25 września 2007

w krainie tysiaca pstryczow

o tak... temat dokladnie okresla stan rzeczy w jakimi sie znajduje... tu pstryczki sa do wszystkiego... Nie wystarczy wlozyc wtyczke do kontaktu, zawsze trzeba jeszcze wlaczyc pstryczek elektryczek... tak wiec jak np chce cos ugotowac,to najpierw musze wyjsc na balkon... tam jest butla z gazem i oczywiscie ...pstryczek, by gaz zaczal leciec.... potem wracam do kuchni... pstryczek przy kuchence, by wlaczyc kuchnke, potem pstyczek od gazu, potem pstryczek na zapalce (czy jak sie to zwie, co sluzy do zapalania gazu na kochence)...a potem jeszcze mozna pstryknac inny pstryczek by podlaczyc wentylacje nad kuchenka... a potem pstryczek uruchamiajacy wentylacje... czyli jednym sowem nie jest latwo....

podobnie jest z pralka,bo tam trzeba najpierw dostac sie do kranikow doprowadzajacych i odprowadzajacych wode... ale najepsza zabawe mialam z pstryczkiem do cielej wody... bo jak przyjechalam,to moja wspollokatorka mieszkala tu juz od okolo 1,5 miesiaca... i powiedziala, ze nie ma cieplej wody... ze hydraulik ma przyjsc, ale ciagle nie przyszedl... no ale jak przyszedl to nas oswiecil, ze jak chcemy ciapla woda,to trzeba... waczyc pstryczek najpier i po 15 min zacznie leciec ciepla woda...ech ...a do tego wszystkiego jak chce np wlaczyc tel do ladowania, to musze jeszcze niec przejsciowke (adapter,bo tu maja inne bolce do kontaktu: 3 i plaskie)... wiec pstryczki zadza!

24 września 2007

przygody po tureckiej stronie

postanowilismy wybrac sie do Famagusty na plaze...czyli na Turecka strone...a przy okazji sprobowac sprowadzic auto na strone grecka...

Granice przeslimy pieszo bez problemu... oczywiscie pieczatki postawili nam na specjalnych karteczkach,a nie w poszportach,bo przeciez czesc polnocna jest okupowana, wiec w sumie wszystko jest nielegane itd,itp... po sronie tureckiej wsiedlismy w auto...i ahoj nad morze:)

Famagusta... martwe miasto... znaczy nie cale... ale czesc na plazy... z powodu okupacji grecy musieli pozostawic hotele i domu i ...wyniesc sie stad. Teraz na plazy strasza opustoszale hotele i domy... czasem widac,ze robotnicy zeszli z budowy i po prostu na nia nie wrocili nastepnego dnia... co wiecej... do tych hoteli na plazy nie mozna sie dostac... jest to teren ogrodzony i pilnuje do straznik...a moze zolnierz...zreszta... po stronie tureckiej co chwila widac tabliczki,ze zakaz wstepu a obok stoi zolnierz z karabinem...a ty idziesz sobie na plaze poplywac...

a plaza...ech...jesli chodzi o lazienki zamykane na klodke i odstaszajace przebieralnie ( a wszystko zardzewiale) to malo zachecajace... ale jesli chodzi o wode...ech...zupa... goraca strasznie....ze az nawet nie chodzi... woda przezroczysta... niedaleko wystaja ponad tafle wody skaly,na ktore mozna wejsc... po prostu jak w raju...

ale to co przeraza po tureckiej stronie jest fakt,ze tam nie ma kobiet... znaczy... pewnie gdzies sa,ale nie wiem gdzie i opatulone po czubek glowy... ( w odroznieniu do ludzi z mojej uczelni,bo tam sa chyba same kobiety...a nieliczni faceci chodza ze mna na zajecia, bo to przeciez meski kierunek)... tak wiec... wybralam sie z Ania (Marlena, Lukasz i Michal woleli siedziec i grzac sie na plazy)... i to byl blad ,ze wybralysmy sie same... bez zadnego faceta...

po pierwsze z plazy na stare miasto trzeba bylo kawalek sie przejsc piechota... wiec oczywiscie bez trabienia na nas sie nie obeszlo... potem zaszlysmy cos zjesc.... po malych problemach z dogadaniem sie z obsluga, a dokladniej z tym,czy mamy juz to jesc czy czekac na reszte... w koncu dostalysmy co chcialysmy... i Ania wyciagnela swoja butelke picia... i nagle wlasciciel sie zerwal... ja krzycze do Ani,by schwala... ale okazalo sie, ze pan przybiegl by dac nam szklanki... hehe... no ale jak skonczylysmy przyniesli do naszego stolika kawe...hmm... jedna kawe... a my nie zamawialysmy kawy... poza tym bylysmy we 2, wiec czemu jedna...!? powiedzialysmy, ze to nie do nas... i wtedy inny pan krzyknal, ze to jego... ale co sie okazalo... ten Pan... zamowil ja dla mnie i chcial ze mna porozmawiac (wszystko fajnie,gdyby nie fakt, ze to pan po 60 i ze sztuczna szczeka)... hehe... no ale to byl jedyny... pozytywny przejaw sympatii... bo potem jak szlysmy to co chwile zaczepiali nas jacys "tubylcy"... i bylo to do zniesienie do poki nie zaczal nas przesladowac jeden czerwony samochod... jezdzil ciagle kolo nas.... zatrzymywal sie... cos sie pytali (po turecku chyba), chcieli nas podwiezc.... wiec jak szlysmy prosta droga...to oni co chwila jechali obok nas... albo zatrzymywali sie przed nami i czekali na chodniku...potem zawracali autem i znowu kolo nas przejezdzali... a wkolo pusto...tylko my dwie...i 4 chlopa w czerwonym aucie... ale na szczescie udalo nam sie ich zmylic i jak oni pojechali zawrocic,to my skrecilysmy w bok i udalo sie dotrzec spokojnie do reszty naszego stada... ale...

jak poszlysmy sie kapac...i przez chwile bylo tak, ze znowu ja z Ania bylam sama.... to z brzegu obserwowala nas grupa facetow... potem jeden z nich wszedl do wody... i dyskretnie zaczynal plywac coraz blizej nas... az w koncu cos zagadal... my oczywscie dyskretnie go olalysmy i poplynelismy do naszych... ale potem kolejny "tarzan" wszedl do wody i juz dwoch krazylo wkolo nas... (a to nie jest tak jak nad polskim morzem... ani nawet tak ja po greckiej stronie... my tu w wodzie bylysmy w sumie same... bo i na plazy prawie nikogo nie bylo) a jak by sie rozejrzec...to znowu... tylko my a reszta to faceci na calej plazy... i to tacy, co chyba kobiet nie widzieli... bo czy na plazy czy w sklepie czy gdziekolwiek to ciagle bylysmy pod obstrzalem meskich spojrzen... i to wcale nie jest komplement... nie w takiej dawce!

to na koniec jeszcze cos o przemyscie auta... jak pisalam wczeniej... auto stalo po tureckiej stronie, a turcy nie chcieli go wpuscic na grecka strone... nie wiem czy fakt, ze auto przedostaloby sie na grecka strone mogloby oznaczac wiezienie dla przemytnikow czy inna kare... ale postalowilismy sprobowac w Famaguscie, skoro w Nikozji nie wyszlo...

Zebralismy nasze paszporty razem (moj i Ani na wieszchu, bo my nie mamy w paszporcie tych pieczatek, ktorych nie uznaja grecy i ktore wlasnie stanowia problem w sprowadzeniu auta. Michal zabral paszporty i pobiegl do okienka po pieczatki (ktore robia na kartki,a nie do paszportu). przybiegl ,wsiadl i ruszylismy szybko za innym autem by nie widzieli naszej rejestracji...ale jakis pan zamachal do nas i kazal sie cofnac:/ ech... nie powiodlo sie... Pan pyta o paszportu , sprawdza czy mamy pieczatki na kartkach... na szczescie nie zauwazyl tych w paszporcie,wiec pozwala jechac dalej... granica grecka (obslugiwana przez brytyjczykow czy jakos tak)... Pan pyta ile czasu bylimy po tureckiej stronie, skad jedziemy... mowily,ze tylko 1 dzien i tylko na plazy i bylo ladnie, a ze mielismy jeszcze morke wlosy... chyba nam uwierzyl i nie przygladal sie zbyt uwaznie paszportom, wiec jedziemy dalej.... dalej.... dalej.... UDALO SIE! przemyscilimy samochod:)

17 września 2007

pierwsze wrażenie

No i zaczelo sie...to moze zaczne od poczatku...lotnisko...3 w nocy...mial po mnie wyjsc znajomy Kamili, ktorego widziałam tylko na zdjeciach...on tez mnie wczesniej nie widzial... chodze po lotnisku..i chodze... nikt nie wola Ewa...zrezygnowana siadam i otwieram ksiazke.. W koncu sie pojawil, ale nie podszedl do mnie myslac, ze skoro czytam ksiazke to nie moga byc osoba ktorej szuka, bo jestem zbyt dobrze przygotowana do czekania, ale w koncu sie odnalezlismy...

Weekend spedzilam na aklimatyzowaniu sie... mozna przezyc szok przylatujac z Polski gdzie juz od dawna jest temperaturowa jesien, a tu...jest cieplej niz latem w Polsce (przynajmniej tego lata)... Poza brataniem się z klimatem, bratalam się takze z „tubylcami". Znajomy Kamili to Irish, a reszta...nawet nie wiem, ale angielsko jezyczna (jak większosc, bo nawet napisy w sklepie, reklamy czy filmy,a nawet pani z autobusu miejskiego jest grecko-angielsko jezyczna)... a bratanie?! Zaliczam do udanych...a nawet smacznych, bo po wizycie w tawernie i zamowieniu meze (mnostwo tradycyjnego jedzenia i wina, ktore ciagle donosza i donosza, az brakuje miejsca na stole i w zoladkach) poznalam pare tutejszych tancow (nie tylko Zorbe), gdyz trafilismy przypadkiem na wieczor panienski i kawalerski.

W koncu nadszedl sadny dzien... od 7 bylam juz spakowana i czekalam az po mnie przyjada... (3 osoby jechaly autem z Polski) ech...wstepnie umowilismy się o 7.30.. . ale cisza...telefon wylaczony...dopiero przed 8 sms z innego telefonu, ze statek ma opoznienie...ok., poczekam dluzej... ale juz kolo 11 zaczynam sie denerwowac, wiec pisze spytac się gdzie sa...sms nie dotarl... dopiero kolo 12 potwierdzenie, ze sms dotarl i odpowiedz: na granicy w Nikozji... okolo 13 tel, ze ciagle sa na granicy ( te historie opowiem pozniej)...a dodac musze, ze do 14.30 było czynne biuro, gdzie musialam sie zglosic po klucz do mieszkania, wiec jak nie zdaze, to bede bezdomna... szukam tel na taxi, bo na autobusy miejskie nie mozna liczyc (nigdy nie sa punktualne, poza tym nie ma rozkladu na przystankach)...numeru na taxi nie mam, pisze do Kamili...moze ona zna numer...nie odpowiada.... pisze do znajomego z Limasol (tez Cypr), ale on nie zna, mowi, ze poszuka na necie, ale ja nie mam takiego luksusu jak:czas. Za 30 min stane sie bezdomna... wiec wychodze na ulice... spotykam cypruske (wiem, że mówi się cypryjke, ale cypruska lepiej pasuje J(mialam wyjatkowe szczescie spotkac kogos na ulicy...normalnie to sie nie zdarza) ale on na migi i po grecku na pytanie czy z tego przystanku dojade do Campusu mowi, ze:Ne ,wiec tylko pokazala mi taxi...a raczej reklame taxi...wiec poszlam dalej (potem zdalam sobie sprawe, ze przeciez Ne oznacza Tak:/) ale akurat jechala taksowka, wiec machnelam reka, a ona sie zatrzymala... facet oczywiscie nie mial pojecia jak dojechac na campus, bo on tylko do Larnaki na lotnisko jezdzi...ale kazal mi wsiadac, ze zawiezie mnie do biura niedaleko, a tam mnie przejmie ktos inny i zawiezie na campus...ech... w pewnym momencie myslałam, ze gdzies mnie wywozi, bo mialo byc blisko, a jade i jade...no ale w koncu gdzies trafilam, tam przejal mnie inny i zawiozl...5 minut przed zamknieciem Housing office, wiec bede miala gdzie spac...a tam spotkalam, tych, ktorzy jechali autem...

Drzwi otworzyla francuska bez stanika... zdaj sie, ze w pizamie... ale mimo, ze francuska...to na moje oko wyglada na niemke...no ale nie poddawajmy sie stereotypom... pewnie ona wie lepiej skad pochodzi....( Pozniej okazalo sie ,ze mialam sporo racji w swoich spostrzezeniach, bo jest ona w polowie niemka... wiec stad ta niemiecka uroda) Nazywa się Ann-Lise... nazwiska nawet nie bede probowac powtorzyc... Ann-Lise jest tu juz od sierpnia...studiuje angielski i uczy sie greckiego oraz (lucky me) zglasza wszystkie braki w mieszkaniu...wiec mam juz gaz, a ciepla woda moze bedzie wkrotce, wiec moze pralka zacznie dzialac no i brakuje paru uchwytow w szafkach a u Ann-Lise roleta się popsula, a swiatlo w kuchni dziala, jesli trzyma sie palec na wlaczniku, bo inaczej gasnie... (ja pstryczek do swiatla juz naprawilam: wcisnelam papierek: Polacy zawsze byli dobrzy w prowizorkach) a dzis dodatkowo woda w zlewie przestala splywac...na szczescie mamy 2 lazienki...a poza tym mam najwiekszy pokoj w mieszkaniu, klimatyzacje, dzialajace rolety, ogromne lustro i loze malzenskie...i mnostwo szafek i polek, wiec jak czegos szukam, to nie wiem gdzie jest i musze zagladac do kazdej:/

W mieszkaniu mamy 2 lazienki, wielki stol w wielkim salonie, duza kuchnie, nie wiem ile balkonow, ale poki co doliczylam sie dwoch...no i w ogole mamy chyba wszystko...

Ma mieszkac z nami jeszcze hiszpanka, ale poki co nie pokazala sie...

Zauwazylam juz czego mi brak... mimo, ze jest goraco i przyjemnie jest chodzic na boso po terakocie...to pozniej nog nie mozna domyc... brak deszczu robi swoje....podobno tu nie padalo od 2 lat... tak powiedzial jeden nauczyciel, wiec temat deszczu dolaczyl do grona tematow zakazanych takich jak sens granicy i stosunkow grecko-tureckich. A wlasnie, skoro juz jestesmy przy tym temacie...Ja przyleciała tu samolotem, ale byli tacy, co wymyslili, ze przyjada autem... road trip był udany...do momentu az dojechali do granicy w Nikozja (ostatniej podzielonej stolicy)...okazalo sie ,ze przyplyneli do nielegalnego portu (Grecy go nie uznaja, bo jest na terenie okupowanym przez Turkow)...wiec po dlugich rozmowach i tlumaczeniach i rozmowie z ambasada polska...pozwolili im zabrac najpotrzebniejsze rzeczy i przejsc granice na piechote... innym wyjsciem (poki co, jedynym) jest powrot do Turcji, potem do Grecji i stamtad poplynac statkiem do Larnaki, czyli portu na Greckim Cyprze....ech... szczegolow nie znam, ale i bez tego brzmi egzotycznie...hehe, a my narzekamy na nasz rząd...jak widac, w innych krajach tez maja bezsensowne przepisy....

Pogoda?! Z ta pogoda to jest dziwnie... bo tu wszyscy jezdza autami z klimatyzacja, w pomieszczeniach jest klimatyzacja...w autobusach tez...wszedzie...no ale jesli idziesz piechota, bo jestes erasmusem i raczej nie stac Cie na wynajecie samochodu, to grzejesz sie na słoncu i zasuwasz codziennie na glowny campus...cale szczescie, ze stamtad jada autobusy szkolne i nie trzeba piechota isc na nowy campus, bo to by zajelo przynajmniej godzine...a w takim sloncu....nie do zniesienia... no ale wracajac do pogody...to ubieram sie lekko, bo przeciez ide na piechote, ale jak dojde na zajecia, to pozniej siedze i marzne...bo inni z klimatyzowanych aut sie przenosza do klimatyzowanych sal i nawet nie pomysla, ze erasmus marznie:/ (oni w trampkach czy innych zabudowanych cichobiegach oraz dlugich spodniach, a ja w sandalach i w letniej kiecce, bo mniej juz nalozyc nie moge) ...i oczywiscie zaraz po dotarciu na miejsce szukam lazienki, bo sie jakos ogarnac, bo z daleka widac ,ze wracam z pustyni...

a jeszcze inny przejaw dyskryminacji dotyczy pieszych... tu chodniki nie sluza do chodzenia... tu sluza za miejsca parkingowe, miejsca dla smietnikow i smieci wkolo a nawet za kawalek ogrodka, bo na mojej ulicy ktos wyjal niektore plytki i posadzil drzewa na srodku chodnika... PELNA DYSKRYMINACJA!!!

A co ciekawego tu jest...ano to, ze odkad tu jestem to poznalam ludzi z Wloch, Hiszpanii, Francji, Gruzji, Slowacji, Irlandii i wielu innych krajow, a takze z wielu innych jeszcze poznam... poki co najwiecej znam Polakow... i nie tylko erasmusów, ale polskich erasmusów to juz chyba 10 poznalam...a zadnego cyprusa... pomijam nauczycieli, ale fakt jest taki, ze ich sie nie da poznac...oni sa bardzo mili i pomocni, ale zeby sie z nimi bratac!? Nie da rady:/

Czyli jak do tej pory jest: inaczej, cieplo i miedzynarodowo... a wlasnie przyszedl hydraulik... wiec koncze i do napisania...