Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia (wakacje). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia (wakacje). Pokaż wszystkie posty

30 września 2008

gdzie jest Nemo?

Pora wracać... spakowałyśmy się, pożegnałyśmy z naszym Amerykaninem, zostawiłyśmy bagaże w recepcji i zaczełyśmy organizować sobie kolejnych 10 godzin jako bezdomne... a tu jak na złość padało:/ Najprostszym i najbardziej suchym pomyslem było centrum handlowe... ale okazało się, że takiego w Amsterdamie nie ma... zostało nam więc chodzenie od sklepu do sklepu i wydawanie ostatnich euro. A potem... gdzie jest Nemo?

Nemo, to centrum naukowe dla dzieci... małych i dużych. Jest pełno guzików do przyciskania, słuchawek do słuchania, mikrofonów do mówienia czy maszyn do tańczenia... Można było znaleźć się w bańce mydlanej, zrobić swoje zdjęcie DNA czy szeptać do osoby po drugiej stronie sali... jednym zdaniem: to co tygryski lubią najbardziej... i dzieci też... niestety, dlatego byly dlugie kolejki:/ Ale nawet sprawnie poszło nam sprawdzenie większości przycisków:)

Po Nemo poszliśmy zobaczyć wiatrak, bo bedac w Holandii choć jeden obowiązkowo trzeba... ten był akurat na środku ronda, a nie na polu, więc daleko nie było trzeba chodzic:) Po wiatraku poszlismy do biblioteki wyschnąć i się ogrzać... do fajnej biblioteki... bo nie dość, że internet był za free, a na mieście po 1 euro za 10 min, to miał wygodne fotele, a nawet sale z poduszkami do czytania na leżąco:) Przesiedziałysmy więc tam pare godzin, bo pogoda nie zachęcała do wyjścia, a do odjazdu miałyśmy jeszcze pare godzin:/

Dwie godzinny przed godziną zero wychyliłysmy nosy z biblioteki i poszłysmy ostatni raz do MC Donalda, czyli na obiad. Kupiłyśmy ostatnie suveniry po drodze i poszlysmy po bagaże... i znowu walka z walizką, by dotransportować ją na dworzec autobusowy... a nadal padało:/ Schowałyśmy się więc w budce zwanej kasą... autobus się spóźnił... potem długo pakowali wszystkich do srodka... potem nie chciał odpalić...ale wkońcu ruszuł... było długo, niewygodnie i ciasno, potem byla przesiadka... i z opóźnieniem 2,5h dojechałam nastepnego dnia wieczorem do domu... nigdy więcej autokarów!!!

ewa_nieautokarowa

PS A najfajniejsze w wyjazdach są powroty:)

29 września 2008

najciemniej pod latarnią

Kolejny dzień w Amsterdamie... dziś pod znakiem Madame Tussauds oraz shoppingu. Więc co tu dużo pisać... kasa ucieka, ale chociaż są fajne zdjęcia;)

A wieczorem nastąpiło olśnienie... Po dwóch dniach poszukiwania dzielnicy czerwonych latarni okazało się, że właśnie tam mieszkamy... Jak? Amsterdam oferuje różne ciekawe wycieczki... miedzy innymi nocną wycieczkę z przewodnikiem prostytutką po Red Lights District... Przeczytałam opis wycieczki... i nazwy ulic, w które lepiej sie nie zapędzać i okazało sie, że już pierwszej nocy zrobiłyśmy to, co najbardziej niebezpieczne w tym mieście... czyli trzy samotne kobiety w środku nocy w dzielnicy czerwonych latarnii wsród zapachu trawy i facetów odwiedzających to miasto w wiadomym celu... To dlatego Amsterdam wydawał się taki... niebezpieczny... a dzowny z kościoła tak głośno i często dzwoniące na grzeszników wkoło... heh... bo jak to ktoś powiedział: wartością życia są przeżycia.. czy jakoś tak;)
...a oto widok z naszego okna.

28 września 2008

szalone dzwony

Całą noc próbowałyśmy zasnąć, ale okazało się, że za oknem jest kościół, a dzwony biją z dziwną nieregularnością… np. raz dawały koncert przez 45 minut wydzwaniając różne melodie po kolei. Potem co 15 min, czasem 30 czy 45 znowu dzwoniły albo melodią albo wybijając godzinę po krótkim „dżinglu” (ale w Amsterdami życie płynie swoim czasem, bo te szalone dzwony biły np. 8 razy o godzinę 7.30, a o 7 i 8 był tylko „dżingiel”… więc uznałyśmy ,że ksiądz ustawił te dzwony tak po to, by dzwoniły w sumienie grzeszników otwierających szklane drzwi)… ale wróćmy do naszej historii…

Niemka rano się wyprowadziła, a za chwilę pojawił się Amerykanin… typowy Amerykanin. Białe zęby i wszystko było cudowne. Było ich dwóch, ale brak wolnych miejsc, więc jednego dali do nas, a drugiego do pokoju ośmioosobowego. I tu ciekawe porównanie. Ja wyjechałam na miesiąc i miałam ze sobą sporą walizkę plus dwie torby podręczne… a on: jeden plecaczek, nawet nie plecak. Nie miał śpiwora czy choćby kurtki, a ciągle było mu zimno… a do Europy wybrali się na miesiąc. Ale plusem nowego współlokatora i jego kolegi był fakt, że mieliśmy nowych współtowarzyszy wycieczki (tym bardziej, że jeden z nich był już kilka razy w tym mieście)… Poszliśmy więc na kawę zrobić plan wycieczki… i okazało się, że Amerykanie są jeszcze mniej zorientowani w tym mieście. Ale wspólnymi siłami ustaliliśmy pierwszy cel: browar, czyli ‘heineken experience’… na żadnej mapie nie był on oznaczony, więc trochę czasu nam zajęło znalezienie go, ale się udało… pocałować klamkę, bo : sorry, we are closed. Remonty, remonty. Ruszyliśmy więc spowrotem do centrum, ale rozdzieliliśmy się, bo my poszliśmy jeść (i wcale nie był to MC Doland’s!), a oni… nie byli głodni.

Wróciliśmy do hostelu i próbowałyśmy odnaleźć Red Lights District. Jest to najsłynniejsza dzielnica w Amsterdamie: czerwonych latarni… Ale na żadnej mapie nie była zaznaczona. Uznałyśmy więc, że poszukamy jej jutro… Wiola ostrzegała nas, że jest tam niebezpiecznie i lepiej samemu tam nie chodzić, a tym bardziej nocą. Jednak nie wiedziałyśmy gdzie jest, więc póki co problemu nie było. Więc zamiast do latarni postanowiliśmy pójść we czwórkę od klubu. Pojawił się też nasz Amerykanin, drugi padł zmęczony w swojej ósemce, więc zebraliśmy się do klubu. Pan z portierni powiedział gdzie warto iść i wybraliśmy się… i szliśmy i szliśmy i klubów nie widać (te ulice wyglądają tak samo, szczególnie nocą… kamienice i kanały… wszystko takie samo)…, ale w końcu dotarliśmy i… okazało się, że wszystko już zamykają. Była dopiero 1 w nocy… no może trochę później, a jedyny dłużej otwarty klub był pusty i chcieli 10 euro wstępu na te pare chwil nim zamkną… więc wyjście do klubu znowu nam się nie udało… zostalo tylko zwiedzanie miasta nocą i robienie zdjęć... przy kanale, a potem grzecznie wróciliśmy do domu spać.

27 września 2008

miasto Erasmusa

Pora ruszać dalej...

Kolejny cel to Amsterdam, ale… okazało się, że najtaniej jest kupić bilet całodniowy, dwuosobowy i to w pierwszej klasie niż jednoosobowy w drugiej klasie i tylko do Amsterdamu, więc postanowiłyśmy zwiedzić Rotterdam, a dopiero wieczorem zajechać do Amsterdamu… a że bilet był dwuosobowy, a nas była trójka, to Wiola zdecydowała się pojechać z nami.

Zapakowałyśmy walizki i z samego rana ruszyłyśmy w stronę dworca kolejowego. A że była to sobota, to na drodze byłyśmy tylko my i nasze wielkie walizki, które ciągnęłyśmy za sobą po ulicy, a dokładniej po pasie wyznaczonym dla rowerów (w końcu dwa kółka też miałyśmy)… i nagle bum! Moja walizka stała się dwa razy cięższa… Prawdą jest, że w czasie podróży bagażu przybywa (przynajmniej w moim przypadku), ale nie tak nagle i nie na ulicy, a raczej w sklepie… Okazało się, że walizka nie wytrzymała… jedno kółko się przegrzało i łożysko się wygięło ( za dużo by tłumaczyć, a fakt jest taki, że zamiast na kółku to z jednej strony walizka jechała na części kółka i części obudowy)… więc było trzeba się więcej namęczyć, by walizka jechała tylko na jednym kółku… a przecież do domu jeszcze daleko… Idziemy więc dalej dzielnie, a tu zza pleców wyłania się mój wybawca na białym rumaku… a dokładniej Wiola na czarnym rowerze… Wzięła więc walizkę na bagażnik i był system kombinowany (nożno-pedałowy) i tak dotarłyśmy do dworca… a tam biegiem na peron, bo zaraz był odjazd… a wagon z pierwszą klasą był oczywiście na końcu… i jedziemy.

Rotterdam! Miasto Erasmusa, bo przecież Erazm z Rotterdamu… i kolejne kłopoty, a raczej atrakcje urozmaicające wycieczkę, czyli automatyczna przechowalnia bagażu działająca tylko na holenderskie karty kredytowe…ale i tu pojawili się wybawcy… co prawda bez rumaków, ale… z holenderską karta, czyli z tym co było nam potrzebne. Wybawcami były trzy holenderki… i mimo, że one po holendersku, my po angielsku, to słowa: ‘no’, ‘karta’ i ‘ok’ są w miarę międzynarodowe, a dodać do tego gestykulację, to mamy porozumienie:) One zapłaciły kartą maszynie przy przechowalni, a my im gotówką, czyli ruszamy zwiedzać Rotterdam.

Na początek wizyta w informacji turystycznej. Mamy mapę, mamy trasę wycieczki to …biegniemy:) Czasu było mało, a do przebiegnięcia dużo… ale już za pierwszym zakrętem był przystanek, bo trafiłyśmy na sklepy… i kolejne sklepy… i MC Donaldy… Do sklepów oczywiście zaszłyśmy, ale MC Donaldy omijałyśmy, bo było dosłownie co sto metrów, więc uznałyśmy, że zajdziemy później. Biegniemy dalej… mijamy dziwne duże czerwone latarnie, domy-sześciany, most Erasmusa i robimy sobie zdjęcie w ogromnych drewniakach…. Potem port ( w sumie port był cały czas), potem park, a potem wieża, na którą chciałyśmy wejść zobaczyć miasto z góry, ale ok. 8 euro za widok to przesada, więc pobiegłyśmy dalej. Było już popołudnie, więc byłyśmy coraz bardziej głodne, a MC Donaldy jak na złość nagle zapadły się pod ziemię, nie było żadnego… zwiedzały więc dalej… parki, posągi, kamienice… i już widać stację kolejową… i nagle zobaczyłyśmy też MC Dolanda!!! Czyli Czas Karmienia!!! Zjadłyśmy jakieś świństwa z colą i poszłyśmy na pociąg… Rotterdam zaliczony:)

ewa_przewodnik po biegach po Rotterdamie

PS Wieczorem dotarłyśmy do Amsterdamu. Przez Internet znalazłyśmy jakiś niedrogi (jak na to miasto) hostel i udałyśmy się w celu obadania go. Okazał się całkiem, całkiem, więc wzięłyśmy private room dla czterech osób mając nadzieję, że ta czwartą osobą nie będzie jakiś stary zboczeniec-narkoman. Byłyśmy tylko we trzy… padłyśmy zmęczone na łóżka (w końcu normalne warunki do spania), a Wiola poszła spotkać się z innymi Erasmusami, którzy też przyjechali do Amsterdamu na jeden dzień, więc z nimi wróci… Obudziła nas Niemka… Starsza Pani emerytka, która miała być naszą współlokatorką tej nocy. Niemka była miła i sympatyczna choć trochę dziwna… A że już się obudziłyśmy z wieczornej drzemki, to wybrałyśmy się zobaczyć Amsterdam by night (by tradycji zwiedzania stolic nocą stało się zadość)… i tu szok!!! Jeszcze nigdy nie czułyśmy się tak niebezpiecznie, tak nieswojo i tak szybko szukałyśmy drogi powrotnej… Na ulicach byli tylko faceci i zapach trawy. A jedyne kobiety były w oknach, a w sumie w szklanych drzwiach podświetlonych na czerwono (że były skąpo ubrane chyba nie musze dodawać)… A to wszystko wśród ciemnych, małych uliczek, na których są tylko sex shopy, hostele, coffee shopy, sex shopy, sklep z prezerwatywami, coffee shopy, sex shopy, znowu hotele i znowu sex shopy…plus kościół, czyli mamy ciekawe sąsiedztwo. Tak więc chętnie wróciłyśmy do hostelu.

26 września 2008

krowa na rowerze

Dzis bedzie pare slow o Holandii...

Holandia jest plaska jak stol, a na tym stole jest pelno krow... a wiosna zapewne pelno jest takze tulipanow... Mamy wiec krowy na stole... do pelnego obrazu trzeba dodac oczywiscie trawe (jak jest krowa to i musi byc trawa... tutaj legalna)... A obok trawy... prostytutka (ale do tego tematu wrocimy przy Amsterdamie)... sa tez drewniaki, czy jakkolwiek zwa sie te smieszne buty holenderskie... no i oczywiscie rowery... czyli mamy krowe w drewniakach jezdzacza po stole na rowerze... o tak, teraz mamy pelny obraz Holandii... mozna jeszcze dodac kaucje za butelke przy kupowaniu wody, bo butelki plastikowe mozna potem oddac w sklepie... no i jeszcze koscioly przerobione na dworce, szkoly itp, ale to bylo trudno polaczyc z krowa:/

Mam nadzieje, ze przyblizylam wam troche ten kraj;)

pozdrawiam,

ewa_w drewniakach

25 września 2008

w poszukiwaniu MC Donaldsa

Kolejnym plusem Holandii jest jej rozmiar, bo wszędzie jest blisko. Wybrałyśmy się więc na wycieczkę do Belgii, a konkretnie do Brukseli. Wysiadłyśmy na dworcu i …i nic. Na Belgie zdecydowałyśmy się w ostatniej chwili przed wyjazdem z Polski, więc nie byłyśmy przygotowane przewodnikowo i mapowo. Uznałyśmy, że w stolicy, a tym bardziej w stolicy Europy będzie na dworcu informacja i jakieś mapki (nawet w warszawie są.. nikogo nie obrażając)… ale mocno się rozczarowałyśmy. Znalazłyśmy kiosk z gazetami i mały przewodnik z mapą, ale… po francusku… więc odpada. Po dłuższych poszukiwaniach udało nam się jednak znaleźć punkt informacyjny, a dokładniej tablice informacyjną, a będąc dokładniejszym, to była to mapa metra, ale udało nam się odnaleźć na niej jedną atrakcję, którą chciałyśmy zwiedzić.

Zapakowałyśmy się więc do metra i pojechałyśmy hen, hen… a Hen, hen było Atomium, czyli wielki model atomu żelaza, który pozostał po Expo 58. Jednak panoramy miasta nie mogłyśmy podziwiać z najwyższej kuli, bo była mgła, ale za to widok samego Atomium był bardziej kosmiczny.

Po podróży w kosmos wróciłyśmy na dworzec, bo to był nasz punkt orientacyjny, bo nadal nie miałyśmy mapy. Niestety na dworcu nadal punkt informacyjny się nie pojawił, więc postanowiłyśmy pójść na żywioł, czyli wyjść z dworca i ruszyć przed siebie… i na dzień dobry znalazłyśmy drogowskazy do ciekawych miejsc w Brukseli. Tyle, że każda atrakcja było w zupełnie inna stronę, a my nie miałyśmy pojęcia jaką obrać strategię. Poszłyśmy więc do tego co było najbliżej. Była to katedra i całe szczęście, że właśnie ona, bo można tam było kupić różne dziwne rzeczy takie jak wisiorki, zapalniczki czy przewodniki:) Tak więc miałyśmy już przewodnik, więc dalej poszliśmy zgodnie z trasą zalecaną w przewodniku (a dokładniej, to w przeciwnym kierunku, bo według przewodnika, w katedrze wycieczka się kończyła). „Zaliczyłyśmy” wszystkie obowiązkowe miejsca w Brukseli, a po drodze wyglądałyśmy taniego jedzenia, czyli MC Donaldsa… i jedyne co znalazłyśmy to sklepy z belgijskimi czekoladkami, w których była degustacja:D mniam:D a MC Donaldsa nie było… ani na dworcu, ani na starym mieście, ani tam gdzie dotarłyśmy, a dotarłyśmy prawie wszędzie… i poszło nam to tak sprawnie, że wróciłyśmy wcześniejszym pociągiem, a zjadłyśmy na dworcu w barze z kanapkami, bo tylko takie Fast foody są w Belgii.

A wieczorem… już w Holandii… party… tym razem już nie tylko w teorii i rowerami, hahaha … W sumie to nawet wygodne. W jedną stronę jedzie się trzeźwym, a wracając, jeśli za bardzo wieje, zawsze jest coś co pomaga trzymać pion… poza tym, jest wszędzie płasko, więc nic dziwnego, że wszyscy śmigają na rowerach.

ewa_też rowerzystka

PS a w Belgii na stacjach metra gra muzyka:) stare, dobrze znane przeboje:)

24 września 2008

hello,hello

Dziś będzie kilka słów o Holendrach. Na początek miłe zaskoczenie w autobusie... bo...

Chciałyśmy trafić w jedno miejsce, a nie bardzo wiedziałyśmy jak się tam dostać. Wsiadłyśmy więc do autobusu i spytałyśmy się kierowcy czy jedzie w tamta stronę... i ustaliliśmy, że mniej więcej jedzie. Usiadłyśmy więc na końcu i jedziemy... jedziemy i jedziemy... i nagle autobus się zatrzymał, a kierowca idzie w naszym kierunku... i wcale nie sprawdzać bilety czy wrzucić nas z autobusu za złe zachowanie, ale... by powiedzieć nam, że tu możemy wysiąść i jak mamy dalej iść... więc cały autobus czekał, aż nam kierowca wyjaśni... heh, tym Holandia mnie miło zaskoczyła. Że tu wszyscy są wyluzowani.

I tym, że wszyscy, dosłownie wszyscy Cię wkoło witają. Od Wiolki znajomych z akademika, których pierwszy raz na oczy widzę po Pana malującego drzwi wejściowe... ciągle wkoło słychać Hello, Hello...

A typowy Holender... blondyn. I po których poznałam czy widziałam mogę jeszcze dodać, że Holendrzy są wysocy i chudzi i mają średnio długie nażelowane włosy... bardzo nażelowane. A Holenderki? Są niskie niskie... a przynajmniej nie tak bardzo wysokie jak Holendrzy.

A holenderskie piwo? hahaha, podają je w czymś wielkości szklanki do herbaty, czyli kelner cały czas chodzi po pubie/klubie/dyskotece i zbiera te małe szlaneczki, które tak szybko sie opróżniają... choć może i lepiej, że są małe, bo jakby podawali je w takich wielkich kuflach w jakich serwuja piwo na Octberfest, to powroty z imprez na rowerach raczej kiepsko by się kończyły...

23 września 2008

własna jazda

Podróżowanie tanim kosztem odwiedzając znajomych bywa czasem bardzo bolesne. Bo noc w autokarze, czy na podłodze nie zawsze jest szczytem luksusu. A ostatniej nocy padło na podłogę i na otwarte okno. Czyli skończyło się to bólem wszystkiego, bo było twardo oraz katarem. Mam więc teraz takie ciśnienie i zawroty głowy przez ten katar, że nie potrzebne mi już żadne używki, które w Holandii są legalne... po prostu mam swoją własną jazdę:/ Więc pierwszy dzień w Holandii spędziłam na pociąganiu nosem i łapaniem internatu na korytarzu u Wioli w akademiku.

A wieczorem... party... hahaha, jak zwykle w teorii. Plan był taki, że erasmusy miały wybrać się do klubu, bo następnego dnia mają mniej zajęc. Więc wyszykowayśmy się na wieczór i czekamy... a tu cisza... My nastawione na wyjście i na drogie drinki, otworzyłyśmy żołądkową, by przy okazji dać spródować obcokrajowcom... ale... plan zmienił deszcz. Deszcz ma tu większe wpływy niż ksiądz czy prezydent, bo deszcze jest poważnym utrudnieniem przy jeździe na rowerze,a tu na rowerze jeżdżą wszyscy i wszędzie (także erasmusy na imprezy). Tak więc erasmusy jednak znalazły coś do nauki na jutrzejszy dzień, bo głupio im było mówić, że to tylko przez deszcz ,a w sumie mżawkę...

Tak więc wystrojone, zmarnowałyśmy żołądkową i poszłyśmy spać... ale żeby nie było aż tak dołująco to trochę sie zintergowaliśmy z innymi erasmusami w akademiku i dzięki temu znalazł się wolny materac (a raczej karimata), więc kolejna noc była trochę bardziej miękka:)