Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko (trekking). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maroko (trekking). Pokaż wszystkie posty

15 września 2009

atak kelnerów-naganiaczy

Rano pod wioskę podjechały zamówione przez Brahima taxówki (oczywiście merce) i kuzyni Brahima zawieźli nas spowrotem do Marakeszu. Znów straciliśmy mnóstwo czasu szukając hotelu, by były dwójki, prysznic i by pokoje w miarę wyglądały. Biedny Brahim przyjechał z nami , zaprowadzał nas do hoteli i pomagał wybrać wycieczkę, bo miał mieć od tego procent... niestety, długie podejmowanie decyzji i problem z dogodzeniem wszystkim załamały Brahima i bez bonusowym dirhamów w kieszeni wrócił do swojej wioski. A my ostatecznie wybraliśmy hotel Africa... a w nim na zlewie w pokoju miałam bliskie spotkanie w ogromnym karaluchem! Po wydaniu w siebie stosownego pisku, Karolina ukróciła mu żywot sandałem. Karaluch był jednak niewystarczającą atrakcją, więc w ramach rozrywek afrykańskich zapisaliśmy się na 3-dniową wycieczkę na pustynię. Stargowaliśmy ile się dało i zadowoleni poszliśmy zwiedzać Marakesz.
Na początek: suki! czyli coś jakby bazary ciągnące się w nieskończoność miedzy ciasnymi uliczkami. W międzyczasie zwiedziliśmy też pałac, który poza murami i wielką satalitą nie miał nic oglądania. O właśnie, satelity! Tu wszyscy je mają i wszyscy znają kilka polskich słów: polsat i tvn.
Po pobieżnym ogarnięciu Marakeszu nadszedł czas na kolację, a jak kolacja to tylko na placu Jemaa al-Fna. Było już po zachodzie słońca, więc na placu było pełno przenośnych barów... jak co noc. I właśnie tam nauczyłam się jednak mądrej rzeczy: decyzje trzeba podejmować szybko... a my tego nie zrobiliśmy i to był nasz błąd! Chodziliśmy po placu, oglądaliśmy stoiska, robiliśmy zdjęcia, oglądaliśmy co mają do jedzienia... a naganiacze czujnie nas obserwowali i namawiali, i zapraszali, i nakłaniali i klaskali... aż w pewnym momencie byliśmy główną atrakcją na placu. Każdy naganiacz chciał u siebie tak dużą grupę, a że chodziliśmy i nie mogliśmy się zdecydować, zauważyli nas wszyscy naganiacze... i zrobiło się głośno i każdy ciągnął do siebie... i nagle okazało się, że nasza grupa usiadła, a ja z Karoliną zostałam sama, a kilku naganiaczy biło się o nas ciągnąc nas w swoją strony... już nie byli mili i grzeczni... już ciągnęli za ręce, krzyczeli i pchali... i było się trzeba ewakuować, bo robiło się niemiło, by nie powiedzieć niebezpiecznie... a więc się ewakuowałyśmy... obeszłyśmy plac i gdy byłyśmy w pobliżu stołu, gdzie siedziała nasza grupa, szybko usiadłyśmy koło nich... i nikt z 'naszych' nawet nie zauważył ataku na nas... i tu drugą mądra rzecz, której się nauczyłam: do arabskiego kraju trzeba jechać z facetem, to żaden arab cię nie zaczepi... A a'propos zaczepiania, to w trakcie jedzenia byliśmy świadkami pobicia kobiety (z małym dzieckiem na rękach) przez faceta... i nikt nawet nie zareagował.
A jedzenie? smaczne:) a herbata? słodka i miętowa, jak zawsze i jak zawsze z kiepsko umytych szklanek... ale to i tak najlepsza miętowa herbata jaką piłam:)

14 września 2009

wszystkie drogi prowadzą na Toubkal

4.00 - pobudka
4.30 - śniadanie
5.00 - wyjście
Poprzednim wieczorem Jacek, Adrian i Krzysiek zorientowali się gdzie jest szlak i którędy trzeba iść w stronę szczytu, by rano nie błądzić po ciemku... jednak, mimo tego mieliśmy problemy ze znalezieniem ścieżki i okazało się, że wybraliśmy trudniejszy początek szlaku... ale okazało się też,że wszystkie drogi prowadza na Toubkal, wiec po przejściu głazowiska trafiliśmy na szlak.
6.00 - robi się jasno, można wyłączyć czołówki, ale nadal jest zimno, bardzo zimno, woda na bokach strumienia jest zamarznięta
8.00 - wychodzimy z cienia, mrowienie w palcach, czyli jest lepiej, cieplej
8.30 - wchodzimy na grań, co za widoki! wieje
9.00 - widać ostrosłup, który stoi na szczycie, strasznie wieje (rękawiczki, kurtka przeciwwiatrowa i 'coś na głowę' były nieocenione)
9.30 - szczytujemy... 4167m.n.p.m. ... ale nie jesteśmy sami, co chwila przychodzi ktoś nowy, są też inni polacy, a także hiszpanie robiący wielkie zamieszanie... zasłużony odpoczynek... sesja fotograficzna... posiłek... znowu sesja
10.30 - ruszamy w dół... szybko, może nawet za szybko, w pewnym momencie widzę mroczki i jest mi niedobrze... trzeba zwolnić... po chwili jest już ok
15.00 - zamówiony obiad w schronisku... miało być wielke, pyszne i sycące spaghetti... a było trochę makaronu i miseczka sosu... na 11 osób... na szczęście potem donieśli keczup
16.00 - schodzimy spowrotem do Imlil
19.30 - zastaje nas zmrok, czołówki na głowy i idziemy dalej
22.00 - Brahim czeka w progu z gorącą herbatą!!!
23.00 - padam ze zmęczenia

13 września 2009

polska chińszczyzna na 3200

9 rano! Ruszamy! Lekko nie było, bo mimo, że plecaki zostały przepakowane, to nadal były duże i ciężkie:/ a pod górę było daleko, stromo i gorąco...
Dojście do schroniska zajęło nam 6 godzin. Szlaki nie są oznaczane tak jak w Polsce farbą, ale małymi kamieniami ułożonymi jaden na drugim. Mijali nas berberyjscy przewodnicy prowadzących muły obładowane towarem lub słabszymi turystami. Po dwóch godzinach marszu dotarliśmy do świętego kamienia muzułmanów, czyli wielkiego białego kamienia. Był on w wiosce, w której można było kupić colę czy fantę schłodzoną górskim potokiem lub ozdobne skały, jeśli ktoś miał zbyt lekki plecak. A potem były juz tylko góry, kozy, owce i góry, jeszcze pare razy stoiska z zimną colą, znowu kozy... a chmury zdawały się schodzić coraz niżej i niżej... i robiło się chłodno...
Po drodze spotkaliśmy polaków, którym nie udało się wejść na szczyt. Jedna dziewczyna źle się czuła (podobno powyżej 2500m organizm może dziwnie reagować), a pan powiedział, że ma już 60lat i po prostu nie dał rady... nie zraziło nas to jednak bardzo, bo postanowiliśmy, że nawet 2 tygodnie możemy tam wchodzić, ale dojdziemy! ...
...i doszliśmy... póki co do schroniska pod Toubkalem (3200m.n.p.m.), a dokładniej do 2 schronisk, które są obok siebie. Zdecydowaliśmy się na marokańskie, gdzie w drzwiach czekał już pan z herbatą (francuskie jest tuż obok, ale polecano nam marokańskie)... z wolnymi miejscami nie było problemu... Dostaliśmy cały pokój dla siebie... 2 rzędy dwupiętrowych łóżek, więc można było przebierać i wybierać... niestety na całe schronisko działały tylko 3 prysznice, a w dodatku prąd był włączany dopiero wieczorem, ale dostaliśmy za darmo gorącą wodę, by zjeść polską chińszczyznę, więc czego chcieć więcej!? nikt wersalu przecież nie oczekiwał... jak na schronisko, to było całkiem całkiem:)

12 września 2009

tradycyjna wymiana koszulek

Poranek w Afryce... chłodno... jednak z każdą minutą coraz ciaplej... upał! Rano do naszego hotelu dotarły ostatnie brakujące osoby (Ola, Aga i Krzysiek). Teraz jest komplet: 11, czyli duża siła przetargowa:) ... więc po szybkim śniadaniu, wymianie waluty itp (co w sumie zajęło nam pare godzin) poszliśmy na postój grande taxi... i zaczęło się targowanie: chcemy 2 taxówki, musiecie jechać w 3, chcemy 2, za ile? za drogo! a dokąd? za drogo! No thanks i odchodzimy... i wołają nas... last prize! ...i rozpoczął się rutuał ustalenia ceny i włączyli się do niego także inni taksówkarze i jak zwykle zrobiliśmy małe zamieszanie, ale ostatecznie się udało. jedziemy!
...jedziemy.... jedziemy i jedziemy...
wioska Imlil... koniec podróży... wysiadamy i już atakują nas kolejni 'buisnessmani' z ofertami noclegu, posiłku, osiołka a nawet taxi!? By w spokoju zaplanować co dalej robimy, siadamy w knajpie na herbate i tajina. Plan dojścia do schroniska jeszcze dziś upadł, jest już za późno. Szukamy więc noclegu... i nawet właściciel knajpy okazuje się mieć wolne pokoje dla nas... Pokoje całkiem, całkiem, ale w tzw. między czasie szukamy lepszej oferty... I gdy faceci zajęli się pytaniem i oglądaniem pokoi, ja z Karoliną i Anią poszłyśmy oglądać świecidełka i chusty (choć wersja oficjalna i aktualna przez pierwsze 5 min, to także szukanie noclegu)...
Obrałyśmy strategię nie reagowania na zaczepki sklepikarzy, którzy oczywiście krzyczeli tylko: hello, have a look, just look, best prize! ...ale przecież jak tylko lookniesz, czy broń boże dotkniesz, to już kupione... aż 2 berberów powiedziało: ale czemu nie chcecie z nami rozmawać? Jesteśmy Berberami, dobrymi ludźmi, mamy ramadan, nudzimy się, chcemy tylko porozmawiać... no to porozmawialiśmy... i okazało się, że wiele angielek czy francuzek przyjeżdża do Maroka po mężów. A oni mają konie do zaoferowania za żonę (chyba warto dodać, że muzułmanie mogą mieć 4 żony... jesli stać ich na utrzymanie wszystkich żon). Że chętnie wymienią Karoliny koszulkę lub Ani telefon na cokolwiek. Że chcą mieć europejskie ubrania dla swych żon... ale jak zobaczyli Ani stary telefon po przejściach to zwątpili... a Karolina koszulki oddać nie chciała... czyli tradycyjnej wymiany koszulek nie było.
W końcu wrócili poszukiwacze noclegu... Nocleg znaleźli w następnej wiosce, ale to i lepiej, bo mniej będzie do wchodzenia kolejnego dnia:) Do wioski szło się przez strumyk i po wąskich, krzywych niby-uliczkach. Niby-uliczki było strome, bo cała wioska leżał na zboczu góry. Czasem z drzwi wyglądamy kozy czy krowy, kury i kozy posły sie razem z dziećmi wszędzie, a na dachach były oczywiście anteny satelitarne... Pozornie wioska wygladała na zapomnianą przez boga, czy raczej allaha, ale internet i telefony komórkowe byly w powszechnym użyciu... A nasz gospodarz , Brahim, złoty chłopak, a raczej 'szczurek w piżamce' jak go Ewa nazwała, na wszystko odpowiadał 'dobrze' i wszystko było do załatwienia... a gdy nas przywitał tradycyjną herbatą i Adrian z misją polonizowania świata powiedział do niego po polsku 'herbata' ,to Brahim na to odpowiedział: Brahim (wyciągając rękę na powitanie).
Zadomowiliśmy się, ogarneliśmy i ruszyliśmy w miasto, a raczej w wioskę w celu poznawczo-zakupowym... a po powrocie Brahim przyniósł 4 tajiny... wielki tajiny... tak wielkie, że jeden musieliśmy zostawić na śniadanie (a na początku chcieliśmy ich aż 11 nie wiedząc jak duże będą... i upieralismy się przy tej liczbie, bo byliśmy bardzo głodni, a tajiny, które jedliśmy do tej pory były na małych talezach... na szczęście stanęło tylko na 4). Po kolacji poszliśmy szybko spać .Brahim pozwolił nam zostawić plecaki w jednym pokoju, więc przepakowaliśmy się, by nie wnosić wszystkiego na Toubkal... a rano ruszyliśmy w góry...

11 września 2009

nie targuj się z głodnym

Afryka przywitała nas deszczem... i głodnymi Arabami... ale od początku.
Na początku była kolejka do okienka, w którym siedział pan strażnik graniczny i z uśmiechem nr zero przyjmował wcześniej wypełnione kartki z informacjami kto gdzie i po co do Maroka, po czym wyrzucał je za siebie na podłogę i wbijał pieczątkę do paszportu.
Potem było poszukiwanie transportu na dworzec kolejowy, by dostać się do Marakeszu. I tu nastąpiła pełna konsternacja, bo panowie Arabowie za chwilę mieli kończyć całodniową głodówkę w ramach Ramadanu, a z głodnym Arabem nie da się targować i aż 250 Dirhamów kosztowała nas taksówka na dworzec i nie było mowy o targowaniu się... co przecież jest nierozłącznym elementem każdej transakcji w tym kraju.
Dworzec... i 5 min po odjeździe pociągu, na który nie zdążyliśmy... rozłożyliśmy się na nielicznych ławkach robiąc mini piknik, bo kolejny pociąg do Marakeszu za około 2h. Siedzimy, jemy, widzimy tablicę z informacją o pociągu do Marakeszu, który nam uciekł, kupujemy bilety, dziwimy się deszczowi w Afryce... a na peron obok wjeżdza pociąg... i staję pod tablicą nadal wyświetlającą napis: Marrakech... to co robimy? sprint! Plecaki na plecy i piegiem przejściem podziemnym na drugi peron... wpadamy do pociagu, pytamy czy do Marrakeszu, jedni mówią, że tak, inni, że nie, a w sumie to nie wiemy, bo arabskiego nie znamy i tylko domyślamy się po gestach... aż w kóncu ktoś powiedział, że jednak nie..., ..., wracamy więc na ławki... wniosek: W Maroku pociągi się nie spóźniają, tylko informacaje nie są uaktualniane po zmierzchu, gdy całe Maroko idzie jeść.
W końcu przyjechał nasz pociąg... standardy takie jak w PKP. Tłok. Znajdujemy przedział, gdzie jakaś para po ciemku robiła sobie romantyczną przejażdżkę pociągiem... oops! Wbijamy się wszyscy: z plecakami, a kto się nie mieści to na kolana... i obserwujemy współprzedziałowców... Najpierw niby im nie przeszkadzaliśmy, próbowali nawet pomóc nam z mapą, ale im dłużej jechaliśmy tym arabskiej lubej nasz nalot coraz mniej się podobał... i w końcu zrobiła lubemu taką awanturę, że znalazł dla nich wolne mejsca w innym przedziale... ach, ta arabska gościnność, dzięki temu, cały przedział był dla naszej ósemki:)
Dworzec w Marakeszu... około północy, więc wszyscy Arabowie są już najedzeni i wszystko wraca do normy, czyli od wejścia, a raczej wyjścia z pociągu, atakują nas swoimi najlepszymi ofertami, za równo noclegów, transportu, restauracji i czego byśmy nie chcieli... ostatecznie bierzemy taxi i jedziemy w okolice głównego placu, bo tam jest dzielnica z tanimi hotelami.
Stoimy w grupie na środku drogi jak ofiary, a raczej łatwy i duży potencjalny zarobek, a z każdej strony znowu atakują nas ofertami... a każda jest oczywiście najlepsza... w tym czasie pare osób szuka noclegów (znalezienie noclegu nie jest takie proste, gdy jest 8 osób, a większość chce spać tylko w dwójkach, a każdy pokój trzeba jeszcze sprawdzić ,bo standardy są bardzo różne, ale zawsze bardzo niskie) zajmuje to dłuższa chwilę, a nawet dłuższych chwil pare, ale w końcu mamy gdzie spać (hotel nissan)... jeszcze tylko na plac zjeść tajina czy couscous i dobranoc:)

10 września 2009

każdy gram się liczy

W Gliwicach odebrała mnie Karolina, z którą jadę na podbój Maroka. Rano Karolina poszła do pracy, a ja skorzystałam z okazji i spotkałam się ze znajomymi mieszkającymi na końcu Polski (czyt. Śląsk). Na googlach znalazłam mapę Gliwic i zrobiłam sobie na dłoni prowizoryczną mapę dojścia do Rynku. Mapa okazała się przydatna, bo na jej podstawie pomogłam trafić do celu także jakiemuś panu, który wział mnie za tutejszą. A potem było piwo, pizza i znowu piwo... i ostatnie zakupy, czyli liczenie każdego grama. Plecak był już duży i ciężki, a perspektywa znoszenia go na 3200m. (bo na takiej wysokości jest schronisko pod szczytem) sprawiała, że pakując się co chwila wyjmowałam mniej potrzebne rzeczy. Kosmetyki przelałam do mniejszych i co ważniejsze lżejszych pojemników, inne kupiłam w jednorazowych saszetkach. Niestety namiotu, śpiwora i kijków nie dało sie już bardziej zzipować:/...i tak uzbierałam 15 kilo w głównym bagażu... będzie ciężko:/
Popołudniu pojechaliśmy do Kęt, czyli w stronę Krakowa, bo stamtąd mamy samolot do Kasablanki. W Kętach mieszkają Dana i Michał u których nocujemy i z którymi rano jedziemy do Karkowa. Na lotnisku w Balicach spotykamy się z kolejną czwórką wycieczkowiczów (Ania, Jacek, Ewa i Adrian)... a od paru dni kolejne 3 osoby z naszej wycieczki są już w Maroku... i tu ciekawostka: na 11 osób 5 to budowlańcy, a 1 architekt, czyli wyjazd mocno branżowy.

9 września 2009

Afryka dzika

Kolejny bilet, kolejny cel i kolejny kontynent... tym razem Afryka i trekking po Atlasie wysokim... i oczywiście zwiedzanie, a także kawałek Hiszpanii w drodze powrotnej...
... historia jak do tego doszło jest skomplikowana, ale kończy się tym, że dnia 09.09.09 tuż przed godziną 09.09 wsiadłam do pociągu jadącego na śląsk... i tak zaczyna się moja afrykańska przygoda związana ze wspinaniem się na wysokość 4167m n.p.m. ...wraz z 10 osobami których nie znam... choć jedną raz w życiu widziałam... czyli ahoj przygodo...
...czytajcie, a się dowiecie;)