w koncu zjadlam cos dobrego:)
a nawet 2 dobre rzeczy:)
pierwsza w knajpie z charakterem -jazzowej. Oczywiscie zarcie nie bylo amerykanskie,bo miedzy amerykanskie a smaczne nie ma znaku rownosci i trudno mi sobie wyobrazic,by mogl tam byc. a wiec jadlam tosty,ktore w nazwie mialy cos francuskiego i mimo,ze nie mialy w sobie nic z miesa,to naprawde sie najadlam (szczerze mowiac,to musialam zjesc tego tosta z kaska na pol,bo byl naprawde huge). Jesli nikt nie jest glodny to... byla to pyszna buleczka, zapiekana,na niej pierzynka z bitej smietany czy czegos podobnego,ale bardzo dobrego,a na tym byly owoce: truskawki, awokado, pomarancze itp:) a to wszystko oblane smacznym sosikiem. obok na talerzu byle znowu owoce i kulka ryzowa (nie wiem po co ta kulka ryzu w sosie na ostro,ale to jakas ich specjalnosc,wiec podaja ja do wszystkiego). tak wiec zarcie bylo dobre,bo nie amerykanskie. Nastepnym razem zjadlam dobre jedzonko (dobre,bo polskie:) gdy bylismy na obiedzie u Izki tesciow. Jej Tesciowie sa polakami wiec... musimy do nich czesciej wpadac:)
ewa_smakosz
PS Dzis prawie caly dzien jezdzilysmy po hotelach i restauracjach pytajac sie o prace. co dziwne (dziwne jak na polskie warunki) w kazdym miejscu wital nas jakis usmiechniety front desk lub inny recepcjonista i ze tak, zatrudniamy,tak, na wakacje, tak tu jest aplikacja, tak, macie akcent,to fajnie. Najprawdopodobniej na poczatek wezmiemy prace w hotelu do czasu az rozpatrza nasze podanie w restauracji wloskiej. Bedzie sie tez trzeba nauczyc menu na pamiec:(
PS W hotelach zawsze patrza na nas ze zdziwieniem,za biali chca isc na housekeeper (sprzatanie), a nie na front desk (recepcja). Sprzataja tylko meksykanie,ktorzy ani slowa nie umieja po angielsku,no i sa najczesciej nielegalnie,a my umiemy po angielsku ,no i mamy porzadne wykrztalcenie... wlasnie dlatego namierzamy sie na prace jako kelnerki,bo z napiwkow mozna duzo wyciagnac (szczegolnie z akcentam)... ale troche mamy stresa... bo jak nie zrozumiemy o co chodzi klientowi!?
PS mam nadzieje,ze nie zamotalam za bardzo i sens dalo sie zrozumiec.
PS ostatnie PS, bo ps wyszlo mi dluzsze niz sam list...
30 maja 2004
29 maja 2004
listy z Ameryki
to bardzo dziwny kraj...
Wszystko tu maja na opak. Zamiast litrow,to galony, zamiast celsjusza,to farenheit, zamiast kilometrow,to mile itd.
No a poza tym,tu wszystko jest duze. 10 roznych duzy paczek platkow sniadaniowych, mleko chyba 3- lub 5- litrowe, soki tak samo, duze i szerokie ulice, duze domy z duzymi garazami na duze samochody...
samochody... kazdy ma przyjamniej 2 auta. najczesciej elegancki scigacz i pick up lub inny rodzinny,do ktorego musisz sie wchodzi po drabinie. albo inna kombinacje tych 2 aut (kombinacja z powtorzeniami)
zarcie jest nie do zjedzenia. Najpierw jadlam meksykanskie burito. Jesli wyobrazasz sobie jak wyglada twoj zoladek po zjedzeniu obiadu,to tak wlasnie wygloda burito, tyle,ze jest owiniete w nalesnik. Innym razem jadlam sandlicza z szynka i serem... tego szynka nazwac nie mozna, bo teraz na kilka dni mam obrzydzenie do miesa. Chleb to wata,jablka sa podluzne, jajka biale, maslo biale i nie smakuje jak maslo,a marchewki tyci,tyci... jednym slowem, jak chcesz cos dobrego zjesc,to trzeba sie wybrac do Chicago,bo tam sa polskie sklepy z polskim zarciem...docenilam schobowy.
a co najgorsze,to te upaly.Przez nie jestem teraz chora. Z nosa mi cieknie i gardlo boli,bo... klimatyzacja dziala. moze i na dworze jest 40 stopni, moze i jest wilgotno na podworzu,ale w domu jest zimno!
no i wszyscy witaja sie na misia...
i co chwila slysze o jakis tornadach. na szczescie zadnego jeszcze nie widzialam,a i kaska choc byla tu nie raz,to tornada nie przezyla.a ja przed wyjazdem ogladalam twistera i tam nikt z bohaterow nie zginal,wiec i ja mam nadzieje,ze jestem bohaterem w tym filmie.
podsumowujac...jetem tu dopiero 3 dzien i wcale nie czuje,by spelnial sie moj amerykanski sen... moze jak dostane wyplate...
ewa_wasz korespondent z kansas w stanie kansas
Wszystko tu maja na opak. Zamiast litrow,to galony, zamiast celsjusza,to farenheit, zamiast kilometrow,to mile itd.
No a poza tym,tu wszystko jest duze. 10 roznych duzy paczek platkow sniadaniowych, mleko chyba 3- lub 5- litrowe, soki tak samo, duze i szerokie ulice, duze domy z duzymi garazami na duze samochody...
samochody... kazdy ma przyjamniej 2 auta. najczesciej elegancki scigacz i pick up lub inny rodzinny,do ktorego musisz sie wchodzi po drabinie. albo inna kombinacje tych 2 aut (kombinacja z powtorzeniami)
zarcie jest nie do zjedzenia. Najpierw jadlam meksykanskie burito. Jesli wyobrazasz sobie jak wyglada twoj zoladek po zjedzeniu obiadu,to tak wlasnie wygloda burito, tyle,ze jest owiniete w nalesnik. Innym razem jadlam sandlicza z szynka i serem... tego szynka nazwac nie mozna, bo teraz na kilka dni mam obrzydzenie do miesa. Chleb to wata,jablka sa podluzne, jajka biale, maslo biale i nie smakuje jak maslo,a marchewki tyci,tyci... jednym slowem, jak chcesz cos dobrego zjesc,to trzeba sie wybrac do Chicago,bo tam sa polskie sklepy z polskim zarciem...docenilam schobowy.
a co najgorsze,to te upaly.Przez nie jestem teraz chora. Z nosa mi cieknie i gardlo boli,bo... klimatyzacja dziala. moze i na dworze jest 40 stopni, moze i jest wilgotno na podworzu,ale w domu jest zimno!
no i wszyscy witaja sie na misia...
i co chwila slysze o jakis tornadach. na szczescie zadnego jeszcze nie widzialam,a i kaska choc byla tu nie raz,to tornada nie przezyla.a ja przed wyjazdem ogladalam twistera i tam nikt z bohaterow nie zginal,wiec i ja mam nadzieje,ze jestem bohaterem w tym filmie.
podsumowujac...jetem tu dopiero 3 dzien i wcale nie czuje,by spelnial sie moj amerykanski sen... moze jak dostane wyplate...
ewa_wasz korespondent z kansas w stanie kansas
27 maja 2004
pozdrowienia zza oceanu
no i nareszcie jestem... ale od poczatku.
Zaczelo sie na lotnisku w Warszawie, gdzie obslugiwala nas jakas praktykantka, ktora dala nam zle bilety, zrobilysmy zamieszanie, wydali nam inne bilety,no a pozniej sie okazalo,ze tamte jednak byly dobre...ech.
Do Mediolanu lecialo sie calkiem,calkiem. Tyle,ze ja lecielam pierwszy raz samolotem,wiec wrazenia byly nieziemskie, gdy samolot sie rozpedzal,a potem unosil,ze wszystko mi stanelo w gardle. Lotnisko w Mediolanie przypomina "trzeci swiat" -takie wrazenie miala Kaska. Ja uwazam,ze to troche przesada, ale balagan tam maja nie maly, obsluga niesympatyczna i krzykliwa,a by przejsc przez odprawe,to przeba stac w scisku jak w kolejce na kasprowy, tyle ze z bagazem podrecznym, ktory u niektorych byl wiekszy niz moj bagaz wlasciwy, no i wkolo sa wszyscy! doslownie wszyscy! Dopiero w Mediolanie zdalam sobie sprawe jaki czlowiek jest ograniczony siedzac tylko w Polsce. We wloszech slyszalam chyba wszystkie jezyki swiata,a widzialam i druzyne reprezentacji jakiegos afrykanskiego kraju ,i muzumanow ,i Murzynow, i oczywiecie Chinczykow z aparatami,doslowie caly kolorowy swiat:) Z Mediolanu lecialysmy do Chicago. Przy wchodzeniu na poklad przeszukali mi podreczny (tylko mi) i musialam pokazac jakie zdjecia zrobilam. hmmm.co do samolotu,to byl juz odpowiednio wiekszy i obslyga mowila lepiej po angielsku niz wczeniej (linie byly wloskie Alitalia i z Polski ,i z Milanu). Za to pasazer siedzacy za nami byl nie do zniesienia. Na poczatek zwalil czyjis bagaz jakies kobiecie na glowe, potem gdy stewardesa chciala pomoc ,to powiedzial,ze on juz wlochom nie ufa i bagaz wpakowal nam pod siedzenie,ze nie moglysmy nog schowac pod fotel,a jak ogladalismy film,to on chyba zapomnial,ze ma sluchwaki i smial sie, klaskal i krzyczal,tak by wszyscy uslyszeli (a lot trwal 10 godzin). A Chicago:zaczelo sie biganiem. (juz wiem czemu wszyscy miali walizki,nawet te podreczne na kolkach). Z samolotu bylo trzeba biec i zajac kolejke do imigracyjnego. Oczywiecie zrobili nam zdjecie, zabrali odciski palcow, spytali sie gdzie ,po co i jako kto,a na dodatek porwali mi strone w paszporcie, wyrywajac koperte dla imigracyjnego. Potem odebralysmy bagaz,bo on leciel do Chicago bezposrednio i mialysmy 7 godzin ,by poczekac na lot do Kansas City... najpierw przedostalysmy sie kolejka na stanowy terminal.pomogl nam jakis officer (polak,bo w Chicago Polakow jak psow.jak nie slyszysz angielskiego,to polski),potem poszlysmy wymienic nasz elektroniczny bilet na normalny,a tam sie okazalo,ze juz mozemy nadac bagaz,wiec ja przerzucilam do torby kurtke, bluze,ksiazki i inne ciezkie rzeczy,no i poszlysmy zwiedzac lotnisko. Zajelo nam to 1,5 godziny od momentu wyladowania,wiec postanowilysmy przejsc przez odprawe,by moc pochodzic po sklepach na lotnisku. A odprawa na lotnisku Stanowym... to trzeba przezyc! wszystko oczywiscie bylo przeba przeposcic przez x-ray, potem przejsc przez wykrywacz metali, potem zdjac buty i zegarek itp i siedzac na krzeselku wyciagac na zmiane nogi,by pami z czyms w reku mogla nasze nogi bym czyms obszykac. potem na stojaca obszukiwali, potem zabrali buty i przeswietlili,czy nie mamy czegos w nich ukrytego, potem sie ubrac i pokazac znowu bilet, potem zglosic sie po podreczny i wszystko wyjac i sprawdzic i na tym chyba koniec. Sklepow wcale duzo nie bylo,wiec po chwili znowu sie nudzilysmy,wiec na krzeselkach przysypialysmy,a gdy znowu zaczynaly nas bolec tylki,to chodzilysmy znowu po tych samych sklepach i tak 7 godzin. gdy nastepny samolot mial byc juz nas,to pan przy gate z ktorej mialysmy odlatywac, powiedzial,ze jest zmiana i z innego gate. potem okazala sie,ze jest spoznienie polgodzinne, i znowu zmienili gate, i znowu bylo opoznienie o pol godziny. No ale wkoncu przylecial nas samolot. Okazalo sie,ze jest gdzies burza ,wiec jak jeden ma opoznienie,to przez to ma nastepny itd. weszlysmy na pokladi ja od razu zasnelam,ale Kaska mowila,ze pol godziny czekalismy w samolocie,by moc odleciec. Chicago jest ogromnym lotniskiem,wiec nie tak latwo dopchac sie w kolejkena pas startowy( szczegolnie jak jest burza).Wkoncu wylecialysmy... ech,co za widak: Chicago w nocy z gory. Cale oswietlone... a jak skonczylo sie Chicago,to wlecielismy nad chmury i znowu byl fajny widok: burza ogladana z nad chmur. W Kansas bagaze juz na nas czekaly. W sumie to tylko nasze tam byly,bo nadalysmy kilka godzin przed odlotem. Zaraz przyjechala Izka z Marcinem i zabrali nas do domu i na tym koniec opowiesci:) Wiem ,ze za ciekawa nie byla,ale ja tez sie na tych lotniskach wynudzialam. I jak do wtorku nie latalam nigdy,tak we wtoerk 3 razy. Jest tutaj 40 stopni,ale w domu jest klimatyzacja,a atrakcja sa 2 psy: misiu(husky) i mini pudel (lola). Na razie jest ok,ale od poniedzialku idziemy do pracy. Jeszcze dokladnie nie wiadomo gdzie, albo na sprzatanie pokoji do hoteli ,albo na kelnerki. to drugie byloby fajniejsze,bo jezyk i wiecej, duzo wiecej kasy,ale nie wiem czy sobie poradzimy jezykowo. Ale chca tam nas,bo mamy...akcent,wiec bedziemy atrakcjka,hehe.
wiec tak wygladala podroz ,a reszte i zdjecia bede wysylac z czasem.
Zaczelo sie na lotnisku w Warszawie, gdzie obslugiwala nas jakas praktykantka, ktora dala nam zle bilety, zrobilysmy zamieszanie, wydali nam inne bilety,no a pozniej sie okazalo,ze tamte jednak byly dobre...ech.
Do Mediolanu lecialo sie calkiem,calkiem. Tyle,ze ja lecielam pierwszy raz samolotem,wiec wrazenia byly nieziemskie, gdy samolot sie rozpedzal,a potem unosil,ze wszystko mi stanelo w gardle. Lotnisko w Mediolanie przypomina "trzeci swiat" -takie wrazenie miala Kaska. Ja uwazam,ze to troche przesada, ale balagan tam maja nie maly, obsluga niesympatyczna i krzykliwa,a by przejsc przez odprawe,to przeba stac w scisku jak w kolejce na kasprowy, tyle ze z bagazem podrecznym, ktory u niektorych byl wiekszy niz moj bagaz wlasciwy, no i wkolo sa wszyscy! doslownie wszyscy! Dopiero w Mediolanie zdalam sobie sprawe jaki czlowiek jest ograniczony siedzac tylko w Polsce. We wloszech slyszalam chyba wszystkie jezyki swiata,a widzialam i druzyne reprezentacji jakiegos afrykanskiego kraju ,i muzumanow ,i Murzynow, i oczywiecie Chinczykow z aparatami,doslowie caly kolorowy swiat:) Z Mediolanu lecialysmy do Chicago. Przy wchodzeniu na poklad przeszukali mi podreczny (tylko mi) i musialam pokazac jakie zdjecia zrobilam. hmmm.co do samolotu,to byl juz odpowiednio wiekszy i obslyga mowila lepiej po angielsku niz wczeniej (linie byly wloskie Alitalia i z Polski ,i z Milanu). Za to pasazer siedzacy za nami byl nie do zniesienia. Na poczatek zwalil czyjis bagaz jakies kobiecie na glowe, potem gdy stewardesa chciala pomoc ,to powiedzial,ze on juz wlochom nie ufa i bagaz wpakowal nam pod siedzenie,ze nie moglysmy nog schowac pod fotel,a jak ogladalismy film,to on chyba zapomnial,ze ma sluchwaki i smial sie, klaskal i krzyczal,tak by wszyscy uslyszeli (a lot trwal 10 godzin). A Chicago:zaczelo sie biganiem. (juz wiem czemu wszyscy miali walizki,nawet te podreczne na kolkach). Z samolotu bylo trzeba biec i zajac kolejke do imigracyjnego. Oczywiecie zrobili nam zdjecie, zabrali odciski palcow, spytali sie gdzie ,po co i jako kto,a na dodatek porwali mi strone w paszporcie, wyrywajac koperte dla imigracyjnego. Potem odebralysmy bagaz,bo on leciel do Chicago bezposrednio i mialysmy 7 godzin ,by poczekac na lot do Kansas City... najpierw przedostalysmy sie kolejka na stanowy terminal.pomogl nam jakis officer (polak,bo w Chicago Polakow jak psow.jak nie slyszysz angielskiego,to polski),potem poszlysmy wymienic nasz elektroniczny bilet na normalny,a tam sie okazalo,ze juz mozemy nadac bagaz,wiec ja przerzucilam do torby kurtke, bluze,ksiazki i inne ciezkie rzeczy,no i poszlysmy zwiedzac lotnisko. Zajelo nam to 1,5 godziny od momentu wyladowania,wiec postanowilysmy przejsc przez odprawe,by moc pochodzic po sklepach na lotnisku. A odprawa na lotnisku Stanowym... to trzeba przezyc! wszystko oczywiscie bylo przeba przeposcic przez x-ray, potem przejsc przez wykrywacz metali, potem zdjac buty i zegarek itp i siedzac na krzeselku wyciagac na zmiane nogi,by pami z czyms w reku mogla nasze nogi bym czyms obszykac. potem na stojaca obszukiwali, potem zabrali buty i przeswietlili,czy nie mamy czegos w nich ukrytego, potem sie ubrac i pokazac znowu bilet, potem zglosic sie po podreczny i wszystko wyjac i sprawdzic i na tym chyba koniec. Sklepow wcale duzo nie bylo,wiec po chwili znowu sie nudzilysmy,wiec na krzeselkach przysypialysmy,a gdy znowu zaczynaly nas bolec tylki,to chodzilysmy znowu po tych samych sklepach i tak 7 godzin. gdy nastepny samolot mial byc juz nas,to pan przy gate z ktorej mialysmy odlatywac, powiedzial,ze jest zmiana i z innego gate. potem okazala sie,ze jest spoznienie polgodzinne, i znowu zmienili gate, i znowu bylo opoznienie o pol godziny. No ale wkoncu przylecial nas samolot. Okazalo sie,ze jest gdzies burza ,wiec jak jeden ma opoznienie,to przez to ma nastepny itd. weszlysmy na pokladi ja od razu zasnelam,ale Kaska mowila,ze pol godziny czekalismy w samolocie,by moc odleciec. Chicago jest ogromnym lotniskiem,wiec nie tak latwo dopchac sie w kolejkena pas startowy( szczegolnie jak jest burza).Wkoncu wylecialysmy... ech,co za widak: Chicago w nocy z gory. Cale oswietlone... a jak skonczylo sie Chicago,to wlecielismy nad chmury i znowu byl fajny widok: burza ogladana z nad chmur. W Kansas bagaze juz na nas czekaly. W sumie to tylko nasze tam byly,bo nadalysmy kilka godzin przed odlotem. Zaraz przyjechala Izka z Marcinem i zabrali nas do domu i na tym koniec opowiesci:) Wiem ,ze za ciekawa nie byla,ale ja tez sie na tych lotniskach wynudzialam. I jak do wtorku nie latalam nigdy,tak we wtoerk 3 razy. Jest tutaj 40 stopni,ale w domu jest klimatyzacja,a atrakcja sa 2 psy: misiu(husky) i mini pudel (lola). Na razie jest ok,ale od poniedzialku idziemy do pracy. Jeszcze dokladnie nie wiadomo gdzie, albo na sprzatanie pokoji do hoteli ,albo na kelnerki. to drugie byloby fajniejsze,bo jezyk i wiecej, duzo wiecej kasy,ale nie wiem czy sobie poradzimy jezykowo. Ale chca tam nas,bo mamy...akcent,wiec bedziemy atrakcjka,hehe.
wiec tak wygladala podroz ,a reszte i zdjecia bede wysylac z czasem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)