W Gliwicach odebrała mnie Karolina, z którą jadę na podbój Maroka. Rano Karolina poszła do pracy, a ja skorzystałam z okazji i spotkałam się ze znajomymi mieszkającymi na końcu Polski (czyt. Śląsk). Na googlach znalazłam mapę Gliwic i zrobiłam sobie na dłoni prowizoryczną mapę dojścia do Rynku. Mapa okazała się przydatna, bo na jej podstawie pomogłam trafić do celu także jakiemuś panu, który wział mnie za tutejszą. A potem było piwo, pizza i znowu piwo... i ostatnie zakupy, czyli liczenie każdego grama. Plecak był już duży i ciężki, a perspektywa znoszenia go na 3200m. (bo na takiej wysokości jest schronisko pod szczytem) sprawiała, że pakując się co chwila wyjmowałam mniej potrzebne rzeczy. Kosmetyki przelałam do mniejszych i co ważniejsze lżejszych pojemników, inne kupiłam w jednorazowych saszetkach. Niestety namiotu, śpiwora i kijków nie dało sie już bardziej zzipować:/...i tak uzbierałam 15 kilo w głównym bagażu... będzie ciężko:/
Popołudniu pojechaliśmy do Kęt, czyli w stronę Krakowa, bo stamtąd mamy samolot do Kasablanki. W Kętach mieszkają Dana i Michał u których nocujemy i z którymi rano jedziemy do Karkowa. Na lotnisku w Balicach spotykamy się z kolejną czwórką wycieczkowiczów (Ania, Jacek, Ewa i Adrian)... a od paru dni kolejne 3 osoby z naszej wycieczki są już w Maroku... i tu ciekawostka: na 11 osób 5 to budowlańcy, a 1 architekt, czyli wyjazd mocno branżowy.
10 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz