15 września 2006

Lermaka (Kornati) – Sibenik

Oj, działo się, działo: „…rzucało nami góra, dół, a fale zmyły pokład…” …ale zacznijmy od początku Wiało całą noc i rano nie chciało przestać, a płynąć trzeba było, by zdążyć na ostatni samolot do Polski. No więc nie ma wyjścia- płyniemy! Każdy zapiął się w pasy, przymierzył kapok i przypomniał sobie gdzie jest tratwa ratunkowa. Niestety w żaden sposób nie mogliśmy dowiedzieć się jaka jest prognoza pogody…ale może to i dobrze!? Tak więc nieświadomi tego co nas czeka wypłynęliśmy… no i : „rzucało nami góra, dół, a fale zmyły pokład” …jednym słowem: odlotowo! Fale nas moczyły, a wiatr suszył, więc sól można było z nas zeskrobywać i sprzedawać na kilogramy. A wiatr!? Oczywiście jak na złość ciągle był fordewind. Ale co to dla nas!? Łupinka nasza bujała się, skakała po falach, a my twardo płynęliśmy dalej…Ech, przeżyliśmy A pod koniec, to nawet ścichło, by sobie robić spokojnie zdjęcia Tak więc: cali, zdrowi i szczęśliwi dotarliśmy do naszego portu macierzystego…Ech, ląd ech...koniec?! Nie! Jeszcze problemy z podejściem do kei, bo wiatr dobijający, a silnik strumieniowy odmówił posłuszeństwa… ale koniec i tak musiał nadejść… A na koniec „nalewka kapitana” i tuńczyk Bogusi…palce lizać No to siup,na drugą nóżkę Ahoj!!!

„Co mi tam rozszalałe morze, co mi tam ostre zęby skał. Ważna jest tylko ta pogoda, która w sercu będę miał” (Mietek Folk – „Morskie pogody”)

14 września 2006

Opat (Kornati) – Lermaka (Kornati)

Dzień rozpoczęliśmy oczywiście od zdobycia szczytu. Na górze okazuję się, że strasznie wieje. Jednak my twardo postanawiamy płynąć dalej…wieje…na szczęscie wiatr mamy w plecy, więc na żaglach pędzimy do przodu…wieje…sesja fotograficzna za sterem…wieje… szukamy zatoczki, by się wykąpać…nadal wieje…mijamy skałki, na których na pewno niespodziewanie skończył się nie jeden rejs…kąpiel. Zatoczka ładna…w końcu jakieś drzewa, ale i tak wieje… Przestawiamy się w bardziej osłoniętą zatoczkę i próbujemy zasnąć przy świstach wiatru…

13 września 2006

Trogir – Opat (Kornati)

Kornaty - raj dla żeglarzy… tak przynajmniej piszą w przewodnikach. Raj jednak kończy się, gdy każą sobie płacić 80 kuna od osoby.A Kornaty…ech… Najbardziej zagęszczony archipelag wysp na Morzu Śródziemnym - Kornaty. 89 ze 152 wysp Kornatów ze względu na wyjątkowe piękno i bogactwo flory i fauny ogłoszono w 1980r. parkiem narodowym. Rzeczą najbardziej zapadającym w pamięć są klify znajdujące się w szeregu wysp należących do Kornatów Dolnych. Najwyższe klify znajdują się na wyspie Klobučar (80m), Mana (65m), --- zwana „Wyspą Piratów” ,Rašip Veli (64m). Podmorskie części tych klifów sięgają aż do 100m głębokości. Oprócz klifów i wysp o przeróżnych kształtach, swoją urodą wyróżniają się też przesmyki Mala i Vela Proversa znajdujące się między Kornatem, Katyną i Dugim Otokiem. Mala Proversa jest w istocie płycizną przekopaną dla żeglugi już w czasach starożytnego Rzymu. Centrum życia na tych wyspach znajdowało się kiedyś na polu Tarac, na którym dominuje twierdza Tureta z VI w. Znajduje się tu też kościółek Gospe od Tarca (Królowej Morza), zbudowany na ruinach starochrześcijańskiego kościoła z XVIw. Dzisiaj Kornaty nie są zamieszkane na stałe, ale chłopskie i rybackie domki rozsiane po spokojnych i dobrze osłoniętych zatokach świadczą o obecności ich właścicieli. Setki wysypek aż kusi, by je zdobywać. Nam udaje się zdobyć szczyt jednej z nich o zachodzie słońca, więc widok jest- jak to Bogusia mówi: odlotowy:) Atrakcją są także owieczki biegające po wyspach… trzeba więc uważać na bobki rozsiane między ostrymi skałami… czyli atrakcje na każdym kroku:)

12 września 2006

Trogir

Rano przestawiliśmy się do Trogiru. Dziewczyny oczywiście obrały kurs na prysznice, a gdy już wszyscy doprowadzili się do stanu używalności, ruszyliśmy w miasto… Trogir jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO, więc było co oglądać. Miasto położone na niewielkim półwyspie szczyci się wspaniałą, zabytkową starówką z wąskimi, romantycznymi uliczkami oraz konglomeratem zabytkowych świątyń i pałaców. Wystarczy spojrzeć na plan starego Trogiru, by przekonać się o niezwykłości tego miasta, które przywodzi na myśl baśniowe krajobrazy. Z portu jachtowego w którym zacumowalismy rozciąga się widok na urokliwą, pełną restauracyjek aleję palmowa biegnącą wzdłuż przystani dla promów, którą dochodzi się do pozostałości zabytkowych murów twierdzy weneckiej. Na stare miasto wchodzi się przez późnorenesansową bramę miejską z XVII w., z kamienną rzeźbą patrona Trogiru, błogosławionego Ivana Ursina. Na szczególną uwagę zasługuje wenecka katedra św. Lovro, (św. Laurencjusza), najcenniejszy zabytek Trogiru, którą wedle kronik budowano 200 lat. Ta trójnawowa świątynia ma wspaniałą fasadę, ozdobioną rozetą i romańskim portalem pokrytym płaskorzeźbami, oraz potężną dzwonnicę. Barokowe wnętrze katedry jest niezwykle bogate Niezwykle cenne są również renesansowa kaplica św. Iwana i pochodzący z tego samego okresu ratusz… Rozdzielamy się i każdy zwiedza co chce. Kapitan z Bogusią jadą odrobić zaległości ze Splitu, gdyż Kapitan został na pokładzie, gdy my zwiedzaliśmy Split. Wieczorem dla chętnych było wyjście na tańce i obowiązkowa „nalewka kapitana” 

11 września 2006

Hvar – Brać – Split – Trogir

Dziś mieliśmy bardzo intensywne zwiedzanie. Jak na prawdziwych Chińczyków przystało, chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej w jak najkrótszym czasie i oczywiście uwiecznić to wszystko na zdjęciach. Zaczęliśmy od wyspy Brać. Nazwa:Brać, ale nie było za bardzo co brać…no może poza gałązką rozmarynu, którą Teresa i Małgosia bezwstydnie ułamały z czyjejś doniczki (łobuzy!). Oprócz doniczki z rozmarynem, na wyspie był jeszcze kościół i… o dziwo nie było Konzumu!? (naszego ulubionego sklepu)…albo gdzieś go przed nami ukryli…?!

Następny przystanek to kąpiel w zatoce koło wyspy Brać i dalej płyniemy do Splitu. W miejscu dzisiejszego Splitu na początku naszej ery powstała iliryjsko – grecka osada Aspalathos. Nazwa pochodziła od aromatycznego ziela rosnącego w okolicy. Ziemie te wkrótce opanowali Rzymianie, którzy w sąsiedniej Salonie założyli centrum prowincji Ilirii. Aspalathos zostało wybrane pod koniec III wieku przez cesarza Dioklecjana na budowę olbrzymiego pałacu.

Ciekawa jest historia życia władcy. Młodzieniec niskiego stanu, syn wyzwoleńca z Salony, stolicy rzymskiej prowincji - Dalmacji. Rodzice nazwali go Dioklesem. Zanim uznał się za cesarza, potomka Jowisza, i zapisał się w historii jako ostatni cesarz, który skazywał chrześcijan na śmierć, był prostym żołnierzem. Według legendy, kiedy obozował z legionem gdzieś w Galii, druidka mu przepowiedziała, że zostanie władcą Imperium Romanum, jeśli zabije dzika. Upolował stada dzików i... awansował jedynie na dowódcę straży przybocznej cesarza Numeriana. Nie zapobiegł jednak zamachowi. Cesarza zgładził niejaki Aper. Diokles zabił Apera, a żołnierze obwołali go cesarzem. Aper to po łacinie dzik...

Jako cesarz Dioklecjan wprowadził władzę absolutną. Uwielbiał bogaty, wschodni ceremoniał. Wybrzeże Dalmacji było jego ulubionym zakątkiem w całym imperium. Po abdykacji w 305 roku zamieszkał w zbudowanym przez siebie pałacu. Po jego śmierci w 321 r. ta okazała rezydencja znalazła szczególne zastosowanie. Zsyłano tu kolejnych obalanych cesarzy lub ich rodziny. Wraz z upadkiem cesarstwa nastały dla mieszkańców Dalmacji ciężkie czasy. Wybrzeże było nękane przez najazdy barbarzyńców. Po zburzeniu Salony przez Awarów i Słowian w 605 r. jego mieszkańcy schronili się za potężnymi murami byłej rezydencji cesarskiej, dając w ten sposób początek miastu Split, zwanego wówczas Spalato.

Split znany jest dobrze wszystkim miłośnikom zabytków antycznych. Znajduje się tu najlepiej zachowana w Europie Wschodniej budowla rzymska: pałac cesarza Dioklecjana z III/IV wieku.Jako, że Dioklecjan sam był żołnierzem, pałac został zbudowany na wzór obozu legionistów rzymskich. Do pałacu cesarza wiodły trzy bramy - Złota, Srebrna i Żelazna, zachowały się do dziś. Przed Złotą Bramą wejścia strzeże olbrzym z brązu z rozczapierzonymi palcami uniesionej prawej ręki. W lewej trzyma Biblię. To święty Dujam. Pałac był podzielony na dwie części: północna połowa stanowiła koszary i pomieszczenia administracyjne. W południowej były komnaty cesarskie i jego mauzoleum. Pałac w granicach murów w VII wieku został zajęty i zaadoptowany na potrzeby późniejszych mieszkańców miasta. Nazywany jest dziś Stari Grad, w odróżnieniu do Novi Gradu powstałego z osady słowiańskiej. Dawne mauzoleum cesarza zostało zamienione w VII wieku na katedrę św. Domusa. Sarkofag cesarski przestał istnieć już wcześniej. Jest to okazała, ośmioboczna budowla przykryta kopułą. Wewnątrz znajduje się wiele arcydzieł rzeźbiarstwa średniowiecznego począwszy od drzwi katedralnych po ołtarz św. Anastazego. Stosunkowo najlepiej zachowaną częścią dawnego pałacu jest perystyl. Składa się z monumentalnych kolumn korynckich. W dawnych komnatach cesarskich urządzono w XVI i XVII wieku dwie kaplice. Dawna świątynia Jowisza, została natomiast w średniowieczu zamieniona w baptysterium. Znajduje się w nim okazały sarkofag biskupa Jana z Rawenny. W obrębie murów dawnego pałacu powstało także wiele dworów kupieckich. Najokazalszy z nich to barokowy Pałac Cindro. Starówka w Splicie jest dzisiaj ciekawą mieszaniną stylów i budowli z różnych okresów…a pośrodku tego wszystkiego my!

Do zwiedzania dużo,a czasu mało…Szybko obiegamy co ważniejsze i ciekawsze kościoły. Zaliczamy wejście na wieżę (oj, jak wysoko) i przemykamy szybko między ciasnymi białymi uliczkami z obowiązkowym głaskaniem palca u stopy św. Dujana. (Palec ten jest już tak wygłaskany, że aż się świeci, ale przecież nikt nie odpuści sobie okazji do pomyślenia życzenia…a nóż widelec… Biegiem wracamy na łódkę i płyniemy w stronę miasta Trogir… ech, ciężkie jest życie chińskiego turysty… Nocujemy w cichej zatoce wśród setki rybaków na swych małych łódeczkach…

10 września 2006

Korcula – Hvar

Dziś jesteśmy na wyspie Hvar. Mówi się o niej: wyspa lawendy. Ze względu na swój łagodny, specyficzny klimat bywa porównywana z portugalska Maderą. Słońce świeci tu niemal cały rok, deszczowych jest tylko kilka dni w ciągu roku, a w lecie temperatura nie przekracza 25°C. Wyspa może poszczycić się także wieloma wspaniałymi zabytkami. Marmurowe alejki i średniowieczne budowle Starego Miasta Hvaru przypominają Wenecję. Wśród zabytków warto zobaczyć szesnastowieczną katedrę św. Stjepana, hiszpańską i francuską twierdzę, wenecki arsenał, pałac biskupi oraz klasztor franciszkanów z kolekcją cennych obrazów. My za punkt honoru stawiamy sobie wdrapanie się na wzgórze, na którym jest forteca, a z niej rozciąga się malowniczy widok na ciąg wysp nazywany "Pakleni Otoci". Cel zostaje osiągnięty

9 września 2006

Korcula

Noc była burzliwa… błyskało często i gęsto, ale na szczęście wkoło nas, a nie nad nami. My zdołaliśmy ukryć się w zatoczce. Ustaliliśmy wachty i poszliśmy spać. Wiało tak mocno, że zerwało nam kotwicę, więc było trzeba czuwać czy nie zbliżamy się do któregoś brzegu… na szczęście deszcz nie padał…ale wiatr szalał i to do rana. Rano chmury się rozeszły i znowu było pięknie Więc przestawiliśmy się do portu w miasteczku Korcula i cały dzień mieliśmy na zwiedzanie…Jest to niezwykle piękna wyspa o bogatej i różnorodnej roślinności, pięknych plażach i skalistym brzegu. W miejscowości Korcula urodził się w 1254 roku sławny podróżnik i odkrywca Marko Polo (jego dom rodzinny ciągle tu stoi). Miasto bardzo wyraźnie rozwinęło się w późnym średniowieczu, a zapiski z XVI wieku mówią nawet o 6000 mieszkańców. W Korculi znajduje się wiele zabytków z tego okresu, m.in. renesansowy kościół Gospojina, most Punat, którym wchodzi się do miasta, system murów obronnych. Najokazalszą budowlą jest jednak katedra Św. Marka.

8 września 2006

Dubrownik - Korcula

Wstajemy rano i płyniemy do nowego portu, by tym razem obejrzeć Dubrownik w dzień. Rozpoczynamy od śniadania tuż przy porcie. Oczywiście odpływamy gdy każą nam płacić za kotwicowanie…znowu:-/ Po tza-tzikach i innych przysmakach myjemy gary i robimy desant pontonem na plażę. Kapitan i Pierwszy Oficer zostają na jednostce, a reszta idzie na wycieczkę zrobić zdjęcia portu z góry, wejść na mury obronne i zobaczyć to co się w nocy nie dostrzegło. Przypadkiem trafiamy na krawatową akcję: Na dzwonnicy alpiniści rozwieszają ogromny czerwony krawat, wkoło pełno ludzi pod krawatem, są stoiska informacyjne, a wieczorem ma przyjechać telewizja…A to wszystko dlatego, że Chorwacji są bardzo dumni ze swojego wynalazku: krawata. Legenda głosi, że wieki temu Chorwaci idąc na wojnę wiązali sobie na szyjach w specjalne węzły chustki od ukochanych, które później od narodowości wynalazców nazwano krawatami… Niestety ma na wieczorne wydarzenia nie możemy zostać… duszą odkrywców każe nam odkrywać kolejne lądy…więc robimy zakupy w naszym ulubionym Komzumie i wracamy na ‘Melong”… „Ładując” się na pokład znowu atakuje nas strażnik….. Po dłuższej kłótni z polityką w tle odpływamy w kierunku Korculi… (pojawiają się chmury)

7 września 2006

Pomena (Mljet) – Dubrownik

Ruszamy z restauracji i płyniemy do „perły Adriatyku” czyli Dubrownika. To jedna z głównych atrakcji Chorwacji, miasto wpisane na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO, jako jedno z trzech miast europejskich kategorii 0 (najwyższej). Dubrownik zachwyca niezwykle malowniczym położeniem w pobliżu kilku wysp. Jego przepiękne zabytkowe stare miasto (Stari Grad) jest jak ogromne muzeum pod gołym niebem - otoczone najlepiej zachowanymi na świecie, długimi na prawie 2 kilometry murami obronnymi z czasów średniowiecza (wzniesione pomiędzy VIII a XVI w). Największy urok nadają miastu jego ulice, które do tej pory zachowały swój średniowieczny charakter, gdzie wszystkie budynki wykonane są z tego samego, jasnego kamienia. Do starego miasta wchodzi sie przez dwie bramy: Pile i Ploce. Obydwie prowadzą do Stradun, głównego deptaku Dubrownika. Zwiedzanie Dubrownika to naprawdę niezapomniane przeżycie. Niestety duże spustoszenia zrobiła w Dubrowniku wojna serbsko-chorwacka. Część starego miasta została bezpowrotnie zniszczona, obecnie trwają mozolne prace nad jego odbudową… I właśnie takie widoki mieliśmy podczas obiadu Niestety nie mogliśmy tam zacumować, więc zatrzymaliśmy się w nowym porcie i na piechotę poszliśmy do starej części miasta.

W Old City pierwsze co się rzuca w oczy, to nawierzchnia ulic, która deptana przez setki lat, teraz lśni jak lustro. Tak więc ślizgając się po Dubrowniku jak na lodowisku podziwiamy miasto nocą… Do najciekawszych zabytków Dubrownika należą: studnia Onofrio – 16-kątna budowla z XV wieku; Pałac Rektorów (Knezev Dvor) - dawna siedziba najwyższych władz Republiki Dubrownickiej (Przypomina on wenecki Pałac Dożów; Pałac Sponza (1516-1522). (budowla wyróżnia się loggią z pięcioma łukami i bogato zdobionym dziedzińcem wewnętrznym); klasztor Dominikanów (jego budowę rozpoczęto w 1304 r., a następnie wielokrotnie przebudowywano); plac Poljana Luża (na środku placu znajduje się słup "Orlandov", z wyrzeźbionym wojownikiem, symbolem wolnego miasta kupieckiego, dłuta Antuna Dubrovcanina (1418 r.) Długość prawego przedramienia wojownika służyła za wzorzec przyjętej tu miary - łokcia dubrownickiego); katedra Velike Gospe (Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny) z cennym wyposażeniem wnętrza (m.in. obraz Tycjana Wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny); klasztor Franciszkanów budowany od 1317 r. z ciekawym kościołem, utrzymanym na zewnątrz w stylu romańsko-gotyckim, wewnątrz natomiast w stylu barokowym. Za kościołem można podziwiać wspaniały dziedziniec z palmami i inną roślinnością podzwrotnikową i stojącą w środku studnią z XVw… wszystko uważnie oglądamy i uwieczniamy na zdjęciach. Później w porcie jemy kolacje, a na łódkę wracamy autobusem…

6 września 2006

Lastovo – Pomena (Mljet)

Lastovo – Spokojna wyspa, którą oglądaliśmy tylko z pokładu jachtu. Do 1989 roku Lastovo ze względów militarnych było zamknięte dla turystów zagranicznych, gdyż była tu baza jugosłowiańskiej marynarki wojennej. Wykute w skale bunkry nie są dziś używane i udostępniono je turystom. Mieszkańcy trudnią się uprawą winorośli i oliwek oraz rybołówstwem. Rybacy lastovscy znani są też z połowu licznie występujących tu ogromnych langust. To właśnie od włoskiego określenia langusty pochodzi nazwa wyspy. Wyspiarski charakter Lastova przejawia się również w występującym tu unikalnym dialekcie języka chorwackiego oraz oryginalnej architekturze…ale wróćmy do naszej wycieczki:

Dzień jak zwykle rozpoczął się od kąpieli w morzu…co prawda między torpedami, bo staliśmy w porcie, ale na kotwicy, więc nie było tak źle…no i wyruszyliśmy. Cel: wyspa Mljet zwana Zieloną Wyspą. Powierzchnia 100 km2 jest w 72 % pokryte lasami, które stworzyły z wyspy Mljet jedną z najbardziej zaleśnionych wysp w Adriatyku. Faunę wyspy dziesiątkują mangusty, które zostały przyniesione tu celowo, by wytępiły gady, lecz wraz z nimi zostały zabite również liczne inne gatunki zwierząt. My dobiliśmy do miasteczka Pomena na zachodnim brzegu wyspy (Miasto to zamieszkuje zaledwie około 50 mieszkańców) i stanęliśmy…w knajpie!

Cumowanie było gratis, jeśli zjemy w tej knajpie. Tak więc obiecaliśmy, że zjemy i ruszyliśmy na podbój wyspy. Oczywiście nikt nie wiedział którędy iść, a dojść chcieliśmy do tutejszej atrakcji czyli słonych jezior: Małe i Wielkie otoczonego gęstym lasem sosnowym. Jednak większą atrakcją okazały się Fiaty 126 cabriolety ucharakteryzowane np. na psa czy kota. Po sesji fotograficznej przy „maluchach” ruszyliśmy na poszukiwanie Jezior… i jakimś cudem je znaleźliśmy. Co prawda trochę zabłądziliśmy i trochę więcej czasu nam to zajęło niż pisano w przewodniku, ale za to za darmo. Bo okazało się, że to Park Narodowy i trzeba kupować bilety wstępu… ale my przypadkiem znaleźliśmy darmowe wejście Tak więc z 5 kuna w kieszeni doszliśmy do Jeziora. A tam było wiele atrakcji: rejsy stateczkiem, wypożyczalnie łódek i rowerów oraz… bezwstydne golasy kąpiące się nieopodal. Jednak my za najbardziej atrakcyjne uznaliśmy możliwość chodzenia, bo na łódce nie ma za dużo miejsca i ruszyliśmy drogą wzdłuż Jeziora. Doszliśmy do benedyktyńskiego klasztoru z XII wieku położonego na wyspie św. Marii, a raczej do miejsca widokowego na klasztor, więc zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy z powrotem. Oczywiście była też obowiązkowa kąpiel w jeziorze i biegiem na łódkę. Biegiem, bo wszyscy głodni… Ech, głodni, ale jeść nie mogliśmy, bo załoga po drodze się zgubiła, a zanim się znalazła to już 9 wieczór była. No ale w końcu zjedliśmy w „naszej” restauracji …a nad morzem, to co innego jak nie seafood?! Małże! A po małżach, co innego jak nie śliwowica?! No i wszystko poszło gładko…

5 września 2006

Vis – Bisevo - Lastovo

Ech…po nocnych harcach Tadek cały dzień jest nieżywy, a dziewczyny muszą odespać: zwiedzanie wyspy potrafi być wyczerpujące. Ale jak już wszyscy doszli do siebie, to obraliśmy kierunek na słynną Błękitną Grotą na wyspie Bisevo. W drodze tej towarzyszą nam delfiny, skaczące koło nas … ‘Zaparkowaliśmy’ naszą łódkę obok innych tuż przed wejściem do groty i na raty pontonikiem pływaliśmy oglądać grotę…oczywiście nic za darmo… 30 kuna od głowy! Ale czego się nie robi, by poszerzyć swoje horyzonty i poznać nieznane Grota była cudna…gra światła i wody…wkoło ciemno, a jedyne światło, które dostaje się do groty, to promienie słońca przechodzące podwodnym korytarzem oświetlające wodę wewnątrz jaskini nadając jej przy tym przepiękną srebrno – błękitną barwę tworząc niepowtarzalny widok…który psują inne łódki i pontoniki próbujące przedostać się jak najbliżej światła, a grota ma zaledwie 24 m długości, 12 m szerokości …ale i tak jest pięknieA w tak zwanym międzyczasie reszta załogi kąpie się w morzu. Woda oczywiście kryształ, ale w takim krysztale również pływają rekiny, brr… my na szczęście widzieliśmy tylko delfiny Po wycieczce krajoznawczej i po kąpieli ruszamy dalej… Płyniemy i płyniemy… słońce grzeje i grzeje… no i żeby za dobrze nie było: pod wieczór odwiedził nas BORA !!! Wiatr zimny i silny, który pojawia się nagle, ale na szczęście udało nam się bezpiecznie dopłynąć do celu, którym była wyspa Lastovo. A że było już po północy, to po małej lampce regionalnego wina (kupionego za ciężkie pieniądze, a smakującego jak tani sikacz) wszyscy poszli grzecznie spać…dobranoc

4 września 2006

Skradin – Vis

Plaża na pokładzie… Dziewczyny cały dzień się wygrzewają w słońcu…poza Ewą, która próbuje zmusić się do nauki (od razu po powrocie ma egzamin z konstrukcji metalowych, a taka wiedza raczej powoli wchodzi do głowy w tak pięknych okolicznościach przyrody)., więc skończyło się na drzemce z książką na brzuchu… Tadek tak się rozsmakował w sterowaniu, że wszystkie wachty przesiedział za sterem… Rysiek połykał jednym tchem książkę i wafelki, a Kapitan spał ( czytaj: czuwał nad wszystkim). Jednym słowem: sielanka

Wieczorem dopływamy do wyspy Vis, gdzie kazano sobie płacić za kotwicowanie… więc odpływamy trochę dalej do malowniczej zatoki i kotwice rzucamy kolo plaży, a wieczorem podziwiamy cudny zachód słońca. Wyspa Vis jest niewielka, bo ma zaledwie 17 km długości i 8 km szerokości. Była to pierwsza grecka kolonia na Adriatyku założona jeszcze w IV w. p.n.e. W czasach antycznych miasteczko nosiło nazwę Issa i biło własne monety. Wyspa ta znana jest również z piękna przyrody. W okolicy rozciągają się winnice, z których winogrona wykorzystywane są do wyrobu autochtonicznych win o wysokiej jakości. W przewodnikach widnieje jako spokojne i przyjemne miejsce, więc trzech dyżurnych imprezowiczów, czyli Bogusia, Teresa i Tadek zrobili pontonowy desant na plażę, by sprawdzić ile w tym jest prawdy. Jednak uroki wysypy podziwiali z najbliższego baru, gdzie w poszli w tany do białego rana…

3 września 2006

port Mandalina (Sibenik) – Skradin

Płyniemy! Co prawda dopiero o 1.00 wypłynęliśmy, bo rano było trzeba odstawić wózki do sklepu…a to było pod górkę i jeszcze naprawić usterki, no ale płyniemy Okolica ładna, pogoda ładna, my ładni… czyli sesja fotograficzna wszystkich, na tle wszystkiego i wszędzie. Naszym pierwszym celem jest Park Narodowy KRKA. Płyniemy rzeką pod prąd do miejscowości Skardin. Jest to zabytkowe miasto o bogatym dziedzictwie kulturalno-historycznym. Po raz pierwszy wspominane zostało już w VI w., kiedy to było głównym miastem ilirskiego plemienia Liburnów. Tu przesiadamy się na stateczek wycieczkowy do Parku Narodowego Krka, którego największą atrakcją jest siedem niezwykle malowniczych wodospadów o łącznym spadku 242 metrów. Największy i zarazem najsłynniejszy z nich to Skradinski Buk, który w istocie jest to ciągiem wodospadów na odcinku 400 metrów przepływającym przez 17 kaskad i pokonując 45 metrów wysokości. Wędrujemy drewnianymi kładkami zbudowanymi nad rozlewiskami rzeki pośród bujnej roślinności, wkoło słychać szum wody i śpiew ptaków… po prostu pięknie… A na koniec kąpiel przy wodospadzie…mniam Wykąpani i uśmiechnięci wracamy na ‘Melong’ i nocujemy na kotwicy w pobliżu miasta Skardin.

2 września 2006

port Mandalina

Nasza chorwacka przygoda zaczyna się na trawniku przed lotniskiem w Splicie. Tu poznajemy rodzinę Witkowskich, czyli Teresę, Ewę, Tadeusza i Ryśka, którzy przylecieli dużo wcześniej i teraz opalają się czekając na resztę. Po paru godzinach zjawiła się Bogusia, a potem Gosia, która leciała tym samym samolotem co Witkowscy, ale że się jeszcze nie znali, to Gosia zamiast się opalać i pogłębiać znajomość z resztą, wyruszyła na zwiedzanie Splitu. Gdy już wszyscy się odnaleźli i poznali to zjawił się także nasz bus, który miał nas zawieźć do portu Mandalina, bo tam czekał już Kapitan Rafał na naszym tymczasowym miejscu zamieszkania, czyli łodzi ‘Melong’…A każda załoga potrzebuje oczywiście…jeść, więc pierwsza ważna czynność do zrobienia, to wypełnienie lodówki i spiżarni. W najbliższym supermarkecie załadowaliśmy do pełna 4 wózki i popchaliśmy je aż do portu. A gdy już lodówka była pełna można było z czystym sumieniem pójść spać…