no i nareszcie jestem... ale od poczatku.
Zaczelo sie na lotnisku w Warszawie, gdzie obslugiwala nas jakas praktykantka, ktora dala nam zle bilety, zrobilysmy zamieszanie, wydali nam inne bilety,no a pozniej sie okazalo,ze tamte jednak byly dobre...ech.
Do Mediolanu lecialo sie calkiem,calkiem. Tyle,ze ja lecielam pierwszy raz samolotem,wiec wrazenia byly nieziemskie, gdy samolot sie rozpedzal,a potem unosil,ze wszystko mi stanelo w gardle. Lotnisko w Mediolanie przypomina "trzeci swiat" -takie wrazenie miala Kaska. Ja uwazam,ze to troche przesada, ale balagan tam maja nie maly, obsluga niesympatyczna i krzykliwa,a by przejsc przez odprawe,to przeba stac w scisku jak w kolejce na kasprowy, tyle ze z bagazem podrecznym, ktory u niektorych byl wiekszy niz moj bagaz wlasciwy, no i wkolo sa wszyscy! doslownie wszyscy! Dopiero w Mediolanie zdalam sobie sprawe jaki czlowiek jest ograniczony siedzac tylko w Polsce. We wloszech slyszalam chyba wszystkie jezyki swiata,a widzialam i druzyne reprezentacji jakiegos afrykanskiego kraju ,i muzumanow ,i Murzynow, i oczywiecie Chinczykow z aparatami,doslowie caly kolorowy swiat:) Z Mediolanu lecialysmy do Chicago. Przy wchodzeniu na poklad przeszukali mi podreczny (tylko mi) i musialam pokazac jakie zdjecia zrobilam. hmmm.co do samolotu,to byl juz odpowiednio wiekszy i obslyga mowila lepiej po angielsku niz wczeniej (linie byly wloskie Alitalia i z Polski ,i z Milanu). Za to pasazer siedzacy za nami byl nie do zniesienia. Na poczatek zwalil czyjis bagaz jakies kobiecie na glowe, potem gdy stewardesa chciala pomoc ,to powiedzial,ze on juz wlochom nie ufa i bagaz wpakowal nam pod siedzenie,ze nie moglysmy nog schowac pod fotel,a jak ogladalismy film,to on chyba zapomnial,ze ma sluchwaki i smial sie, klaskal i krzyczal,tak by wszyscy uslyszeli (a lot trwal 10 godzin). A Chicago:zaczelo sie biganiem. (juz wiem czemu wszyscy miali walizki,nawet te podreczne na kolkach). Z samolotu bylo trzeba biec i zajac kolejke do imigracyjnego. Oczywiecie zrobili nam zdjecie, zabrali odciski palcow, spytali sie gdzie ,po co i jako kto,a na dodatek porwali mi strone w paszporcie, wyrywajac koperte dla imigracyjnego. Potem odebralysmy bagaz,bo on leciel do Chicago bezposrednio i mialysmy 7 godzin ,by poczekac na lot do Kansas City... najpierw przedostalysmy sie kolejka na stanowy terminal.pomogl nam jakis officer (polak,bo w Chicago Polakow jak psow.jak nie slyszysz angielskiego,to polski),potem poszlysmy wymienic nasz elektroniczny bilet na normalny,a tam sie okazalo,ze juz mozemy nadac bagaz,wiec ja przerzucilam do torby kurtke, bluze,ksiazki i inne ciezkie rzeczy,no i poszlysmy zwiedzac lotnisko. Zajelo nam to 1,5 godziny od momentu wyladowania,wiec postanowilysmy przejsc przez odprawe,by moc pochodzic po sklepach na lotnisku. A odprawa na lotnisku Stanowym... to trzeba przezyc! wszystko oczywiscie bylo przeba przeposcic przez x-ray, potem przejsc przez wykrywacz metali, potem zdjac buty i zegarek itp i siedzac na krzeselku wyciagac na zmiane nogi,by pami z czyms w reku mogla nasze nogi bym czyms obszykac. potem na stojaca obszukiwali, potem zabrali buty i przeswietlili,czy nie mamy czegos w nich ukrytego, potem sie ubrac i pokazac znowu bilet, potem zglosic sie po podreczny i wszystko wyjac i sprawdzic i na tym chyba koniec. Sklepow wcale duzo nie bylo,wiec po chwili znowu sie nudzilysmy,wiec na krzeselkach przysypialysmy,a gdy znowu zaczynaly nas bolec tylki,to chodzilysmy znowu po tych samych sklepach i tak 7 godzin. gdy nastepny samolot mial byc juz nas,to pan przy gate z ktorej mialysmy odlatywac, powiedzial,ze jest zmiana i z innego gate. potem okazala sie,ze jest spoznienie polgodzinne, i znowu zmienili gate, i znowu bylo opoznienie o pol godziny. No ale wkoncu przylecial nas samolot. Okazalo sie,ze jest gdzies burza ,wiec jak jeden ma opoznienie,to przez to ma nastepny itd. weszlysmy na pokladi ja od razu zasnelam,ale Kaska mowila,ze pol godziny czekalismy w samolocie,by moc odleciec. Chicago jest ogromnym lotniskiem,wiec nie tak latwo dopchac sie w kolejkena pas startowy( szczegolnie jak jest burza).Wkoncu wylecialysmy... ech,co za widak: Chicago w nocy z gory. Cale oswietlone... a jak skonczylo sie Chicago,to wlecielismy nad chmury i znowu byl fajny widok: burza ogladana z nad chmur. W Kansas bagaze juz na nas czekaly. W sumie to tylko nasze tam byly,bo nadalysmy kilka godzin przed odlotem. Zaraz przyjechala Izka z Marcinem i zabrali nas do domu i na tym koniec opowiesci:) Wiem ,ze za ciekawa nie byla,ale ja tez sie na tych lotniskach wynudzialam. I jak do wtorku nie latalam nigdy,tak we wtoerk 3 razy. Jest tutaj 40 stopni,ale w domu jest klimatyzacja,a atrakcja sa 2 psy: misiu(husky) i mini pudel (lola). Na razie jest ok,ale od poniedzialku idziemy do pracy. Jeszcze dokladnie nie wiadomo gdzie, albo na sprzatanie pokoji do hoteli ,albo na kelnerki. to drugie byloby fajniejsze,bo jezyk i wiecej, duzo wiecej kasy,ale nie wiem czy sobie poradzimy jezykowo. Ale chca tam nas,bo mamy...akcent,wiec bedziemy atrakcjka,hehe.
wiec tak wygladala podroz ,a reszte i zdjecia bede wysylac z czasem.
27 maja 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz