12 września 2009

tradycyjna wymiana koszulek

Poranek w Afryce... chłodno... jednak z każdą minutą coraz ciaplej... upał! Rano do naszego hotelu dotarły ostatnie brakujące osoby (Ola, Aga i Krzysiek). Teraz jest komplet: 11, czyli duża siła przetargowa:) ... więc po szybkim śniadaniu, wymianie waluty itp (co w sumie zajęło nam pare godzin) poszliśmy na postój grande taxi... i zaczęło się targowanie: chcemy 2 taxówki, musiecie jechać w 3, chcemy 2, za ile? za drogo! a dokąd? za drogo! No thanks i odchodzimy... i wołają nas... last prize! ...i rozpoczął się rutuał ustalenia ceny i włączyli się do niego także inni taksówkarze i jak zwykle zrobiliśmy małe zamieszanie, ale ostatecznie się udało. jedziemy!
...jedziemy.... jedziemy i jedziemy...
wioska Imlil... koniec podróży... wysiadamy i już atakują nas kolejni 'buisnessmani' z ofertami noclegu, posiłku, osiołka a nawet taxi!? By w spokoju zaplanować co dalej robimy, siadamy w knajpie na herbate i tajina. Plan dojścia do schroniska jeszcze dziś upadł, jest już za późno. Szukamy więc noclegu... i nawet właściciel knajpy okazuje się mieć wolne pokoje dla nas... Pokoje całkiem, całkiem, ale w tzw. między czasie szukamy lepszej oferty... I gdy faceci zajęli się pytaniem i oglądaniem pokoi, ja z Karoliną i Anią poszłyśmy oglądać świecidełka i chusty (choć wersja oficjalna i aktualna przez pierwsze 5 min, to także szukanie noclegu)...
Obrałyśmy strategię nie reagowania na zaczepki sklepikarzy, którzy oczywiście krzyczeli tylko: hello, have a look, just look, best prize! ...ale przecież jak tylko lookniesz, czy broń boże dotkniesz, to już kupione... aż 2 berberów powiedziało: ale czemu nie chcecie z nami rozmawać? Jesteśmy Berberami, dobrymi ludźmi, mamy ramadan, nudzimy się, chcemy tylko porozmawiać... no to porozmawialiśmy... i okazało się, że wiele angielek czy francuzek przyjeżdża do Maroka po mężów. A oni mają konie do zaoferowania za żonę (chyba warto dodać, że muzułmanie mogą mieć 4 żony... jesli stać ich na utrzymanie wszystkich żon). Że chętnie wymienią Karoliny koszulkę lub Ani telefon na cokolwiek. Że chcą mieć europejskie ubrania dla swych żon... ale jak zobaczyli Ani stary telefon po przejściach to zwątpili... a Karolina koszulki oddać nie chciała... czyli tradycyjnej wymiany koszulek nie było.
W końcu wrócili poszukiwacze noclegu... Nocleg znaleźli w następnej wiosce, ale to i lepiej, bo mniej będzie do wchodzenia kolejnego dnia:) Do wioski szło się przez strumyk i po wąskich, krzywych niby-uliczkach. Niby-uliczki było strome, bo cała wioska leżał na zboczu góry. Czasem z drzwi wyglądamy kozy czy krowy, kury i kozy posły sie razem z dziećmi wszędzie, a na dachach były oczywiście anteny satelitarne... Pozornie wioska wygladała na zapomnianą przez boga, czy raczej allaha, ale internet i telefony komórkowe byly w powszechnym użyciu... A nasz gospodarz , Brahim, złoty chłopak, a raczej 'szczurek w piżamce' jak go Ewa nazwała, na wszystko odpowiadał 'dobrze' i wszystko było do załatwienia... a gdy nas przywitał tradycyjną herbatą i Adrian z misją polonizowania świata powiedział do niego po polsku 'herbata' ,to Brahim na to odpowiedział: Brahim (wyciągając rękę na powitanie).
Zadomowiliśmy się, ogarneliśmy i ruszyliśmy w miasto, a raczej w wioskę w celu poznawczo-zakupowym... a po powrocie Brahim przyniósł 4 tajiny... wielki tajiny... tak wielkie, że jeden musieliśmy zostawić na śniadanie (a na początku chcieliśmy ich aż 11 nie wiedząc jak duże będą... i upieralismy się przy tej liczbie, bo byliśmy bardzo głodni, a tajiny, które jedliśmy do tej pory były na małych talezach... na szczęście stanęło tylko na 4). Po kolacji poszliśmy szybko spać .Brahim pozwolił nam zostawić plecaki w jednym pokoju, więc przepakowaliśmy się, by nie wnosić wszystkiego na Toubkal... a rano ruszyliśmy w góry...

Brak komentarzy: