11 września 2009

nie targuj się z głodnym

Afryka przywitała nas deszczem... i głodnymi Arabami... ale od początku.
Na początku była kolejka do okienka, w którym siedział pan strażnik graniczny i z uśmiechem nr zero przyjmował wcześniej wypełnione kartki z informacjami kto gdzie i po co do Maroka, po czym wyrzucał je za siebie na podłogę i wbijał pieczątkę do paszportu.
Potem było poszukiwanie transportu na dworzec kolejowy, by dostać się do Marakeszu. I tu nastąpiła pełna konsternacja, bo panowie Arabowie za chwilę mieli kończyć całodniową głodówkę w ramach Ramadanu, a z głodnym Arabem nie da się targować i aż 250 Dirhamów kosztowała nas taksówka na dworzec i nie było mowy o targowaniu się... co przecież jest nierozłącznym elementem każdej transakcji w tym kraju.
Dworzec... i 5 min po odjeździe pociągu, na który nie zdążyliśmy... rozłożyliśmy się na nielicznych ławkach robiąc mini piknik, bo kolejny pociąg do Marakeszu za około 2h. Siedzimy, jemy, widzimy tablicę z informacją o pociągu do Marakeszu, który nam uciekł, kupujemy bilety, dziwimy się deszczowi w Afryce... a na peron obok wjeżdza pociąg... i staję pod tablicą nadal wyświetlającą napis: Marrakech... to co robimy? sprint! Plecaki na plecy i piegiem przejściem podziemnym na drugi peron... wpadamy do pociagu, pytamy czy do Marrakeszu, jedni mówią, że tak, inni, że nie, a w sumie to nie wiemy, bo arabskiego nie znamy i tylko domyślamy się po gestach... aż w kóncu ktoś powiedział, że jednak nie..., ..., wracamy więc na ławki... wniosek: W Maroku pociągi się nie spóźniają, tylko informacaje nie są uaktualniane po zmierzchu, gdy całe Maroko idzie jeść.
W końcu przyjechał nasz pociąg... standardy takie jak w PKP. Tłok. Znajdujemy przedział, gdzie jakaś para po ciemku robiła sobie romantyczną przejażdżkę pociągiem... oops! Wbijamy się wszyscy: z plecakami, a kto się nie mieści to na kolana... i obserwujemy współprzedziałowców... Najpierw niby im nie przeszkadzaliśmy, próbowali nawet pomóc nam z mapą, ale im dłużej jechaliśmy tym arabskiej lubej nasz nalot coraz mniej się podobał... i w końcu zrobiła lubemu taką awanturę, że znalazł dla nich wolne mejsca w innym przedziale... ach, ta arabska gościnność, dzięki temu, cały przedział był dla naszej ósemki:)
Dworzec w Marakeszu... około północy, więc wszyscy Arabowie są już najedzeni i wszystko wraca do normy, czyli od wejścia, a raczej wyjścia z pociągu, atakują nas swoimi najlepszymi ofertami, za równo noclegów, transportu, restauracji i czego byśmy nie chcieli... ostatecznie bierzemy taxi i jedziemy w okolice głównego placu, bo tam jest dzielnica z tanimi hotelami.
Stoimy w grupie na środku drogi jak ofiary, a raczej łatwy i duży potencjalny zarobek, a z każdej strony znowu atakują nas ofertami... a każda jest oczywiście najlepsza... w tym czasie pare osób szuka noclegów (znalezienie noclegu nie jest takie proste, gdy jest 8 osób, a większość chce spać tylko w dwójkach, a każdy pokój trzeba jeszcze sprawdzić ,bo standardy są bardzo różne, ale zawsze bardzo niskie) zajmuje to dłuższa chwilę, a nawet dłuższych chwil pare, ale w końcu mamy gdzie spać (hotel nissan)... jeszcze tylko na plac zjeść tajina czy couscous i dobranoc:)

Brak komentarzy: