganial nas po murach i nie dalo się ogladac... szczególnie jak przeszedl mu z pomoca jakis rzymski legionista... to się poddalismy i grzecznie poszlismy cos zjesc...

Knajpa wygladala ciekawie... wejscie przez ogromna beczke, wodospady, rzeczka, kaczki i gesi (mam nadzieje, ze jak się taka zamowi ,to nie biora prosto ze stawu na talerz) ... wiec usiedlismy gdzie nam kazano i czekamy.... wygladalo na to, ze dopiero otworzyli, bo pusto było i dopiero przygotowywali wystroj... czekamy.... w koncu pan przyniosl menu... przyniosl i poszedl.... czekamy.... w menu nie ma cen, wiec o kazda pozycje trzeba pytac, a pana nie ma... w koncu pan przyszedl... na pierwsze pytanie ile cos kosztuje... poszedl sobie... wrorcil po dluzszym czasie i okazalo się, ze jest maly problem... bo nie ma pana, który ustala ceny, hehe, wiec już wiem, ze wybierajac się do restauracji z Jordanii trzeba zle i tanio wygladac, to ceny będą nizsze, skoro ustalane sa indywidualnie dla klientow... no ale nic, czekamy dalej... czekamy, czekamy... o, jaki dziwny posag w tamtej fontannie... czekamy... o, glodna jestem... czekamy.... wstajemy, wychodzimy... goni nas Pan (ten co przyniosl menu) i krzyczy ,ze zaraz nam wszystko przyrzadza... ale ile można czekac... heh, poszlismy...

I tu pojawil się kolejny problem... nas jest 6, a drugie auto jeszcze nie wrocilo z zamku, wiec...zapakowalismy się po jordansku do auta (z tym,ze nikt w otwartych drzwiach nie stal), tylko zzipowalismy się bardzo i jakos tak wyszlo, ze mi przypadl najmniejszy kawalek kanapy:/ i tak skompresowani wrocilismy do Ammanu... Po drodze zatrzymalismy się na kawe w jednej z tych smiesznych przydroznych kawiarenek (a czasem się zdaza, ze kawiarenka jest jedna osoba, która chodzi z termosem na plecach i zapasem kubkow na pasku... dodatkowo jest wystrojony w kwiatki i arabskie stroje, by być latwo zauwazonym).

A w Ammanie... hohoho... hulaj duszo, a raczej portfelu... centrum Ammanu to jeden wieki bazar... kilometry ulic, na których sa tylko sklepy i stragany, a wszystko wbrew pozorom dobrze uporzadkowane. Bo jest pare ulic (obok siebie), gdzie sa tylko przyprawy, sa ulice tylko z warzywami, tylko z ubraniami, czy tylko swiecidelkami... a wszyscy sprzedawcy tak samo wolaja: welcome, have a look, very nice... wiec ruszylismy na wydawanie dinarow.

Co do welcome, to slyszy się to slowo wszedzie... z kim by się nie rozmawialo i o czym nie mowilo, to rozmowa zawsze konczy się : welcome to jordan. Co wiecej... jordanczycy to poligloci, ale oczywiście tylko z pozoru, bo... co prawda już z daleka wolali do nas po rosyjsku i co drugi miał kiedys dziewczyne z Polski, wiec znal pare slow czy miast polskich, a w jednym sklepie z przypawami, to pan dal mi nawet polska rozpiske tego co sprzedaje (oczywscie ceny były w arabsich zygzaczkach albo nie było ich wcale, a jak się pytalam ile, to mowili, ze dla mnie specjalna cena, heh... ci to maja gadane)... ale wracajac do watku ,który zaczelam to chodzi mi o to, ze z tymi jezykami obcymi to u nich jest tak, ze jak maja napisac to co mowia, to pozniej wychodzi tak, ze w witrynie skepowej wisi napis: Iec cream, verey nice... hmm... i probuj zgadnac o co chodzi?!

Podsumowujac... Jordania ladna i ciekawa; ludzie zakryci, sympatyczni i pijacy duze ilosci herbaty...

Straty w ludziach: kilka zadrapan i otarc po plywaniu w morzu czerwonym, bo rafa koralowa była od razu przy brzegu, a jezowcow było tyle, ze az cud, ze nikt na zadnego nie wszedl...

Straty w sprzecie: dwie pary butow (jedne nie przezyly gor, drugie nie przezyly pustyni)... Jednak japonki to nie najlepsze rozwiazanie na taka wycieczke, mimo, ze klimat sprzyja.

Na tym koniec arabskiej przygody. Pora wracac na europejskiej rzeczywistosci i znow być niezalezna kobieta bez obaw, ze facet obok będzie chcial Cie sprzedac za wielblady...