14 listopada 2004
13 listopada 2004
12 listopada 2004
11 listopada 2004
8 września 2004
przygod nigdy dosc
jejq,jejq...przygod nigdy dosc...
Jak Marcina i Izki nie bylo,bo pojechali do Chicago na izki interview,to ja z kaska w ramach rozpusty pojechalysmy do Cheesecake factory (restauracja,w ktorej maja takie dobre ciasta,ze hej:) no wiec siedzimy przy stoliku, przyszedl kelner, wzial zamowienie na napoje, poszedl i wrocil... i przyniosl tylko napoje, a zawsze przynosza tez swiezy chleb i maslo, by czekajac na zarcie cos przekasic (chlebek oczywiscie za darmo), no wiec czekamy kiedy nam przyniesie chleb, bo inni wkolo dostali... ale sie nie doczekalysmy. W koncu przyniosl jedzenie, a deser byl.. ech, pycha:) szkoda tylko,ze juz w polowie mojego cake'a myslalam, ze pekne! ale jakos wcisnelam go do konca (przeciez jedzenie nie moze sie marnowac) i pojechalysmy na zakupy.
Tego dnia bylo jakies swieto,wiec bylo pelno swiatecznych obnizek. Pierwsze co,to w sklepie sie wysikalysmy:) cos tam kupilysmy (bo dzien bez zakupow,to dzien stracony) i poszlysmy do samochodu, by jechac juz do domu... ale nie dalo sie jechac, bo samochod nie chcial odpalic... to juz sie kiedys zdazalo w tym samochodzie, no ale nam pierwszy raz... probowalysmy na wszystkie znane nam sposoby go odpalic, ale nic... wrocilysmy wiec do sklepu i spytalysmy sie czy mozemy zadzwonic, bo nasz samochod nie dziala.
Zadzwonilysmy do marcina ,a on powiedzial,ze trzeba zrobic jumpstart...a do tego potrzebny jest drugi samochod. powiedzielismy,by zadzwonil do Magdy (marcina siostry) i Lesa (jej meza),by przyjechali i nam pomogli, bo my nie chcemy znowu dzwonic ze sklepu (komorka to nie glupia rzecz, tylko szkoda, ze jej w stanach nie mamy). a my, zamiat czekac, bo moglybysmy tak czekac w nieskonczonosc, bo nie wiadomo gdzie teraz magda jest, to poszlismy na piechote do domu (na szczescie,to bylo w miare blisko... szkoda tylko, ze juz ciemno sie robilo, a jak mijal nas jakis motocyklista, to nie odpuscil sobie i musial zatrabic i pomachac!).
Jak juz bylysmy pod samym domem, to zatrzymal sie kolo nas samochod i spytal sie czy nie trzeba nas podwiezc... to byl Les z Magda:) zapakowalysmy sie do nich do samochodu i pojechalismy spowrotem pod sklep, gdzie zostal samochod (cale szczescie,ze nie popsul sie pod Cheesecake'iem, bo to by bylo duzo, duuuuuzo dalej, by wracac na piechote). Samochod odpalil, wiec wrocilysmy do domu w eskorcie magdy i lesa na wszeliki wypadek. Pod domem zostawilysmy wloczony samochod na 30 min, bo takie zalecenie wydal marcin, ale... jak go zgasilismy po 30 min. to znowu nie chcial odpalic... a kaska rano musiala jechac do pracy! na szczescie, izka z marcinem byli w chicago, wiec nastepnego dnia kaska pojechala izki samochodem, ale nastepnego dnia oni juz wracali... i klopot pojawial sie znowu!
A nastepnego dnia... zanim pojechalismy po nich na lotnisko, to zajechalysmy do cheesecake factory na male co-nie-co. Chlopak na host poszedl sprawdzic czy jest jakis wolny stolik i na szczescie byl... wiec siadamy przy stoliku i czekamy na kelnera,a tu... ten sam kelner co wczoraj (ta restauracja jest taka duza,ze to malo prawdopodobne trafic na tego samego kelnera nastepnego dnia), a kelner: czesc,jak sie macie,przyszlyscie po wiecej!?:) wiec znowu zamowilysmy to samo, ale tym razem kelner sie spytal czy kaska chce do tego frytki, a ilosc jej filetow z kurczaka byla duzo mniejsza i nie byly w sosie... i znowu nie bylo chleba!
ech...po cheesecak'u pojechalsmy na lotnisko po grusznisow... jedziemy, jedziemy... "oo,nie spytalam sie jakimi liniami przylatuja, wiec nie wiem jaki terminal" (to kaska powiedziala). Mi sie kojarzylo,ze odstawialismy ich na American Airlines, wiec beda wracac tymi samymi... kaska nie pamietala jakie to linie, wiec zdalysmy sie na moje domysly... ktore okazaly sie wlasciwe:) z lotniska do domu, a tam zaczelismy kombinowac, co tu zrobic z samochodem.
a plan byl taki: rano marcin odpala honde od drugiego dzialajacego samochodu, izka wstaja pol godziny pozniej, budzi kaske (kaska obudzila mnie ,bo nie chcialo jej sie samej jechac) i odwozimy izke do pracy i jedziemy wymienic akumulator. tam, powiedzieli nam, ze trzeba czekac godzine nim naprawia,wiec poszlysmy na pobliska stacje benzynowa po cos do picia. kaska chciala kawe, ja nic,ale te gorace kakao tak blagalo mnie ,by je wypic, ze wzielam kubek i chcialam sobie nalac... ale znowu cos! kakao leje sie wszedzie tylko nie do kubka... wrrr! zaraz przyleciala obsluga i zdziwiona mowi, ze jeszcze nigdy czegos takiego nie bylo,ze oni zaraz to naprawia... no i naprawili, ale fakt jest taki, ze mam kolejna przygode na koncie i ze to tylko kakao nie dzialalo (chyba naprawde musze zagrac w totka)... ech,a w domu okazalo sie, ze fax ktory wyslalam do CIEE, ze pracuje u Marcina nie dotarl, wiec musze wysylac znowu i dodatkowo jeszcze jedno pismo, na ktorym jest moj obecny adres zamieszkania i adres firmy gdzie pracuje (szczegol jest taki,ze to jeden i ten sam adres.a nazwisko marcina pojawialo sie juz przy okazji pierwszej pracy w hotelu, w ktorym w ogole nawet nie pracowalam...) skomplikowane to... ech,to kwestia przyzwyczajenia, ze zawsze pod gorke w tych stanach!
ewa
PS ale jeszcze musze wytlumaczyc sie dlaczego tak sie ostatnio obzeram ciastami. po prostu juz rozumiem znaczenie slowa monodieta! Od codziennego wsuwania platek z mlekiem, ktore czesem urozmaicalam kanapkami, to moj organizm juz nie reaguje na to jedzenie. po prostu przelatuje to przeze mnie w piec minut i zaraz znowu jestem glodna, wiec jak ide np do cheesecake factory i zjem cos innego, cokolwiek, to wystarczy mi malutko i juz jestem pelna do syta.
Jak Marcina i Izki nie bylo,bo pojechali do Chicago na izki interview,to ja z kaska w ramach rozpusty pojechalysmy do Cheesecake factory (restauracja,w ktorej maja takie dobre ciasta,ze hej:) no wiec siedzimy przy stoliku, przyszedl kelner, wzial zamowienie na napoje, poszedl i wrocil... i przyniosl tylko napoje, a zawsze przynosza tez swiezy chleb i maslo, by czekajac na zarcie cos przekasic (chlebek oczywiscie za darmo), no wiec czekamy kiedy nam przyniesie chleb, bo inni wkolo dostali... ale sie nie doczekalysmy. W koncu przyniosl jedzenie, a deser byl.. ech, pycha:) szkoda tylko,ze juz w polowie mojego cake'a myslalam, ze pekne! ale jakos wcisnelam go do konca (przeciez jedzenie nie moze sie marnowac) i pojechalysmy na zakupy.
Tego dnia bylo jakies swieto,wiec bylo pelno swiatecznych obnizek. Pierwsze co,to w sklepie sie wysikalysmy:) cos tam kupilysmy (bo dzien bez zakupow,to dzien stracony) i poszlysmy do samochodu, by jechac juz do domu... ale nie dalo sie jechac, bo samochod nie chcial odpalic... to juz sie kiedys zdazalo w tym samochodzie, no ale nam pierwszy raz... probowalysmy na wszystkie znane nam sposoby go odpalic, ale nic... wrocilysmy wiec do sklepu i spytalysmy sie czy mozemy zadzwonic, bo nasz samochod nie dziala.
Zadzwonilysmy do marcina ,a on powiedzial,ze trzeba zrobic jumpstart...a do tego potrzebny jest drugi samochod. powiedzielismy,by zadzwonil do Magdy (marcina siostry) i Lesa (jej meza),by przyjechali i nam pomogli, bo my nie chcemy znowu dzwonic ze sklepu (komorka to nie glupia rzecz, tylko szkoda, ze jej w stanach nie mamy). a my, zamiat czekac, bo moglybysmy tak czekac w nieskonczonosc, bo nie wiadomo gdzie teraz magda jest, to poszlismy na piechote do domu (na szczescie,to bylo w miare blisko... szkoda tylko, ze juz ciemno sie robilo, a jak mijal nas jakis motocyklista, to nie odpuscil sobie i musial zatrabic i pomachac!).
Jak juz bylysmy pod samym domem, to zatrzymal sie kolo nas samochod i spytal sie czy nie trzeba nas podwiezc... to byl Les z Magda:) zapakowalysmy sie do nich do samochodu i pojechalismy spowrotem pod sklep, gdzie zostal samochod (cale szczescie,ze nie popsul sie pod Cheesecake'iem, bo to by bylo duzo, duuuuuzo dalej, by wracac na piechote). Samochod odpalil, wiec wrocilysmy do domu w eskorcie magdy i lesa na wszeliki wypadek. Pod domem zostawilysmy wloczony samochod na 30 min, bo takie zalecenie wydal marcin, ale... jak go zgasilismy po 30 min. to znowu nie chcial odpalic... a kaska rano musiala jechac do pracy! na szczescie, izka z marcinem byli w chicago, wiec nastepnego dnia kaska pojechala izki samochodem, ale nastepnego dnia oni juz wracali... i klopot pojawial sie znowu!
A nastepnego dnia... zanim pojechalismy po nich na lotnisko, to zajechalysmy do cheesecake factory na male co-nie-co. Chlopak na host poszedl sprawdzic czy jest jakis wolny stolik i na szczescie byl... wiec siadamy przy stoliku i czekamy na kelnera,a tu... ten sam kelner co wczoraj (ta restauracja jest taka duza,ze to malo prawdopodobne trafic na tego samego kelnera nastepnego dnia), a kelner: czesc,jak sie macie,przyszlyscie po wiecej!?:) wiec znowu zamowilysmy to samo, ale tym razem kelner sie spytal czy kaska chce do tego frytki, a ilosc jej filetow z kurczaka byla duzo mniejsza i nie byly w sosie... i znowu nie bylo chleba!
ech...po cheesecak'u pojechalsmy na lotnisko po grusznisow... jedziemy, jedziemy... "oo,nie spytalam sie jakimi liniami przylatuja, wiec nie wiem jaki terminal" (to kaska powiedziala). Mi sie kojarzylo,ze odstawialismy ich na American Airlines, wiec beda wracac tymi samymi... kaska nie pamietala jakie to linie, wiec zdalysmy sie na moje domysly... ktore okazaly sie wlasciwe:) z lotniska do domu, a tam zaczelismy kombinowac, co tu zrobic z samochodem.
a plan byl taki: rano marcin odpala honde od drugiego dzialajacego samochodu, izka wstaja pol godziny pozniej, budzi kaske (kaska obudzila mnie ,bo nie chcialo jej sie samej jechac) i odwozimy izke do pracy i jedziemy wymienic akumulator. tam, powiedzieli nam, ze trzeba czekac godzine nim naprawia,wiec poszlysmy na pobliska stacje benzynowa po cos do picia. kaska chciala kawe, ja nic,ale te gorace kakao tak blagalo mnie ,by je wypic, ze wzielam kubek i chcialam sobie nalac... ale znowu cos! kakao leje sie wszedzie tylko nie do kubka... wrrr! zaraz przyleciala obsluga i zdziwiona mowi, ze jeszcze nigdy czegos takiego nie bylo,ze oni zaraz to naprawia... no i naprawili, ale fakt jest taki, ze mam kolejna przygode na koncie i ze to tylko kakao nie dzialalo (chyba naprawde musze zagrac w totka)... ech,a w domu okazalo sie, ze fax ktory wyslalam do CIEE, ze pracuje u Marcina nie dotarl, wiec musze wysylac znowu i dodatkowo jeszcze jedno pismo, na ktorym jest moj obecny adres zamieszkania i adres firmy gdzie pracuje (szczegol jest taki,ze to jeden i ten sam adres.a nazwisko marcina pojawialo sie juz przy okazji pierwszej pracy w hotelu, w ktorym w ogole nawet nie pracowalam...) skomplikowane to... ech,to kwestia przyzwyczajenia, ze zawsze pod gorke w tych stanach!
ewa
PS ale jeszcze musze wytlumaczyc sie dlaczego tak sie ostatnio obzeram ciastami. po prostu juz rozumiem znaczenie slowa monodieta! Od codziennego wsuwania platek z mlekiem, ktore czesem urozmaicalam kanapkami, to moj organizm juz nie reaguje na to jedzenie. po prostu przelatuje to przeze mnie w piec minut i zaraz znowu jestem glodna, wiec jak ide np do cheesecake factory i zjem cos innego, cokolwiek, to wystarczy mi malutko i juz jestem pelna do syta.
2 września 2004
amerykanska biurokracja
oooo! mam tego dosc powoli! Jak wrocilismy z wycieczki,to czekal na mnie @,ze moja prosba o zmiane pracodawce zosatala rozpatrzona odmownie i ze mam przestac natychmiast pracowac i wrocic do oryginalnego pracodawcy lub w ciagu dwoch tygodni znalezc nowa prace ,a nowy pracodawca ma zadzwonic do CIEE i rozmawiac zjednym z facetow, ktorych nazwiska byly w liscie... albo te Kansas jest przeklete dla mnie albo cala Ameryka!
no to rozejrzalam sie za praca i zlozylam aplikacje do UPS jako zaladowywacz/rozladowywacz platne 8.50 za godzine:) kaska tez sie zglosila,bo juz ma dosc pracy w tej restauracji... no i wczoraj bylysmy na pierwszym spotkaniu w UPS. Obeszlismy firme, pokazali nam na czym by nasza praca polegala (to nawet ciekawie wygladalo i o dziwo bylo duzo dziewczyn... a paczki, ktore sie przenosi moga wazyc nawet do 70 funtow)... troche tam glosno bylo, ale porownujac z praca w restauracji, to nie bylo tak zle,bo w restauracji ciagle gra glosno muzyka i ciagle cos musisz gadac,wiec czesto glowa bolala... ale,ale... powiedzieli nam,ze trening trwa 6 tygodni... wiec od razu zrezygnowalysmy, bo my pracowalybysmy tam 4 tygodznie (ja,to nawet niecale 2)... wiec jak kobieta dowiedziala sie do kiedy mamy wazna wize,to powiedziala, ze nie ma sensu bysmy sie ubiegaly tu o prace.. no to ta praca odpada...
a trawniki... jeden juz skosilam i dostalam 30 dolcow...ale sie nameczylam! ogrod byl wiekszy niz sie spodziewalam, a co gorsza mial duzo miejsc,ktore trzeba pozniej trimerem objechac (np trawa przy drzewie, przy polcie... tam gdzie kosiarka nie dosiega). a ze przyszlam tam dopiero na 7 wieczor,bo tak sie umowilam... to zanim skonczylam ogrod z frontu kosic i trimerem robic, to juz ciemno sie robilo... no wiec szybko poszlam na tyl domu,wlaczylam drugi bieg, by szybciej mi szlo i wyszczezylam oczy... za chwile,to juz bylo zupelnie ciemno,a oni mieli tylko slabe swiatlo z tylu domu... na czuja skosilam caly ogrod i poszlam po trimer... a tu kobieta wyszla z domu i powiedzila, ze moze jutro przyjde dokonczyc, bo teraz juz nic nie widac... powiedzilam,ze to chyba dobry pomysl, bo po co mam konczyc teraz, jesli bede musiala pozniej przychodzic i poprawiac... no wiec zadzwonilam po izka i macina i wrocilam do domu... a ze umowilam sie z kobieta, ze przyjde o 8 rano (bo ona do pracy wychodzi,a ja wole skonczyc rano i miec juz ja z glowy), to od razu poszlam spac....
a rano...oj,ale mi sie wstawac nie chcialo...a jak mnie rece bolaly od trzymania tego trimera (a dwa razy ,to mnie nawet prad kopnal, jak niechcacy lokciem dotknelam silnika, gdy trimer pracowal) ...no ale z samego rano, wzielam trimer pod reke i poszlam ulice dalej:) troche glupio mi bylo halasowac juz od 8 rano, ale w sumie juz ludzie szli do pracy, a dzieciaki do szkoly, wiec zle nie bylo! dokonczenie tego zajelo mi 15 min, wiec podsumowujac: moglam przyjsc wczesniejszego dnia 15 min wczesniej i skonczyc od razu... no ale zaplacila mi ,a ja zadowolona poszlam do domu spac:)
Tak wiec,za dwie godziny pracy mam 30 dolcow,a kaska ostatnio na lunch zarobila 10 dolcow,a byla w pracy 5 godzin! a co do kaski pracy... oj,dzieja sie tam zle rzeczy! jedna nasza kolezanka sama zrezygnowala! inne szukaja innych prac, bo ta nie daje im tyle zarobkow ile by chcialy i ile by im starczylo na narmalne zycie... wywalili jednego menagera i kelnerke ,i w ogole atmosfera robi sie tam juz nieciekawa... i dlatego kaska poszla ze mna do UPS z nadzieja, ze bedzie moga rzucic prace w restauracji... ale nie wyszlo...
a co do mnie,to zadzwonilam dzisiaj do CIEE ,by powiedziec,ze szukalam pracy,nie znalazlam i teraz programowo mam 25 dni ,by podrozowac...a on mi na to,ze nie! i wyjasnil mi, ze dlatego nie pozwolili mi dalej pracowac dla nowego pracodawcy, bo zadzwonili do hotelu i okazalo sie,ze ja tam nie pracuje! no pewni, ze nie pracuje, bo 2 miesiace temu zmienilam prace i napisalam do nich o tym @. ech... ale on na to, ze to trzeba specjalne pismo wyslac i to niewazne, ze ja mam taka opcje, ze moge zmieniac prace kiedy chce... nie wyslalam tego papierka, tylko list i to sie nie liczy i mam czas do 4 wrzesnia, by znalezc nowa prace, bo inaczej, wylatuje z programy, ze stanow i mam zakaz wjazdu do stanow na 10 lat! ojej, ale sie z nim dogadac trudno! no to mowie,ze ja teraz nie bede pracowac ,bo mam 25 dni na podrozowanie... a on mi, ze mam, ale od 28 wrzesnia! i niewazne, ze mnie juz w stanach nie bedzie 23... musze pracowac do 28! no i jak to zrozumiec!? wiec jak tylko wroci marcin z pracy, to wypelni mi to pismo i wysle, ze pracuje w jego firmie przy robieniu filmow z wesel! ale co najdziwniejsze, to kaska wyslala dokladnie taki sam list do CIEE co ja i jej odpisali,ze sie zgadzaja na jej nowa prace, a mi, ze sie nie zgadzaja, bo nie doszedl jakis papierek. ale,chyba musze zagrac w lotka,bo oni losowa sprawdzaja iles osob,a wszystkich studentow jest tysiace i wsrod tej setki czy nie wiem ilu akurat mnie wybrali! tak wiec kaska tez musi jak najszybciej wyslac swoj papierek, bo i ja ze stanow beda chcieli wywalic!
...niezly balagan maja w tych papierach, bo np mowil mi, ze tyle razy zmianialam prace i tyle razy zmienialam miejsce zamieszkania, ze juz podrozowalam wystarczajaco duzo! hmm...a ja ciagle mieszkam w tym samym miejscu! a ze bylam na wycieczce,to nie wiedza! wrrrrrrrrr, dosc mam tego... no i kto to narzeka na polska biurokracje!? amerykanski bezsens jest jeszcze wiekszy :mam pracowac do 28,wiec moge podrozowac po stanach dopiero po 28! a wyleciec ze stanow mam 22...hmm!?
ewa
no to rozejrzalam sie za praca i zlozylam aplikacje do UPS jako zaladowywacz/rozladowywacz platne 8.50 za godzine:) kaska tez sie zglosila,bo juz ma dosc pracy w tej restauracji... no i wczoraj bylysmy na pierwszym spotkaniu w UPS. Obeszlismy firme, pokazali nam na czym by nasza praca polegala (to nawet ciekawie wygladalo i o dziwo bylo duzo dziewczyn... a paczki, ktore sie przenosi moga wazyc nawet do 70 funtow)... troche tam glosno bylo, ale porownujac z praca w restauracji, to nie bylo tak zle,bo w restauracji ciagle gra glosno muzyka i ciagle cos musisz gadac,wiec czesto glowa bolala... ale,ale... powiedzieli nam,ze trening trwa 6 tygodni... wiec od razu zrezygnowalysmy, bo my pracowalybysmy tam 4 tygodznie (ja,to nawet niecale 2)... wiec jak kobieta dowiedziala sie do kiedy mamy wazna wize,to powiedziala, ze nie ma sensu bysmy sie ubiegaly tu o prace.. no to ta praca odpada...
a trawniki... jeden juz skosilam i dostalam 30 dolcow...ale sie nameczylam! ogrod byl wiekszy niz sie spodziewalam, a co gorsza mial duzo miejsc,ktore trzeba pozniej trimerem objechac (np trawa przy drzewie, przy polcie... tam gdzie kosiarka nie dosiega). a ze przyszlam tam dopiero na 7 wieczor,bo tak sie umowilam... to zanim skonczylam ogrod z frontu kosic i trimerem robic, to juz ciemno sie robilo... no wiec szybko poszlam na tyl domu,wlaczylam drugi bieg, by szybciej mi szlo i wyszczezylam oczy... za chwile,to juz bylo zupelnie ciemno,a oni mieli tylko slabe swiatlo z tylu domu... na czuja skosilam caly ogrod i poszlam po trimer... a tu kobieta wyszla z domu i powiedzila, ze moze jutro przyjde dokonczyc, bo teraz juz nic nie widac... powiedzilam,ze to chyba dobry pomysl, bo po co mam konczyc teraz, jesli bede musiala pozniej przychodzic i poprawiac... no wiec zadzwonilam po izka i macina i wrocilam do domu... a ze umowilam sie z kobieta, ze przyjde o 8 rano (bo ona do pracy wychodzi,a ja wole skonczyc rano i miec juz ja z glowy), to od razu poszlam spac....
a rano...oj,ale mi sie wstawac nie chcialo...a jak mnie rece bolaly od trzymania tego trimera (a dwa razy ,to mnie nawet prad kopnal, jak niechcacy lokciem dotknelam silnika, gdy trimer pracowal) ...no ale z samego rano, wzielam trimer pod reke i poszlam ulice dalej:) troche glupio mi bylo halasowac juz od 8 rano, ale w sumie juz ludzie szli do pracy, a dzieciaki do szkoly, wiec zle nie bylo! dokonczenie tego zajelo mi 15 min, wiec podsumowujac: moglam przyjsc wczesniejszego dnia 15 min wczesniej i skonczyc od razu... no ale zaplacila mi ,a ja zadowolona poszlam do domu spac:)
Tak wiec,za dwie godziny pracy mam 30 dolcow,a kaska ostatnio na lunch zarobila 10 dolcow,a byla w pracy 5 godzin! a co do kaski pracy... oj,dzieja sie tam zle rzeczy! jedna nasza kolezanka sama zrezygnowala! inne szukaja innych prac, bo ta nie daje im tyle zarobkow ile by chcialy i ile by im starczylo na narmalne zycie... wywalili jednego menagera i kelnerke ,i w ogole atmosfera robi sie tam juz nieciekawa... i dlatego kaska poszla ze mna do UPS z nadzieja, ze bedzie moga rzucic prace w restauracji... ale nie wyszlo...
a co do mnie,to zadzwonilam dzisiaj do CIEE ,by powiedziec,ze szukalam pracy,nie znalazlam i teraz programowo mam 25 dni ,by podrozowac...a on mi na to,ze nie! i wyjasnil mi, ze dlatego nie pozwolili mi dalej pracowac dla nowego pracodawcy, bo zadzwonili do hotelu i okazalo sie,ze ja tam nie pracuje! no pewni, ze nie pracuje, bo 2 miesiace temu zmienilam prace i napisalam do nich o tym @. ech... ale on na to, ze to trzeba specjalne pismo wyslac i to niewazne, ze ja mam taka opcje, ze moge zmieniac prace kiedy chce... nie wyslalam tego papierka, tylko list i to sie nie liczy i mam czas do 4 wrzesnia, by znalezc nowa prace, bo inaczej, wylatuje z programy, ze stanow i mam zakaz wjazdu do stanow na 10 lat! ojej, ale sie z nim dogadac trudno! no to mowie,ze ja teraz nie bede pracowac ,bo mam 25 dni na podrozowanie... a on mi, ze mam, ale od 28 wrzesnia! i niewazne, ze mnie juz w stanach nie bedzie 23... musze pracowac do 28! no i jak to zrozumiec!? wiec jak tylko wroci marcin z pracy, to wypelni mi to pismo i wysle, ze pracuje w jego firmie przy robieniu filmow z wesel! ale co najdziwniejsze, to kaska wyslala dokladnie taki sam list do CIEE co ja i jej odpisali,ze sie zgadzaja na jej nowa prace, a mi, ze sie nie zgadzaja, bo nie doszedl jakis papierek. ale,chyba musze zagrac w lotka,bo oni losowa sprawdzaja iles osob,a wszystkich studentow jest tysiace i wsrod tej setki czy nie wiem ilu akurat mnie wybrali! tak wiec kaska tez musi jak najszybciej wyslac swoj papierek, bo i ja ze stanow beda chcieli wywalic!
...niezly balagan maja w tych papierach, bo np mowil mi, ze tyle razy zmianialam prace i tyle razy zmienialam miejsce zamieszkania, ze juz podrozowalam wystarczajaco duzo! hmm...a ja ciagle mieszkam w tym samym miejscu! a ze bylam na wycieczce,to nie wiedza! wrrrrrrrrr, dosc mam tego... no i kto to narzeka na polska biurokracje!? amerykanski bezsens jest jeszcze wiekszy :mam pracowac do 28,wiec moge podrozowac po stanach dopiero po 28! a wyleciec ze stanow mam 22...hmm!?
ewa
31 sierpnia 2004
wycieczka - Las Vegas
W niedziele, z samego rana ,planowalismy wczesnie wstac,szybko zjesc i wyjechac do Las Vegas... takie byly plany i na planach,to sie glownie skonczylo! Rzeczywistos byla taka,ze zanim wstalismy, zanim zjedlismy, zanim sie spakowalismy...to juz pol dnia minelo! ale w koncu siedzielismy w samochodzie i ruszylismy w droge...a po drodze mielismy zajechac na ulice Santi Alli (nie pamietam jak sie pisze,ale tak sie czyta),bo izka bardzo chciala sobie nakupowac torebek... no wiec chodzimy po tej Santi Alli, a tam...gorzej niz na Stadionie Dziesieciolecia!!! Bylo tak ciasno, ze sie bylo trzeba przedzierac miedzy ludzmi, by zrobic choc krok do przodu. A Najdziwniejsze bylo to, ze wszyscy ci sprzedawcy krzyczeli po hiszpansku!? Ale kupic tam mozna bylo wszystko: kaska kupila okulary gucci, marcin kupil 5 filmow po 4 dolce na dvd (a w domu sie okazalo,ze to nie byly skopiowane filmy,tylko po prost nagrane w kinie,wiec dziwiek byl kiepski i czasem ktos wstawal w rzedzie przed),a izka...izka byla w niebie... nakupowala tych torebek mnostwo i usmiech jej z twarzy nie schodzil...a potem znowu do samochodu i znowu w droge...
oj, z cztery godziny sie jechalo...az bylo trzeba zrobic przerwe na szybkie siku. Zajechalismy na jakas stacje gorszej jakosci (bo lepsze przegapilismy),a tam... kibel zapchany, papieru nie ma,a paliwo tankuje limuzyna... hmm... wychodze ze stacji,a tam marcin gada z facetem, ktorego mijalam w drodze do kibelka...skonczyl gada, wraca i mowi:pytam sie jego:ty jestes Jimi Navarro?! a on na to nie!,to sie zdziwiliem,bo to na pewno on... Patrzymy, limuzyna odjezdza, a Marcin... o,kurde! no pewnie, ze nie Jimi, a Dave Navarro, ale on musi mnie niec za idiote,ze jestem fanem,a nawet jego imienia nie znam!!! hmm...i w ten sposob spotkalismy nastepna gwiazde:) ...jedziemy dalej ,a wkolo tylko pustynie i pustynia... wyjechalismy juz z Californi i jestesmy w Nevadzie,a tu dalej pustynie i pustynia...o i gory!a nagle... jak fatamorgana ...pojawia sie Las Vegas na srodku pustyni! hmm, dziwnie to wyglada...piasek ,gory,piasek i nagle setki ...ba,tysiace swiatelek, wysokie hotele, wieza Eiffla, stautua wolnosci, piramida, a przed nia sfinks...ech,dziwne to Las Vegas:)
Pierwsze co,to znalezlismy nasz hotel:Alladin (wysoki,tak jak inne:) Wszystko fajnie, elegancja, francja... ale moj,adama i kaski pokoj byl daleko, daleko od marcina i izki pokoju (bo oni wzieli lepszy,a co za tym idzie drozszy)... no ale przynajmniej mielismy na tym samym pietrze.ale okazalo sie,ze w pokoju grusznisow nic nie dziala... ale powiedzieli, ze sie przemecza, ale za to nam chcieli zmienic pokoj... wiec dali nam klucz i poszlismy zobaczyc ten pokoj... troche byl fajniejszy, ale kilka pieter nizej,wiec daleko by bylo biegac do izki i marcina, wiec zostalismy przy starym pokoju... a gdy my ganialismy za pokojami,to przyszedl marcina kolega ze studiow z dziewczyna, ktory tutaj mieszka i do ktorego w odwiedziny przyjechala dziewczyna z paragwaju (on tez jest z paragwaju)... wiec jak juz sie wszyscy do kupy zebralismy,to wybralismy sie na bufet, by cos zjesc,a potem do jakiegos klubu...
najpierw poszlismy do "studio 54" (byl taki film"klub 54",to wlasnie o tym klubie... ale ten klub na filmie byl w nowym yorku,ale mu poszlismy do hotelu new york,new york ,bo tam jest to samo co w oryginalnym NY.no wiec zagladamy przez drzwi...a tam pusto...chyba dlatego, ze niedziela, bo chyba nie daltego,ze nam nic mi w tej ameryce nie wychodzi!? szukamy dalej... nastepny klub:10$ wejscie i muzyka nieciekawa... nastepny:20$ i facet gra na pianinie, a kaska chce potanczyc, wiec znowu odpada...no to Pablo (kolega z paragwaju) powiedzial, ze jest fajny klub na miesie "the beach" i tam na pewno bedzie fajnie...wiec idziemy ulica i probujemy zlapac taksowke na siedem osob... zatrzymala sie jedne, ale az 7, to nie wezmie... idziemy dalej... jakis facet na ulicy mowi, ze ma wejsciowki do klubu w hotelu obok... no to wzielismy od niego siedem wejsciowek i poszlismy... oj,mnie to juz buty obcieraly od tego chodzenia... doszlismy... a tam grupka osob napiera na wejscie ...hmm?! okazalo sie, ze nasze wejsciowki, to nie wejscowki, a tylko ulotki,wiec dolaczylismy do grupki i tez napieramy... nie wpuszczaja... bokiem wejsciem dla vipow wchodza...vipy, a my dalej napieramy. w koncu zaczeli wpuszczac, ale tylko lokalnych, czyli jak nie masz znajomosci albo kogos w srodku, to nie wejdziesz, ale dalej napieramy... jakis wysoki murzyn wchodzi, a za nim jeszcze wyzszy murzyn... w koncu rezygnujemy z napierania i idziemy obmyslic nowy plan...(a pozniej sie okazalo,ze ten nizszy muryn,to byl Michael Jordan)...
obmyslamy plan, ale ciezko nam to idzie, wiec izka postanowila, ze ona musi sie dostac do tego klubu i poszla napierac... obmyslamy plan dalej... kaska tez poszla napierac z izka... obmyslamy... Pablo powiedzial,ze oni juz musza isc,bo on jutro do pracy idzie... wiec Pablo z Letisja(ciekawe jak sie pusze jej imie!?) poszli,a ja z adamem i marcinem poszlam sprawdzic jak idzie napieranie... o,kaska z izka sa juz przy wejscu i juz maja wchodzic, bo sie zgadaly z jakimis facetami, ze sa razem i wejda... ale to nie mialo wiekszego sensu,bo nie wpusciliby reszty naszej wycieczki... wiec wycofaly sie z kolejki i postanowilismy pojechac do tego klubu "the beach".
A tam...dziewczyny wejscie za darmo (za okazaniem dowodu tozsamosci, bo jak sie nie ma 21 lat, to nie wpuszczaja do klubow), a faceci...ee, nawet nie wiem ile, ale placic musieli... a w srodku... na ziemi byl syf! pelno papieru toaletowego i innych dziwactw, ktore wczesniej spadly z syfitu i teraz ciagle bylo trzeba patrzec pod nogi,by sie nie zabic... a ludzi... nie da sie ukryc, ze tlumow nie bylo! a na stole dj'a co chwila byl konkurs: kto szybciej wybije piwo... ale nie z butelki... byl lejek,a do niego przyczepiona rurka... i kto szybciej z tej rurki wypije... ten przechodzi do nastepnego etapu... i co chwila jedna dziewczyna startowala i co chwila wygrywala... no i ledwo na nogach sie trzymala... na parkiecie ludzie wybrawiali rozne akrobacje, a kelnerzy chodzili w kapielowkach, by zrobic klimat plazy... a pod sciana staly kelnerki w strojach kapielowych i sprzedawalu piwo... hmm... dziwny lokal. Znowu bylo kilka przygod,bo znowu jakis koles chcial tanczyc z izka i wcale mu nie przeszkadzalo, ze ona wlasnie tanczyla z mezem... a jak sie z izka nie dalo,to sie do marcina dobieral... ech, bezwstydni ci ludzie... na szczescie za chwile zamykali lokal, wiec zebralismy sie i poszlismy ostatni raz sprobowac dostac sie do tego klubu, gdzie byl Michael Jordan...
za 5 min. mieli juz go zamykac,wiec izka liczyla na to, ze pozwola jej chociaz wejsc i zobaczyc jak tam jest w srodku...ale nie! no wiec wrocilismy grzecznie do hotelu i do lozeczek... oprocz adama i kaski, bo oni poszli na spacer po Las Vegas... ja sie nie dalam namowic, bo juz mialam bable na stopach i spac mi sie strasznie chcialo, a izka z marcinem,to od razu po powrocie zasneli...
ja spie... wrocila kaska z adamem... tez poszli spac... spimy... piata rano, a tu kaska mnie budzi, ze przed chwila ktos wszedl do pokoju i ze teraz sie swiatlo pali, a ona na pewno zgasila i gdzie jest jej torebka... no to mialysmy nocna akcje szukania kaski torebki... na szczescie sie znalazla, wiec zgasilismy swiatlo i poszlysmy spac dalej... spimy...ktos dobija sie do drzwi... ja wstalam, poszlam od drzwi, a tam housekeeping... w srodku nocy!? i ona mowi,ze ten pokoj mial byc pusty! no tak, mial, jakbysmy sie przeniesli, ale sie nie prznieslismy do nowego pokoju, wiec tu mieszkamy, wiec spimy! no,to przeprosila ,a ja poszlam dalej spac! nie na dlugo, bo zaraz bylo rano i trzeba bylo korzystac z wycieczki...
ale znowu...zanim sie zebralismy ,to minelo juz pol dnia... w miedzy czasie izka z marcinem zmienili juz pokoj i sie przeniesli do pokoju na przeciwko nas, bo w ich pokoju coraz wiecej rzeczy nie dzialalo. (a marcin jak jechal na front desk, powiedziec, ze chce zmienic pokoj, to spotkal ludzi z pokoju, ktorzy tez narzekali na ten pokoj i jeden facet powiedzial, ze u niego w pokoju kibel nie dzialal ,wiec tak sie wkurzyl, ze zrobil kupe na srodku pokoju! fuu! no, ale wrocimy do wycieczki...
na sniadanie pojechalismy do jakiegos taniego bufetu, ktorego ogloszenie znalezlismy w tutejszej gazecie. A bufet ten znajdowal sie w Sam's town... to takie miasto w miescie,a dokladniej: miasto w budynku, bo z zewnatrz, to normalny duzy budynek, ale jak sie wejdzie do srodka... ho,ho,ho... miasto: na srodku zamiast patio ,to jest park, wodospad, sklepiki, a wkolo bloki i ratusz... fajny pomysl ktos mial:) tak,wiec poszlismy zjesc,a po jedzeniu faceci poszli grac do kasyna,a my... przejsc sie po miasteczku... akurat zaczal sie koncert fontan... ech... woda sie lala:) ciekawe to bylo, ale ladniejsze widzielismy w nocy z pokoju hotelowego, bo przed hotelem na przeciwko tez byl koncern fontan ,a ze bylo ciemno,to fantanny byly podswietlone, co dawalo jeszcze lepszy efekt... ale w sam's town tez bylo fajnie:)
Po fontannach poszlismy do wenecji... co ciekawe, to ta wenecja tez byla pod dachem...plywaly sobie gondole, gondoljerzy spiewali, wkolo sklepiki i domy, na suficie namalowane niebo i nawet byl plac swietego marka! chcielismy poplywac gondola, ale byla dluga kolejka ,a zapisy byly na kilka godzin do przodu:( wiec faceci znowu poszli grac (hazardzisci),a my poszlysmy do Madame Tussauds wax museum. ech... kogo tam nie bylo... w sumie to duzo osob tam nie bylo,a raczej nie znalam, bo bylo duzo gwiazd amerykanskich, np baseballistow, prezenterow telewizyjnych... ale znalazlam tez cos dla siebie:) a nawet wzielysmy udzial w Idolu... mozna bylo tez spiewac,ale mi wystarczylo zdjecie:)
Po wenecji wrocilismy do hotelu i my poszlysmy na basen,a faceci poszli kupic bilety na jakis show, bo w poniedzialki sa o pol ceny tansze, a jakis show bedac w Las Vegas obejrzec trzeba... ech, basen... Slonce prazy... wkolo, jak w caloforni, pelno azjatow, a my mamy widok: z lewej na Nowy York, a z prawej na Paryz:) ech...jaki ten swiat maly:) szkoda tylko,ze za chwile zamykali juz basen:( ale i tak zaraz wrocil adam z marcinem i przyniesli bilety na show: Splash (cokolwiek to znaczy).
a show ten... hmm... zaczal sie dziwnie...kobiety w wielkich piorach na glowach, w szpilkach i zlotych strojach machaly nogami... o,zapomnialam dodac, ze nie mialy koszulek... tak,tak, z golymi cyckami na wierzchu (to dlatego na bilecie bylo napisane: od lat 18!) izke to zamurowalo,a ja nie moglam powstrzymac sie od smiechu... szkoda,ze kaska akurat poszla po picie, bo pewnie tez miala by skrajna reakcje... tylko marcin z adamem gapili sie jak w obrazek... no ale to byl tylko poczatek. potem tanczyc Jackson, byli bebniarze, lisa minelli spiewala o kabarecie, lyzwiaze z rosji, cyrkowcy z meksyku, a na koniec faceci na motorach... ech,to bylo najlepsze: byla mala kula metalowa, do ktorej wjechalo trzecha na motorach i jezdzili w niej w kolko i do gory nogami i zgaslo swiatlo i im szprychy sie swiecily i bylo fajnie... i potem przyjechal jeszcze jeden na motorze i wjechal do kuli i sie nie pozabijali ,i potem jeszcze jeden wjechal i w piatke jezdzili sobie po glowach... ech, to bylo najfajniejsze:) no to tyle o show,bo wiecej nie napisze, bo to trzeba samemu zobaczyc:)
Po show pojechalismy do Pabla na barbecue...pozno juz bylo,a my oczywiscie mielismy problemy by tam trafic,ale w koncu sie udalo...wow! ladna dzielnica, duzy dom z widokiem na miasto w dole, z basenem i kaktusem przed domem... zyc nie umierac... ale oczywiscie, to nie byl dom Pabla, a jego wujka, ktory akurat teraz mieszka w innym swoim domu i Pablo mieszka u niego... ladnie tam bylo... tosmy sie najedli, nagadali i zaraz do hotelu wracali,bo pozno juz bylo... ech,i tak minal ostatni dzien wycieczki.
Nastenego dnia, to tylko poszlismy zjesc...po drodze mijalismy luk triumfalny:) i zaraz na samolot... a ze w samolocie nie mielismy ustalonych miejsc, tylko kto pierwszy ten lepszy...a my bylismy ostatni,to nie siedzielismy razem... ja siedzialam kolo jakies babci, ktora pyta sie: skad jestes? no to ja, ze z Poland... a ona: o,bylam tam macie piekne... nie zrozumialam tego fragmentu, ale grzecznie przytaknelam:) ale cos mnie tknelo,ze chyba mnie zle zrozumiala i mowie: ale ja jestem z Poland, a nie z Holland (amerykanie czesto slysza Holand, gdy sie mowi o Polsce) ...i dodalam... ale w Polsce tez jest ladnie... a ona tylko: aha... no i co!? no i koniec wycieczki... w Kansas czekala na nas ta tutejsza nieznosna wilgotnosc w powietrzu i zycie zaczelo sie toczyc po staremu...
ewa_obiezyameryka
PS jeszcze o LA...Trzeba dodac,ze w LA sa ciagle korki.Gdziekolwiek chcesz jechac ,o jakiejkolwiek porze, to zawsze sa korki. Raz to stalismy tyle w korku,ze juz bylismy bliscy porzucenia samochodu i pojscia piechota. Byl wtedy jakis koncert gdzies w Los Angeles, wiec cale miasto bylo zakorkowane (zreszta zawsze jest ,ale tym razem to wyjatkowo)... przez pol godziny nie ruszylismy sie w ogole! a jak sie
ruszylismy to o metr..wrrr! ta strona LA jest straszna!
oj, z cztery godziny sie jechalo...az bylo trzeba zrobic przerwe na szybkie siku. Zajechalismy na jakas stacje gorszej jakosci (bo lepsze przegapilismy),a tam... kibel zapchany, papieru nie ma,a paliwo tankuje limuzyna... hmm... wychodze ze stacji,a tam marcin gada z facetem, ktorego mijalam w drodze do kibelka...skonczyl gada, wraca i mowi:pytam sie jego:ty jestes Jimi Navarro?! a on na to nie!,to sie zdziwiliem,bo to na pewno on... Patrzymy, limuzyna odjezdza, a Marcin... o,kurde! no pewnie, ze nie Jimi, a Dave Navarro, ale on musi mnie niec za idiote,ze jestem fanem,a nawet jego imienia nie znam!!! hmm...i w ten sposob spotkalismy nastepna gwiazde:) ...jedziemy dalej ,a wkolo tylko pustynie i pustynia... wyjechalismy juz z Californi i jestesmy w Nevadzie,a tu dalej pustynie i pustynia...o i gory!a nagle... jak fatamorgana ...pojawia sie Las Vegas na srodku pustyni! hmm, dziwnie to wyglada...piasek ,gory,piasek i nagle setki ...ba,tysiace swiatelek, wysokie hotele, wieza Eiffla, stautua wolnosci, piramida, a przed nia sfinks...ech,dziwne to Las Vegas:)
Pierwsze co,to znalezlismy nasz hotel:Alladin (wysoki,tak jak inne:) Wszystko fajnie, elegancja, francja... ale moj,adama i kaski pokoj byl daleko, daleko od marcina i izki pokoju (bo oni wzieli lepszy,a co za tym idzie drozszy)... no ale przynajmniej mielismy na tym samym pietrze.ale okazalo sie,ze w pokoju grusznisow nic nie dziala... ale powiedzieli, ze sie przemecza, ale za to nam chcieli zmienic pokoj... wiec dali nam klucz i poszlismy zobaczyc ten pokoj... troche byl fajniejszy, ale kilka pieter nizej,wiec daleko by bylo biegac do izki i marcina, wiec zostalismy przy starym pokoju... a gdy my ganialismy za pokojami,to przyszedl marcina kolega ze studiow z dziewczyna, ktory tutaj mieszka i do ktorego w odwiedziny przyjechala dziewczyna z paragwaju (on tez jest z paragwaju)... wiec jak juz sie wszyscy do kupy zebralismy,to wybralismy sie na bufet, by cos zjesc,a potem do jakiegos klubu...
najpierw poszlismy do "studio 54" (byl taki film"klub 54",to wlasnie o tym klubie... ale ten klub na filmie byl w nowym yorku,ale mu poszlismy do hotelu new york,new york ,bo tam jest to samo co w oryginalnym NY.no wiec zagladamy przez drzwi...a tam pusto...chyba dlatego, ze niedziela, bo chyba nie daltego,ze nam nic mi w tej ameryce nie wychodzi!? szukamy dalej... nastepny klub:10$ wejscie i muzyka nieciekawa... nastepny:20$ i facet gra na pianinie, a kaska chce potanczyc, wiec znowu odpada...no to Pablo (kolega z paragwaju) powiedzial, ze jest fajny klub na miesie "the beach" i tam na pewno bedzie fajnie...wiec idziemy ulica i probujemy zlapac taksowke na siedem osob... zatrzymala sie jedne, ale az 7, to nie wezmie... idziemy dalej... jakis facet na ulicy mowi, ze ma wejsciowki do klubu w hotelu obok... no to wzielismy od niego siedem wejsciowek i poszlismy... oj,mnie to juz buty obcieraly od tego chodzenia... doszlismy... a tam grupka osob napiera na wejscie ...hmm?! okazalo sie, ze nasze wejsciowki, to nie wejscowki, a tylko ulotki,wiec dolaczylismy do grupki i tez napieramy... nie wpuszczaja... bokiem wejsciem dla vipow wchodza...vipy, a my dalej napieramy. w koncu zaczeli wpuszczac, ale tylko lokalnych, czyli jak nie masz znajomosci albo kogos w srodku, to nie wejdziesz, ale dalej napieramy... jakis wysoki murzyn wchodzi, a za nim jeszcze wyzszy murzyn... w koncu rezygnujemy z napierania i idziemy obmyslic nowy plan...(a pozniej sie okazalo,ze ten nizszy muryn,to byl Michael Jordan)...
obmyslamy plan, ale ciezko nam to idzie, wiec izka postanowila, ze ona musi sie dostac do tego klubu i poszla napierac... obmyslamy plan dalej... kaska tez poszla napierac z izka... obmyslamy... Pablo powiedzial,ze oni juz musza isc,bo on jutro do pracy idzie... wiec Pablo z Letisja(ciekawe jak sie pusze jej imie!?) poszli,a ja z adamem i marcinem poszlam sprawdzic jak idzie napieranie... o,kaska z izka sa juz przy wejscu i juz maja wchodzic, bo sie zgadaly z jakimis facetami, ze sa razem i wejda... ale to nie mialo wiekszego sensu,bo nie wpusciliby reszty naszej wycieczki... wiec wycofaly sie z kolejki i postanowilismy pojechac do tego klubu "the beach".
A tam...dziewczyny wejscie za darmo (za okazaniem dowodu tozsamosci, bo jak sie nie ma 21 lat, to nie wpuszczaja do klubow), a faceci...ee, nawet nie wiem ile, ale placic musieli... a w srodku... na ziemi byl syf! pelno papieru toaletowego i innych dziwactw, ktore wczesniej spadly z syfitu i teraz ciagle bylo trzeba patrzec pod nogi,by sie nie zabic... a ludzi... nie da sie ukryc, ze tlumow nie bylo! a na stole dj'a co chwila byl konkurs: kto szybciej wybije piwo... ale nie z butelki... byl lejek,a do niego przyczepiona rurka... i kto szybciej z tej rurki wypije... ten przechodzi do nastepnego etapu... i co chwila jedna dziewczyna startowala i co chwila wygrywala... no i ledwo na nogach sie trzymala... na parkiecie ludzie wybrawiali rozne akrobacje, a kelnerzy chodzili w kapielowkach, by zrobic klimat plazy... a pod sciana staly kelnerki w strojach kapielowych i sprzedawalu piwo... hmm... dziwny lokal. Znowu bylo kilka przygod,bo znowu jakis koles chcial tanczyc z izka i wcale mu nie przeszkadzalo, ze ona wlasnie tanczyla z mezem... a jak sie z izka nie dalo,to sie do marcina dobieral... ech, bezwstydni ci ludzie... na szczescie za chwile zamykali lokal, wiec zebralismy sie i poszlismy ostatni raz sprobowac dostac sie do tego klubu, gdzie byl Michael Jordan...
za 5 min. mieli juz go zamykac,wiec izka liczyla na to, ze pozwola jej chociaz wejsc i zobaczyc jak tam jest w srodku...ale nie! no wiec wrocilismy grzecznie do hotelu i do lozeczek... oprocz adama i kaski, bo oni poszli na spacer po Las Vegas... ja sie nie dalam namowic, bo juz mialam bable na stopach i spac mi sie strasznie chcialo, a izka z marcinem,to od razu po powrocie zasneli...
ja spie... wrocila kaska z adamem... tez poszli spac... spimy... piata rano, a tu kaska mnie budzi, ze przed chwila ktos wszedl do pokoju i ze teraz sie swiatlo pali, a ona na pewno zgasila i gdzie jest jej torebka... no to mialysmy nocna akcje szukania kaski torebki... na szczescie sie znalazla, wiec zgasilismy swiatlo i poszlysmy spac dalej... spimy...ktos dobija sie do drzwi... ja wstalam, poszlam od drzwi, a tam housekeeping... w srodku nocy!? i ona mowi,ze ten pokoj mial byc pusty! no tak, mial, jakbysmy sie przeniesli, ale sie nie prznieslismy do nowego pokoju, wiec tu mieszkamy, wiec spimy! no,to przeprosila ,a ja poszlam dalej spac! nie na dlugo, bo zaraz bylo rano i trzeba bylo korzystac z wycieczki...
ale znowu...zanim sie zebralismy ,to minelo juz pol dnia... w miedzy czasie izka z marcinem zmienili juz pokoj i sie przeniesli do pokoju na przeciwko nas, bo w ich pokoju coraz wiecej rzeczy nie dzialalo. (a marcin jak jechal na front desk, powiedziec, ze chce zmienic pokoj, to spotkal ludzi z pokoju, ktorzy tez narzekali na ten pokoj i jeden facet powiedzial, ze u niego w pokoju kibel nie dzialal ,wiec tak sie wkurzyl, ze zrobil kupe na srodku pokoju! fuu! no, ale wrocimy do wycieczki...
na sniadanie pojechalismy do jakiegos taniego bufetu, ktorego ogloszenie znalezlismy w tutejszej gazecie. A bufet ten znajdowal sie w Sam's town... to takie miasto w miescie,a dokladniej: miasto w budynku, bo z zewnatrz, to normalny duzy budynek, ale jak sie wejdzie do srodka... ho,ho,ho... miasto: na srodku zamiast patio ,to jest park, wodospad, sklepiki, a wkolo bloki i ratusz... fajny pomysl ktos mial:) tak,wiec poszlismy zjesc,a po jedzeniu faceci poszli grac do kasyna,a my... przejsc sie po miasteczku... akurat zaczal sie koncert fontan... ech... woda sie lala:) ciekawe to bylo, ale ladniejsze widzielismy w nocy z pokoju hotelowego, bo przed hotelem na przeciwko tez byl koncern fontan ,a ze bylo ciemno,to fantanny byly podswietlone, co dawalo jeszcze lepszy efekt... ale w sam's town tez bylo fajnie:)
Po fontannach poszlismy do wenecji... co ciekawe, to ta wenecja tez byla pod dachem...plywaly sobie gondole, gondoljerzy spiewali, wkolo sklepiki i domy, na suficie namalowane niebo i nawet byl plac swietego marka! chcielismy poplywac gondola, ale byla dluga kolejka ,a zapisy byly na kilka godzin do przodu:( wiec faceci znowu poszli grac (hazardzisci),a my poszlysmy do Madame Tussauds wax museum. ech... kogo tam nie bylo... w sumie to duzo osob tam nie bylo,a raczej nie znalam, bo bylo duzo gwiazd amerykanskich, np baseballistow, prezenterow telewizyjnych... ale znalazlam tez cos dla siebie:) a nawet wzielysmy udzial w Idolu... mozna bylo tez spiewac,ale mi wystarczylo zdjecie:)
Po wenecji wrocilismy do hotelu i my poszlysmy na basen,a faceci poszli kupic bilety na jakis show, bo w poniedzialki sa o pol ceny tansze, a jakis show bedac w Las Vegas obejrzec trzeba... ech, basen... Slonce prazy... wkolo, jak w caloforni, pelno azjatow, a my mamy widok: z lewej na Nowy York, a z prawej na Paryz:) ech...jaki ten swiat maly:) szkoda tylko,ze za chwile zamykali juz basen:( ale i tak zaraz wrocil adam z marcinem i przyniesli bilety na show: Splash (cokolwiek to znaczy).
a show ten... hmm... zaczal sie dziwnie...kobiety w wielkich piorach na glowach, w szpilkach i zlotych strojach machaly nogami... o,zapomnialam dodac, ze nie mialy koszulek... tak,tak, z golymi cyckami na wierzchu (to dlatego na bilecie bylo napisane: od lat 18!) izke to zamurowalo,a ja nie moglam powstrzymac sie od smiechu... szkoda,ze kaska akurat poszla po picie, bo pewnie tez miala by skrajna reakcje... tylko marcin z adamem gapili sie jak w obrazek... no ale to byl tylko poczatek. potem tanczyc Jackson, byli bebniarze, lisa minelli spiewala o kabarecie, lyzwiaze z rosji, cyrkowcy z meksyku, a na koniec faceci na motorach... ech,to bylo najlepsze: byla mala kula metalowa, do ktorej wjechalo trzecha na motorach i jezdzili w niej w kolko i do gory nogami i zgaslo swiatlo i im szprychy sie swiecily i bylo fajnie... i potem przyjechal jeszcze jeden na motorze i wjechal do kuli i sie nie pozabijali ,i potem jeszcze jeden wjechal i w piatke jezdzili sobie po glowach... ech, to bylo najfajniejsze:) no to tyle o show,bo wiecej nie napisze, bo to trzeba samemu zobaczyc:)
Po show pojechalismy do Pabla na barbecue...pozno juz bylo,a my oczywiscie mielismy problemy by tam trafic,ale w koncu sie udalo...wow! ladna dzielnica, duzy dom z widokiem na miasto w dole, z basenem i kaktusem przed domem... zyc nie umierac... ale oczywiscie, to nie byl dom Pabla, a jego wujka, ktory akurat teraz mieszka w innym swoim domu i Pablo mieszka u niego... ladnie tam bylo... tosmy sie najedli, nagadali i zaraz do hotelu wracali,bo pozno juz bylo... ech,i tak minal ostatni dzien wycieczki.
Nastenego dnia, to tylko poszlismy zjesc...po drodze mijalismy luk triumfalny:) i zaraz na samolot... a ze w samolocie nie mielismy ustalonych miejsc, tylko kto pierwszy ten lepszy...a my bylismy ostatni,to nie siedzielismy razem... ja siedzialam kolo jakies babci, ktora pyta sie: skad jestes? no to ja, ze z Poland... a ona: o,bylam tam macie piekne... nie zrozumialam tego fragmentu, ale grzecznie przytaknelam:) ale cos mnie tknelo,ze chyba mnie zle zrozumiala i mowie: ale ja jestem z Poland, a nie z Holland (amerykanie czesto slysza Holand, gdy sie mowi o Polsce) ...i dodalam... ale w Polsce tez jest ladnie... a ona tylko: aha... no i co!? no i koniec wycieczki... w Kansas czekala na nas ta tutejsza nieznosna wilgotnosc w powietrzu i zycie zaczelo sie toczyc po staremu...
ewa_obiezyameryka
PS jeszcze o LA...Trzeba dodac,ze w LA sa ciagle korki.Gdziekolwiek chcesz jechac ,o jakiejkolwiek porze, to zawsze sa korki. Raz to stalismy tyle w korku,ze juz bylismy bliscy porzucenia samochodu i pojscia piechota. Byl wtedy jakis koncert gdzies w Los Angeles, wiec cale miasto bylo zakorkowane (zreszta zawsze jest ,ale tym razem to wyjatkowo)... przez pol godziny nie ruszylismy sie w ogole! a jak sie
ruszylismy to o metr..wrrr! ta strona LA jest straszna!
wycieczka - Malibu
Nastepnego dnia wylatywaly Krawczyki do Polski,wiec atrakcje zaczely sie dopiero po ich odlocie... (a tak sie trafilo,ze pani,ktora robila im kontrole paszportowa,to byla polka:) ...ale wracajac do atrakcji dnia nastepnego, to tak nam sie spodobalo latanie na falach,ze i tego dnia postanowilismy pojechac na plaze... ale tym razem do Malibu:) ale,ale...zanim do malibu, to pojechalismy najpierw zobaczyc Hollywood sign... szczerze mowiac, to myslalam, ze podjedziemy blizej, niz na jakis punkt widokowy, z ktorego w oddali widac ten napis...ale Adam nie wiedzial jak tam trafic, a poza tym -jak zwykle-nie mielismy zbyt duzo czasu, wiec szybko trzy zdjecia i spowrotem do auta...po Marcina i na plaze...
Malibu...w Malibu tez zjedlismy,ale ze to bylo meksykanskie zarcie, to ja oczywiscie mialam znowu sensacje zoladkowe od tego swinstwa! ...fale...fale byly w miare, ale bylo zimno, wiec tylko Adam z marcinem poszli plywac,a my owiniete w recznikach i ubrane w co bylo ,konczylysmy nasze meksykanskie zarcie...ja juz nie moglam, wiec takie bezsmakowe chipsy,to rzucialam mewom... ojej,nagle sie pelno mew zlecialo... wiec rzucialam jeszcze troche, by porobic zdjecia,jak
sie bede bily o ten kawalek:) ale jak juz przestalam rzucac,to one nie chcialy odleciec tylko staly tak wszystki wkolo nas jak sepy...a tu nagle przyjechal zolty samochod ratownika...a izka powiedziala, ze dokarmianie mew jest zabronione, wiec schowalam zarcie i udawalam glupia,a samochod stana niedaleko nas i nic... stal i czekal chyba az zaczne karmic mewy... a ja nic...a oni nic...no i w koncu pojechali dalej...uff!
po powrocie do LA postanowilismy cos zjesc... Marcinowi i Adamowi marzylo sie seafood (tak na ludzi wplywa nadoceaniczny klimat),ja z izka nie bardzo mialysmy ochote cokolwiek jesc,bo i mi ,i izce te meksykanskie zarcie dobrze nie zrobilo,a kaska...kaska zawsze jest glodna... no wiec trafilismy do jakies eleganckiej restauracji...jakos wsyzscy ludzie w miescie na wieczor ubrali sie elegancko, tylko my jakos tak nie bardzo pasowalismy do otoczenia... ale zbytnio nam to nie przeszkadzalo:) zarcie jak to zarcie bylo nie dobre,a atrakcja wieczoru byl aktor! tak,aktor! co prawda do dzisiaj nie wiemy jak sie nazywa,a marcin i adam,to go nawet nie poznali,ale aktorem slawnym na pewno byl,bo wszyscy wkolo sie na niego gapili, pokazywali palcem i szeptali... ech,Kaska byla zadowolona...w koncu spotkala jakas (no wlasnie "jakas")gwiazde...
i tak minal kolejny dzien... nie wiedziec jak,ale te dni jakies krotkie byly podczas tej wycieczki... ale,ze krawczyki wyjechaly,a pokoj byl wynajety i tani,i juz w nim izka z marcinem mieszkali i mieli wolne duzo lozko...(duzo tych powodow)...to ja z kaska przenioslam sie do hotelu...a ze pozno juz bylo,to i adam zostal z nami w hotelu...sam klopot z nim byl:polozyl sie na lozku w poprzek i zasnal ,i za nic nie dalo sie go ruszyc...ani do zrzucic z lozka, ani przesunac...jak kamien! pol godziny probowalysmy z nim walczyc,ale na darmo...trzeba dodac,ze izka z marcinem juz dawno spali,tylko my nie moglysmy...w koncu jednak dalysmy spokoj i polozylysmy sie ,jak sie tylko dalo...ale ze sie nie dalo,to po jakims czasie znowu zaczelysmy z nim walke az do skutku... w koncu sie udalo!i w koncu poszlismy spac!
Malibu...w Malibu tez zjedlismy,ale ze to bylo meksykanskie zarcie, to ja oczywiscie mialam znowu sensacje zoladkowe od tego swinstwa! ...fale...fale byly w miare, ale bylo zimno, wiec tylko Adam z marcinem poszli plywac,a my owiniete w recznikach i ubrane w co bylo ,konczylysmy nasze meksykanskie zarcie...ja juz nie moglam, wiec takie bezsmakowe chipsy,to rzucialam mewom... ojej,nagle sie pelno mew zlecialo... wiec rzucialam jeszcze troche, by porobic zdjecia,jak
sie bede bily o ten kawalek:) ale jak juz przestalam rzucac,to one nie chcialy odleciec tylko staly tak wszystki wkolo nas jak sepy...a tu nagle przyjechal zolty samochod ratownika...a izka powiedziala, ze dokarmianie mew jest zabronione, wiec schowalam zarcie i udawalam glupia,a samochod stana niedaleko nas i nic... stal i czekal chyba az zaczne karmic mewy... a ja nic...a oni nic...no i w koncu pojechali dalej...uff!
po powrocie do LA postanowilismy cos zjesc... Marcinowi i Adamowi marzylo sie seafood (tak na ludzi wplywa nadoceaniczny klimat),ja z izka nie bardzo mialysmy ochote cokolwiek jesc,bo i mi ,i izce te meksykanskie zarcie dobrze nie zrobilo,a kaska...kaska zawsze jest glodna... no wiec trafilismy do jakies eleganckiej restauracji...jakos wsyzscy ludzie w miescie na wieczor ubrali sie elegancko, tylko my jakos tak nie bardzo pasowalismy do otoczenia... ale zbytnio nam to nie przeszkadzalo:) zarcie jak to zarcie bylo nie dobre,a atrakcja wieczoru byl aktor! tak,aktor! co prawda do dzisiaj nie wiemy jak sie nazywa,a marcin i adam,to go nawet nie poznali,ale aktorem slawnym na pewno byl,bo wszyscy wkolo sie na niego gapili, pokazywali palcem i szeptali... ech,Kaska byla zadowolona...w koncu spotkala jakas (no wlasnie "jakas")gwiazde...
i tak minal kolejny dzien... nie wiedziec jak,ale te dni jakies krotkie byly podczas tej wycieczki... ale,ze krawczyki wyjechaly,a pokoj byl wynajety i tani,i juz w nim izka z marcinem mieszkali i mieli wolne duzo lozko...(duzo tych powodow)...to ja z kaska przenioslam sie do hotelu...a ze pozno juz bylo,to i adam zostal z nami w hotelu...sam klopot z nim byl:polozyl sie na lozku w poprzek i zasnal ,i za nic nie dalo sie go ruszyc...ani do zrzucic z lozka, ani przesunac...jak kamien! pol godziny probowalysmy z nim walczyc,ale na darmo...trzeba dodac,ze izka z marcinem juz dawno spali,tylko my nie moglysmy...w koncu jednak dalysmy spokoj i polozylysmy sie ,jak sie tylko dalo...ale ze sie nie dalo,to po jakims czasie znowu zaczelysmy z nim walke az do skutku... w koncu sie udalo!i w koncu poszlismy spac!
wycieczka - San Diego
Na drugi dzien zaplanowalismy wycieczke do San Diego na plaze. Dowiedzielismy sie, ktora plaza jest najladniejsza i w droge... z dwie godziny sie jechalo az w koncu dotarlismy na te plaze. Zadowoleni upatrzylismy sobie ladny kawalek piasku i zaczelismy rozkladac lezaki, ktore lezaly na kupce...ale jak juz rozlozylismy wszystkie, to przyszedl jakis pan i powiedzial,ze to plaza prywatna i ze musimy isc dalej...wrr,nie mogl tego powiedziec zanim nameczylismy sie z tymi lezakami!? no ,ale znowu pozbieralismy sie do kupy i poszlismy na inny kawalek piasku... hm... szaro...troche smierdzi i niezbyt ciekawie... hmmm. Ustalilismy,ze poszukamy innej plazy. Adam z Marcinem dowiedzieli sie, gdzies tu blisko jest fajniejsza ,wiec spowrotem zapakowalismy sie do auta... taaaak... zyc, nie umierac... ta plaza byla cudna... piasek, piasek i fale (niby nic nadzwyczajnego, ale chociaz nie smierdzialo w porownaniu do poprzedniaj).
Tak wiec wypozyczylismy boogieboard i na zmiany chodzilismy na fale... (te deski,to cos podobnego jak maja serferzy, ktorzy czekaja na fale,a jak fala przyjdzie,to wskakuja na deska, schylaja sie, rece na bok i plyna na fali...ta deska jest troche krotsza, ale szersza i nie stoi sie na niej,a lezy...ale tez jest fajnie, gdy sie wyczuje,w ktorym momencie trzeba wskoczyc na fale:) Zamin przyszla moja kolej na deske,to poszlam sie kapac bez deski... uuu,fale byly duze...co fala, to mi gumka z wlosow spadala nizej i niezej,wiec wiazalam mocniej i mocniej... az przyszla fala i zabrala mi gumke i od tej pory ,to malo widzialam, bo kazda fala ukladala mi inna fryzure,ale kazda fryzura zaslaniala mi pole widzenia:( ech...ale w koncu dostalam deske... ho,ho,ho... ale mialam jazdy...takie dlugie, ze lecialam do samego brzegu... az mi sie nudzilo na tej desce,tak dlugo plynelam czasem. Szkoda tylko,ze zanim sie zebralismy, dojechalismy i znalezlismy odpowiednia plaze,to juz bylo popoludnie i juz zaczynalo byc zimno,a ludzie zamiast przychodzic, to wychodzili juz z plazy...ale my bylismy twardzi! oczywiscie do czasu...jak juz bylo pozno i zimno, to w koncu sie ubralismy i poszlismy cos zjesc.
Wybralismy restauracje...ta sama w ktorej kaska pracuje,a ja pracowalam... a tak, dla porownania... no i porownalysmy... w LA maja wieksza i jeszcze stare menu i inne gadzety do kupienia, ale stroje te same! Po zarciu pojechalismy obejrzec downtown...i wszyscy sie zachwycali... to co najbardziej europejskie, najbardziej sie wszystkim podobalo. Byly tramwaje,a raczej metro naziemne, byly ryksze, byly alejki i byl europejski nastroj... wszyscy powiedzieli, ze moga przeprowadzic sie do San Diego... wcale sie nie dziwie:) to sobie pochadzilismy po miescie, zaszlismy do hotelu na siku,a tam za szyba bylo widac baseny (oczywiscie nie w lazience,a w holu) ...ale jakie baseny... ladne:) ech...a potem do auta i do domu spac...
Tak wiec wypozyczylismy boogieboard i na zmiany chodzilismy na fale... (te deski,to cos podobnego jak maja serferzy, ktorzy czekaja na fale,a jak fala przyjdzie,to wskakuja na deska, schylaja sie, rece na bok i plyna na fali...ta deska jest troche krotsza, ale szersza i nie stoi sie na niej,a lezy...ale tez jest fajnie, gdy sie wyczuje,w ktorym momencie trzeba wskoczyc na fale:) Zamin przyszla moja kolej na deske,to poszlam sie kapac bez deski... uuu,fale byly duze...co fala, to mi gumka z wlosow spadala nizej i niezej,wiec wiazalam mocniej i mocniej... az przyszla fala i zabrala mi gumke i od tej pory ,to malo widzialam, bo kazda fala ukladala mi inna fryzure,ale kazda fryzura zaslaniala mi pole widzenia:( ech...ale w koncu dostalam deske... ho,ho,ho... ale mialam jazdy...takie dlugie, ze lecialam do samego brzegu... az mi sie nudzilo na tej desce,tak dlugo plynelam czasem. Szkoda tylko,ze zanim sie zebralismy, dojechalismy i znalezlismy odpowiednia plaze,to juz bylo popoludnie i juz zaczynalo byc zimno,a ludzie zamiast przychodzic, to wychodzili juz z plazy...ale my bylismy twardzi! oczywiscie do czasu...jak juz bylo pozno i zimno, to w koncu sie ubralismy i poszlismy cos zjesc.
Wybralismy restauracje...ta sama w ktorej kaska pracuje,a ja pracowalam... a tak, dla porownania... no i porownalysmy... w LA maja wieksza i jeszcze stare menu i inne gadzety do kupienia, ale stroje te same! Po zarciu pojechalismy obejrzec downtown...i wszyscy sie zachwycali... to co najbardziej europejskie, najbardziej sie wszystkim podobalo. Byly tramwaje,a raczej metro naziemne, byly ryksze, byly alejki i byl europejski nastroj... wszyscy powiedzieli, ze moga przeprowadzic sie do San Diego... wcale sie nie dziwie:) to sobie pochadzilismy po miescie, zaszlismy do hotelu na siku,a tam za szyba bylo widac baseny (oczywiscie nie w lazience,a w holu) ...ale jakie baseny... ladne:) ech...a potem do auta i do domu spac...
wycieczka - LA, SM, UC
oj,dzialo sie,dzialo... na poczatku zaspalismy na samolot...Planowo mieslismy wstac o 4,o 5 wyjachac,o 6 byc na lotnisku,zdac bagaze,pojsc na sniadanie i o 7.30 odleciec... ale kicha. Wtaslismy o 5,zaraz przyjechal Marcina tata, zawiozl nas na lotnisko, zdalismy bagaze o 6.45 i pani powiedziala, bysmy juz szli do gate,bo jak samolot bedzie pelen wczesniej,to odleci bez nas...ale marcin sie uparl,ze musimy pojechac do hotelu obok na sniadanie i zapewnial ja ze w pol godziny sie wyrobimy... no i poszlismy na sniadanie. Jesc bylo trzeba w locie,az zarcie w przelyku stawalo... ale bylo w miare,w miare,jak na amerykanskie warunki:) Potem znowu biegiem do samochodu i na lotnisko i juz byla 7.15 i juz wszyscy czekali na nas w samolocie. Jeszcze marcin pomarudzil,ze chce inne miejsce,by mogl sie polozyc (bo w noc przez wylotem poslzismy na piwo do pubu i pozno wrocilismy)...w koncu lecimy...
okazalo sie,ze dolecimy o godzine wczesniej,wiec wszystko sie ladnie ukladalo:) Lecielismy nad wielkim kanionem...ale byly chmury,wiec malo go bylo widac... a wiekszosci czasu,to lecielismy nad pustynia. Lecielismy, lecielismy, az dolecielismy.a lotnisko w LA...uuu.dawno nie bylo odnawiane (przynajmniej ta czesc,w ktorej wysiadalismy). Kaska pierwsze co,to juz na lotnisku zaczela sie rozgladac za kim slawnym. Ale Marin jej powiedzial,ze gwiazdy maja prywatne samoloty, wiec raczej tu ich nie spotka... Odebralismy swoje bagaze ,zadzwonilismy po izke, adama i izki rodzicow,ze juz jestemy i czekamy...a oni,ze juz jada...i tak jechali trzy godziny,bo jeszcze musieli zajechac wypozyczyc samochod, i jeszcze izka zgubila telefon...wiec troche im zeszlo.w miedzy czasie widzielismy jak sie samochody stuknely,jak baba dostala mandat, jak facet sie wymigal od mandatu (mielismy dobry punkt obserwacyjny).
W koncu przyjechali :hug,hug (bo amerykanie na powitanie i pozegnanie sie sciaskaja; hiszpanie, meksykanie i paragwajczycy sie caluja 2 razy,a jak wiadomo polacy 3 razy).no to jak juz sie wszyscy wysciskali, to zapakowalismy sie do auta adama i do wypozyczonej toyoty i ruszylismy na podboj zachodniego wybrzeza. Nie pozwolili nam nawet zajechac do hotelu zostaliwc rzeczy i przebrac sie,bo juz pozno bylo (a w ogole to w californi czas jest 2 godziny do tylu w porownniu z kansas; inne porownanie to powietrze:w kansas jest przerazliwa wilgoc w powietrzu ,a tu susza taka,ze az lzy z oczy plyna jak wiatr zawieje;no i te palmy... w kansas nie bylo,a tu jest pelno palm o i jeszcze jedno:tu jest pelno azjatow,a mniej murzynow, przez to nie bylismy jedyni z aparatem:)
...no ale wrocmy do wycieczki:na poczatek pojechalismy na plaze w Santa Monica. ech...jak to plaza: piasek, piasek i woda,woda. Z ta roznica,ze pierwszy raz,to nie bylo morze baltyckie czy wilkies jeziora,ale Ocean Spokojny,Pacyfik czy jak kto woli.Na plaze szlo sie droga,na ktorej po bokach byly waskie chodniki.Zatrzymywalismy sie ,by popatrzyc lub zrobic zdjecie,ale zaraz ktos krzyczal zza plecow: korek,korek! i trzeba bylo keep going. A na plazy byl np. walec! Takie duzy,a na nim byl fragment planu los angeles,bo jakby sie komus znudzilo budowanie zamkow, to moze pozyczyc walec i odcisnac miasto aniolow. I jeszcze byly te budki ratownikow ze slonecznego patrolu. hehe,i nawet mieli takie same zolte samochody, ktorymi jezdzli po plazy patrolujac... ale przygoda z samochodem bedzie w malibu.o,a jeszcze co ciekawe w Santa monica, to na molo bylo ogromne wesole miasteczko, ale ogromne, ale nie poszlismy na nie. Tak wiec zobaczylismy plaze w Santa monica i pojechalismy cos zjesc,a po drodze pozwiedzac Beverly Hills, Rodeo Drive (slynna,droga ulica,gdzie sie tylko wystawy oglada), widzielismy tez budynek policji w Beverly Hills... wyglada jak zamek... przynajmniej z zewnatrz. Zrobilismy kilka zdjec,zarcie i znowu do auta i tym razem do Universal City
UC (miasteczko firmy Universal, czyli wszystko co zwiazane z filmem tej firmy: Shrek, Flintstones, spiderman, jurasic park, mumia, van helsing, apollo 13 i wiele innych. Miasteczko bylo ogromne,a na najciekawsze show byly ponad godzinne kolejki... ale z nami byl adam:) Adam-kuzyn Marcina-studiuje aktorstwo w Los Angeles, mieszka w Hollywood i z tej racji do Universal Studios ma wejsciowke dla vipow.byl tylko problem by przemycic nasza szostke, bysmy nie musieli placic kilkadziesiat dolcow za wejscie. Znalezlismy wejscie dla pracownikow i Adam szedl z przodu,a ja z kaska i kaski mama szlysmy krok za nim i on machal rekoma,ze niby nas oprowadza i tak probowalismy przesc kolo okienka, gdzie pani pilnowala czy aby na pewno wszyscy to tylko pracownicy...a dokad to!? no wiec adam pokazuje,ze sie tu uczy,wiec go wposcila, a my to goscie i on nas oprowadza,wiec kazala mu wpisac sie do ksiazki i dopisac nazwiska osob ,ktore wprowadza.no i jakos poszlo... my we trzy poszlysmy dalej,a adam sie wrocil po reszte i znowu wyprobowal ten sam trik,ale tym razem do ksiazki wpisal tylko marcina... i tak nikt nie patrzyl co sie tam wpisuje.no wiec wszyscy bylismy w srodku i znowu za darmo:)
W srodku atrakcji bylo tyle,ze mozna bylo sie pogubic,wiec slepo szlismy za adamem,bo on juz tu byl i wiedzial, gdzie najciekawiej. Szlismy (poprawka bieglismy) obok zywego Shreka,ktory ustawial sie do zdjec, obok Van Helsinga, obok domku Flintstonow, Spidermana i innych bohaterow,ktorych nawet nie rozpoznawalam. Dobieglismy do ruchomych schodow i w dol...i natepne schody w dol...i jeszcze jedne...i jestesmy:) Po prawej Mumia,a po lewej Jurasic Park. Obydwa,to byly ride,czyli siadasz do wagonika i jedziesz. Na poczatek poszlismy na Mumie. Po drodze pani dala nam monete do schowka,by zostawic torby,bo podobno latwo zgubic.No wiec bez aparatow i toreb poszlismy na Mumie. Kolejka bylo ponad godzinna,ale my poszlismy do wejscia dla vipow,bo przeciez Adam byl vipem:) na kazdej bramce adam pokazywal swoja wejsciowke, mowil,ze te szesc osob jest z nim,oni zawsze marudzili, ze tak nie mozna,ale tym razem wpuszcza, ale to ostatni raz... no i zawsze wpuszczali. No wiec minelismy kolejke i wsiedlismy do pierwszego wagonika... tak wyszlo,ze ja bylam w pierwszym rzedzie,wiec mialam najstraszniej. Wagonik ruszyl,bylo ciemno,nie bylo wiadomo,czy jedziemy w gore,czy w dol, czasem to prawie glowy pogubilismy,co chwila jakis kosciotrup wyskakiwal z pojekiwaniem,cos strzelalo, cos pryskalo,a potem wagonik jechal do tylu... ech,fajnie bylo:)
Po mumi poszlismy na Jurasic Park.To tez byl ride,tyle,ze wagonik plywal po wodzie, wkolo byly dinozaury,co chwila lala sie na nas woda,a gdy mial byc stromy zjazd w dol,to niektorzy podniesli rece do gory ,by bylo fajniej...no i izka prawie nie wypadla z wagonika,bo naprawde bylo stromo. Ze prawie wypadla ,to poczulam na wlasnej skorze,bo jak juz zaczela wylatywac,to tak sie mnie zlapala,ze ledwo moglam oddychac (akurat siedzialam obok). A jak juz skonczylismy spadac,to wpadlismy znowu do wody,ale tym razem bardziej chlapalo...
Po dinozaurach poszlismy zobaczyc jak kercili film... nie pamietam amerykanskiego tytulu,ale po polsku,to bylo"podmuch ognia" , "ognisty podmuch" czy jakos tak. Pokazywali na filmie jak wszystko wygladalo od kuchni, a potem bylismy na planie (oczywiscie specjamnie przygotowanym, bo film juz dawno nagrali,bo ja go nawet ogladalam w polsce)...no wiec byla to jakas stara fabryka,my szlismy mostkiem i pokazali jak sie zaczelo...najpierw cos sie zapalilo w biurze, potem powoli wyszlo z biura i nagle wszystko wkolo sie palilo i strzelalo i rusztowania spadaly i bylo goraco i fajnie:)
ech...to chyba byly wszystki atrakcje w tej czescie miasteczka,wiec wrocilismy schodami na gore...po drodze zdjecie z druzyna apollo 13,a obok stal ich statek...no nie ich, ale jakis kosmiczny, a za nim byl widok na makiety, ktore przedstawiaja miasto (prawdziwy plan filmowy). Pozniej poszlismy na "podroz do przyszlosci",to film,w ktorym podrozuje sie samochodem i lapie jakiegos faceta. Tym razem wsiedlismy do samochodu i okazalo sie, ze to symulator. Zgasly swiatla i pojawil sie przed nami ekran i tak jakbysmy tam byli. Samochod sie ruszal,a my latalismy po ekranie:) to tez bylo cool:) w kazdym razie... przy bramce jak wchodzilismy tam,to stala kobieta, ktora znowu powiedziala, ze tak sie nie robi,ale tym razem nas wpuszcza... ale tym razem ona mowila po polsku! a ja wychodzilismy z tego samochodu, to jakis chlopak krzyknal do mnie: czesc, ja tez nie jestem stad! (krzyknal wlasnie do mnie,bo miala koszulke ,na ktorej byly napisy po polsku... nie wiem kiedy on to zdazyl zauazyc,bo tylko kolo niego przeszlam, a jak krzyczal,to juz go nie widzialam... hmm... co to,chicago,ze polakow jak psow!?)
...dalej byl Shrek.Najpierw sie talo i ogladalo jak lustro gada,a potem weszlismy do sali kinowej, nalozylismy trojwymiarowe okulary i ogladalismy jak to porwali zone Shreka. Jak ktos kichnal na erkanie,czy jak padal deszcz,to i na nas padalo z sufitu, jak Shrek jechal na koniu,to i nami trzeslo, bo krzesla sie ruszaly itd,itp...a na koniec elf wylecial z ekranu i uderzyl w reflektor na widowni, ale nogi z reflekora wystawaly prawdziwe:) co potem...?
potem poszlismy na "Van Helsing",to bylo cos w rodzaju domu strachow. Wszystko bylo by do zniesiania, gdyby nie te zywe osoby,ktore wychodzily z ciemnosci i stawaly tuz przed nami. W polowie,to kaska stanela mi za plecami i zrobila sobie ze mnie tarcze i musialam wszystkie potwory brac na siebie...ale jakos poszlo. Na koniec... bo juz malo czasu zostalo poszlimy na tour ,ktory mial zjechac na dol na plany filmowe ,by poogladac z bliska i porobic zdjecia...no i mieslimy dylemat,bo to byl juz ostatni tour,a w miedzyczasie mial sie zaczac show:waterworld. pytalismy sie ludzi o tour,ktore show jest lepsze,bo zdazymy tylko na jedno. Jeden facet powiedzial,ze wodny swiat,a jeden ze tour...no i glosowalismy,no i nic z tego glosowania nie wyszlo,ale w koncu postanowilismy pojsc na watherworld.
fajne bylo:byla sobie osada na wodzie i byla akcja, jezdzili na motorowkach i na skuterach i znowu cos wybuchalo i do wody skakali i na linach jezdzili i znowu bylo cool:) no i to chyba wszystko na co zdazylismy pojsc w Universal city...ech...fajnie bylo...potem znowu spakowalismy sie do auta i pojechalismy zobaczyc aleje gwiazd...
nie myslalam,ze ona taka dluga,ale ciagnie sie i ciagnie przez kilka blokow. Na niektorych odcinkach, to lezy juz gwiazda na czarnym tle,a wkolo jeszcze stary chodnik...oprocz gwiaz byly tez odciski butow, rak i czego popadnie...to tez jakby gwiazdy,bo kazdy odcisk byl podpisany przez slawna osobe. Byl tam tez smok na scianie,ale nie wiem o co z nim chodzilo,ale za to wiem o co chodzilo z kodak theatre ...to wlasnie to miejsce, gdzie oscary rozdaja:) znaczy te schody,do tych drzwi,za ktorymi odbywa sie ta uroczystosc,bo teatr byl zamkniety o tej porze. Byly jeszcze jakies posagi, napisy na chodniku, cytaty maryli monroe i duzo rzeczy tam bylo... ale my juz zbytnio sily nie mielismy, ale dzieki temu, ze bylo tak pozno,to byl w miare maly ruch na chodniku i mozna bylo robic zdjecia gwiazdom,bo za dnia,bylby z tym problem.
A po alei gwiazd Krawczyki i mlodzi Grusznisowie wrocili do hotelu, a my w koncu do Adama apartamentu, by sie rozpakowac(bo ja z kaska nocowalam u Adama,by nie placic za hotel).ale ten dzien sie wcale dla nas nie skonczyl... zostawilismy bagaze i pojechalismy na punkt widokowy nad miastem... ech,mi to sie juz tam oczy zamykaly (co widac na zdjeciach). Niestety oswietlone LA na zdjeciach nie chcialo wyjsc,wiec glownie nas na zdjeciach widac...ale jakby przygod bylo malo,to punkt widokowy byl juz zamkniety,wiec musielismy skakac przez plot...a nie byl niski! ...no i to byla ostatnia atrakcja tego dlugiego dnia,bo potem to tylko do domu i spac.Tak wygladal pierwszy, ciekawy, ale wyczerpujacy dzien w Los Angeles...
okazalo sie,ze dolecimy o godzine wczesniej,wiec wszystko sie ladnie ukladalo:) Lecielismy nad wielkim kanionem...ale byly chmury,wiec malo go bylo widac... a wiekszosci czasu,to lecielismy nad pustynia. Lecielismy, lecielismy, az dolecielismy.a lotnisko w LA...uuu.dawno nie bylo odnawiane (przynajmniej ta czesc,w ktorej wysiadalismy). Kaska pierwsze co,to juz na lotnisku zaczela sie rozgladac za kim slawnym. Ale Marin jej powiedzial,ze gwiazdy maja prywatne samoloty, wiec raczej tu ich nie spotka... Odebralismy swoje bagaze ,zadzwonilismy po izke, adama i izki rodzicow,ze juz jestemy i czekamy...a oni,ze juz jada...i tak jechali trzy godziny,bo jeszcze musieli zajechac wypozyczyc samochod, i jeszcze izka zgubila telefon...wiec troche im zeszlo.w miedzy czasie widzielismy jak sie samochody stuknely,jak baba dostala mandat, jak facet sie wymigal od mandatu (mielismy dobry punkt obserwacyjny).
W koncu przyjechali :hug,hug (bo amerykanie na powitanie i pozegnanie sie sciaskaja; hiszpanie, meksykanie i paragwajczycy sie caluja 2 razy,a jak wiadomo polacy 3 razy).no to jak juz sie wszyscy wysciskali, to zapakowalismy sie do auta adama i do wypozyczonej toyoty i ruszylismy na podboj zachodniego wybrzeza. Nie pozwolili nam nawet zajechac do hotelu zostaliwc rzeczy i przebrac sie,bo juz pozno bylo (a w ogole to w californi czas jest 2 godziny do tylu w porownniu z kansas; inne porownanie to powietrze:w kansas jest przerazliwa wilgoc w powietrzu ,a tu susza taka,ze az lzy z oczy plyna jak wiatr zawieje;no i te palmy... w kansas nie bylo,a tu jest pelno palm o i jeszcze jedno:tu jest pelno azjatow,a mniej murzynow, przez to nie bylismy jedyni z aparatem:)
...no ale wrocmy do wycieczki:na poczatek pojechalismy na plaze w Santa Monica. ech...jak to plaza: piasek, piasek i woda,woda. Z ta roznica,ze pierwszy raz,to nie bylo morze baltyckie czy wilkies jeziora,ale Ocean Spokojny,Pacyfik czy jak kto woli.Na plaze szlo sie droga,na ktorej po bokach byly waskie chodniki.Zatrzymywalismy sie ,by popatrzyc lub zrobic zdjecie,ale zaraz ktos krzyczal zza plecow: korek,korek! i trzeba bylo keep going. A na plazy byl np. walec! Takie duzy,a na nim byl fragment planu los angeles,bo jakby sie komus znudzilo budowanie zamkow, to moze pozyczyc walec i odcisnac miasto aniolow. I jeszcze byly te budki ratownikow ze slonecznego patrolu. hehe,i nawet mieli takie same zolte samochody, ktorymi jezdzli po plazy patrolujac... ale przygoda z samochodem bedzie w malibu.o,a jeszcze co ciekawe w Santa monica, to na molo bylo ogromne wesole miasteczko, ale ogromne, ale nie poszlismy na nie. Tak wiec zobaczylismy plaze w Santa monica i pojechalismy cos zjesc,a po drodze pozwiedzac Beverly Hills, Rodeo Drive (slynna,droga ulica,gdzie sie tylko wystawy oglada), widzielismy tez budynek policji w Beverly Hills... wyglada jak zamek... przynajmniej z zewnatrz. Zrobilismy kilka zdjec,zarcie i znowu do auta i tym razem do Universal City
UC (miasteczko firmy Universal, czyli wszystko co zwiazane z filmem tej firmy: Shrek, Flintstones, spiderman, jurasic park, mumia, van helsing, apollo 13 i wiele innych. Miasteczko bylo ogromne,a na najciekawsze show byly ponad godzinne kolejki... ale z nami byl adam:) Adam-kuzyn Marcina-studiuje aktorstwo w Los Angeles, mieszka w Hollywood i z tej racji do Universal Studios ma wejsciowke dla vipow.byl tylko problem by przemycic nasza szostke, bysmy nie musieli placic kilkadziesiat dolcow za wejscie. Znalezlismy wejscie dla pracownikow i Adam szedl z przodu,a ja z kaska i kaski mama szlysmy krok za nim i on machal rekoma,ze niby nas oprowadza i tak probowalismy przesc kolo okienka, gdzie pani pilnowala czy aby na pewno wszyscy to tylko pracownicy...a dokad to!? no wiec adam pokazuje,ze sie tu uczy,wiec go wposcila, a my to goscie i on nas oprowadza,wiec kazala mu wpisac sie do ksiazki i dopisac nazwiska osob ,ktore wprowadza.no i jakos poszlo... my we trzy poszlysmy dalej,a adam sie wrocil po reszte i znowu wyprobowal ten sam trik,ale tym razem do ksiazki wpisal tylko marcina... i tak nikt nie patrzyl co sie tam wpisuje.no wiec wszyscy bylismy w srodku i znowu za darmo:)
W srodku atrakcji bylo tyle,ze mozna bylo sie pogubic,wiec slepo szlismy za adamem,bo on juz tu byl i wiedzial, gdzie najciekawiej. Szlismy (poprawka bieglismy) obok zywego Shreka,ktory ustawial sie do zdjec, obok Van Helsinga, obok domku Flintstonow, Spidermana i innych bohaterow,ktorych nawet nie rozpoznawalam. Dobieglismy do ruchomych schodow i w dol...i natepne schody w dol...i jeszcze jedne...i jestesmy:) Po prawej Mumia,a po lewej Jurasic Park. Obydwa,to byly ride,czyli siadasz do wagonika i jedziesz. Na poczatek poszlismy na Mumie. Po drodze pani dala nam monete do schowka,by zostawic torby,bo podobno latwo zgubic.No wiec bez aparatow i toreb poszlismy na Mumie. Kolejka bylo ponad godzinna,ale my poszlismy do wejscia dla vipow,bo przeciez Adam byl vipem:) na kazdej bramce adam pokazywal swoja wejsciowke, mowil,ze te szesc osob jest z nim,oni zawsze marudzili, ze tak nie mozna,ale tym razem wpuszcza, ale to ostatni raz... no i zawsze wpuszczali. No wiec minelismy kolejke i wsiedlismy do pierwszego wagonika... tak wyszlo,ze ja bylam w pierwszym rzedzie,wiec mialam najstraszniej. Wagonik ruszyl,bylo ciemno,nie bylo wiadomo,czy jedziemy w gore,czy w dol, czasem to prawie glowy pogubilismy,co chwila jakis kosciotrup wyskakiwal z pojekiwaniem,cos strzelalo, cos pryskalo,a potem wagonik jechal do tylu... ech,fajnie bylo:)
Po mumi poszlismy na Jurasic Park.To tez byl ride,tyle,ze wagonik plywal po wodzie, wkolo byly dinozaury,co chwila lala sie na nas woda,a gdy mial byc stromy zjazd w dol,to niektorzy podniesli rece do gory ,by bylo fajniej...no i izka prawie nie wypadla z wagonika,bo naprawde bylo stromo. Ze prawie wypadla ,to poczulam na wlasnej skorze,bo jak juz zaczela wylatywac,to tak sie mnie zlapala,ze ledwo moglam oddychac (akurat siedzialam obok). A jak juz skonczylismy spadac,to wpadlismy znowu do wody,ale tym razem bardziej chlapalo...
Po dinozaurach poszlismy zobaczyc jak kercili film... nie pamietam amerykanskiego tytulu,ale po polsku,to bylo"podmuch ognia" , "ognisty podmuch" czy jakos tak. Pokazywali na filmie jak wszystko wygladalo od kuchni, a potem bylismy na planie (oczywiscie specjamnie przygotowanym, bo film juz dawno nagrali,bo ja go nawet ogladalam w polsce)...no wiec byla to jakas stara fabryka,my szlismy mostkiem i pokazali jak sie zaczelo...najpierw cos sie zapalilo w biurze, potem powoli wyszlo z biura i nagle wszystko wkolo sie palilo i strzelalo i rusztowania spadaly i bylo goraco i fajnie:)
ech...to chyba byly wszystki atrakcje w tej czescie miasteczka,wiec wrocilismy schodami na gore...po drodze zdjecie z druzyna apollo 13,a obok stal ich statek...no nie ich, ale jakis kosmiczny, a za nim byl widok na makiety, ktore przedstawiaja miasto (prawdziwy plan filmowy). Pozniej poszlismy na "podroz do przyszlosci",to film,w ktorym podrozuje sie samochodem i lapie jakiegos faceta. Tym razem wsiedlismy do samochodu i okazalo sie, ze to symulator. Zgasly swiatla i pojawil sie przed nami ekran i tak jakbysmy tam byli. Samochod sie ruszal,a my latalismy po ekranie:) to tez bylo cool:) w kazdym razie... przy bramce jak wchodzilismy tam,to stala kobieta, ktora znowu powiedziala, ze tak sie nie robi,ale tym razem nas wpuszcza... ale tym razem ona mowila po polsku! a ja wychodzilismy z tego samochodu, to jakis chlopak krzyknal do mnie: czesc, ja tez nie jestem stad! (krzyknal wlasnie do mnie,bo miala koszulke ,na ktorej byly napisy po polsku... nie wiem kiedy on to zdazyl zauazyc,bo tylko kolo niego przeszlam, a jak krzyczal,to juz go nie widzialam... hmm... co to,chicago,ze polakow jak psow!?)
...dalej byl Shrek.Najpierw sie talo i ogladalo jak lustro gada,a potem weszlismy do sali kinowej, nalozylismy trojwymiarowe okulary i ogladalismy jak to porwali zone Shreka. Jak ktos kichnal na erkanie,czy jak padal deszcz,to i na nas padalo z sufitu, jak Shrek jechal na koniu,to i nami trzeslo, bo krzesla sie ruszaly itd,itp...a na koniec elf wylecial z ekranu i uderzyl w reflektor na widowni, ale nogi z reflekora wystawaly prawdziwe:) co potem...?
potem poszlismy na "Van Helsing",to bylo cos w rodzaju domu strachow. Wszystko bylo by do zniesiania, gdyby nie te zywe osoby,ktore wychodzily z ciemnosci i stawaly tuz przed nami. W polowie,to kaska stanela mi za plecami i zrobila sobie ze mnie tarcze i musialam wszystkie potwory brac na siebie...ale jakos poszlo. Na koniec... bo juz malo czasu zostalo poszlimy na tour ,ktory mial zjechac na dol na plany filmowe ,by poogladac z bliska i porobic zdjecia...no i mieslimy dylemat,bo to byl juz ostatni tour,a w miedzyczasie mial sie zaczac show:waterworld. pytalismy sie ludzi o tour,ktore show jest lepsze,bo zdazymy tylko na jedno. Jeden facet powiedzial,ze wodny swiat,a jeden ze tour...no i glosowalismy,no i nic z tego glosowania nie wyszlo,ale w koncu postanowilismy pojsc na watherworld.
fajne bylo:byla sobie osada na wodzie i byla akcja, jezdzili na motorowkach i na skuterach i znowu cos wybuchalo i do wody skakali i na linach jezdzili i znowu bylo cool:) no i to chyba wszystko na co zdazylismy pojsc w Universal city...ech...fajnie bylo...potem znowu spakowalismy sie do auta i pojechalismy zobaczyc aleje gwiazd...
nie myslalam,ze ona taka dluga,ale ciagnie sie i ciagnie przez kilka blokow. Na niektorych odcinkach, to lezy juz gwiazda na czarnym tle,a wkolo jeszcze stary chodnik...oprocz gwiaz byly tez odciski butow, rak i czego popadnie...to tez jakby gwiazdy,bo kazdy odcisk byl podpisany przez slawna osobe. Byl tam tez smok na scianie,ale nie wiem o co z nim chodzilo,ale za to wiem o co chodzilo z kodak theatre ...to wlasnie to miejsce, gdzie oscary rozdaja:) znaczy te schody,do tych drzwi,za ktorymi odbywa sie ta uroczystosc,bo teatr byl zamkniety o tej porze. Byly jeszcze jakies posagi, napisy na chodniku, cytaty maryli monroe i duzo rzeczy tam bylo... ale my juz zbytnio sily nie mielismy, ale dzieki temu, ze bylo tak pozno,to byl w miare maly ruch na chodniku i mozna bylo robic zdjecia gwiazdom,bo za dnia,bylby z tym problem.
A po alei gwiazd Krawczyki i mlodzi Grusznisowie wrocili do hotelu, a my w koncu do Adama apartamentu, by sie rozpakowac(bo ja z kaska nocowalam u Adama,by nie placic za hotel).ale ten dzien sie wcale dla nas nie skonczyl... zostawilismy bagaze i pojechalismy na punkt widokowy nad miastem... ech,mi to sie juz tam oczy zamykaly (co widac na zdjeciach). Niestety oswietlone LA na zdjeciach nie chcialo wyjsc,wiec glownie nas na zdjeciach widac...ale jakby przygod bylo malo,to punkt widokowy byl juz zamkniety,wiec musielismy skakac przez plot...a nie byl niski! ...no i to byla ostatnia atrakcja tego dlugiego dnia,bo potem to tylko do domu i spac.Tak wygladal pierwszy, ciekawy, ale wyczerpujacy dzien w Los Angeles...
16 sierpnia 2004
fun for free
hihihi,w sobote byl TANI dzien:) zaczela sie od tego,ze ja rano ogladalam sobie jakis horror 'sleepy hallow' czy jakos tam,bo podobno fajny,a w nocy,to ja nie mam nerwow ogladac takie filmy, kaska sie bawila z lola i szykowala do pracy,izka sie pakowala,bo o 4.50 leciala do san francisko, a marcin troche ogladal ze mna,troche zalatwial hotele w san francisko,bo cos sie pogmatwalo... no i tak nam czas lecial az do ok 4,gdy izka z marcinem pakowali sie do samochodu, by jechac na lotnisko,a kaska w pospiechu szukala zapasowego kluczyka do hondy marcina,bo skoro nie potrzebna mu dzis honda,to kaska woli marcina samochodem jechac niz nasza nieubezpieczona mazda. no wiec kaska w koncu znalazla kluczyk i pojechala ,a izka pytala sie czy jade z nimi... ale ja bylam w proszu,bo dopiero wyszlam z wanny, nie jadlam, i w ogole niewyjsciowo wygladalam...no ale w koncu dalam sie namowic,pomimo,ze mialam 3 minuty,bo doprowadzic sie do stanu uzywalnosci...wlosow oczywiscie nie wysuszylam i niezabardzo wygladalam, ale pojechalismy...
na lotnisku kazali biec do gate,bo juz pozno...no to poszlismy,a tam juz prawie nikogo nie ma... stoimy,stoimy...a tu nagle ze sto osob z bagazami wyszlo spowrotem z odprawy,bo cos tam sie stalo i musza jeszcze raz przejsc kontrole... stoimy, stoimy...marcin poszedl izce kupic kawe i gazety... stoimy...kolejka sie przesuwa,izka przepusza ludzi i czeka na marcina... stoimy,stoimy... w koncu marcin sie znalazl ,ale bez kawy,ale chociaz z gazetami... stoimy,stoimy... biegna jakies panie-oficerki... stoimy,stoimy... kazali zdjac buty... stoimy,stoimy...ok,izka zniknela za gate, a my poszlismy...a izka miala tylko 30 min w denver na przesiadke,a ze miala opoznienie przez ta podwoja i szczegolowa kontrole,to nie zdazyla w denver i czekala dwie godziny...a w tym czasie ja z marcinem zamowilismy dormowy obiad u marcina w hotelu (bo on jest menagerem,wiec ma za darmo,a ja bede gosciem:) zamowilismy przez telefon i pojechalismy do sklepu:)
kilka razy slyszlam o tym sklepie i marcin mowil,ze ludzie sie nim zachwycaja,ze taki wielki i w ogole,no wiec pojechalismy,bo to bylo po drodze...na parginku stal wielki tir promujacy jakas telewizje czy cos takiego,w kazdym razie mozna bylo za darmo pograc sobie w wyscigi samochodowe na play station, no wiec zagralismy (glownie to polegala na tym, kto kogo bardziej stuknie:)potem poszlismy do sklepu...ale to nie bylo nic nadzwyczajnego, wiec nie wiem czemu sie ludzie tak ekscytuja tym sklepem... potem poszlimsy do innego sklepu (no ten,to byl...inny). bylo to polaczenie muzeum przyrody i sklepu. na scianach wisialy wypchane trofea.co rusz jakies
inscenizacje walki zwierzat...gdy patrzylam na to wszystko,to bylam bliska przejscia na wegetarianizm.fu!
ze sklepu ruszylismy w strone marcina hotelu na obiad...ale zadzwonil do szefowej i okazalo sie ,ze nie musi juz jechac do pracy,wiec na obiad tez nie pojechalismy,bo pojechalismy do domu na szybkie siku i by wziasc kupon na lody (kupujesz jeden,a drugi gratis). no wiec siku,kupon do reki i na lody...ech, pyszne byly te lody:) zamowilismy po jednej galce,ale pol jeden smak i pol inny smak... ale te kulki byly takie duze,ze pol truskawkowej bylo jak normalne dwie...a w srodku byly prawdziwe cale truskawki:) tylko troche zmarzniete:) ale z lodziarni pojechalismy na wesole miasteczko...
wesole kosztuje 17 dolcow,a my postanowilismy wejsc za darmo:) jak sie wchodzi i potem wychodzi, to stawiaja pieczatke na rece,by nie placic drugi raz za wejscie.wiec plan byl taki... idziemy i jak beda chcili sprawdzic czy mamy pieczatki,to mowimy,ze sie zmyly...myslalam,ze lekko pojdzie,ale jak sie dowiedzialam,ze te pieczatki sa z farby ultrafioletowej,to nawet nie wiadomo na ktorej rece stawiaja.a poza tym,to sie trudno zmywa,ale o tym to mi marcin powiedzial jak juz bylismy przy wejsciu... o.nie,ja sie nie bede narazac na dodatkowy stres i to na wlasne zyczenie...
by nie zwracac na siebie uwagi przeszlismy obok i ja usiadlam na lawce ,a marcin kombinowal... zobaczyl,ze jest jakas droga,ktora chodza pracownicy...no wiec poszlismy nia...mijali nas rozni pracownicy,ale nikt nie zapytal sie co tu robimy,no wiec sobie idziemy i idziemy,a tu zakret i nie widac co jest za zakretem...wiec jak tam bedzie jakas kontrola,to szukamy jakiegos faceta,ktory tu pracuje,a ja udaje ze nic nie rozumiem:) tymbardziej,ze mialam koszulke z kortowiady,wiec i tak nikt nie mogl przeczytac co to za znaczki mam na koszulce. no wiec skerecilismy za zakret...a tam nikogo ni ma..no wiec sobie idziemy i :juz!?a marcin:tak juz, juz jestesmy w srodku... hehe, juz nigdy nie bede placil ,bo bede tedy wchodzil:) no wiec poszlismy do wejscia, postawili nam pieczatke i juz bylismy legalnie:)
poszlismy na parking przestawic samochod,bo stal w strefie pick up,wiec mogl tam stac tylko chwile, by kogos zabrac lub cos takiego. no wiec poszlismy do tych,ktorzy stali na bramie i wpuszczali smochody na parking,czyli do tych,ktorym sie placilo za praging...no i marcin zagadal,ze nie moze znalezc siostry i czy moze postawic na parkingu,bo boi sie,ze tam gdzie stoi ,to moga mu swisnac...no wiec wkoncu facet na bramie zorientowal sie i zapytal :to nie chcecie placic!? tak! no i sie udalo,bo bylo juz pozno i za 4 godziny zamykali, wiec wpuscili nas za darmo...ech:)
no wiec bylismy na wesolym:) kolejek,karuzel itp bylo pelno,ale za niektore bylo trzeba dodatkowo placic,np za tor cartingowy,scianke wspinaczkowa czy latanie na linie. na poczatek poszlismy na kelejke...uuu,troche to trwalo nim sie dostalismy,bo to byla sobota,wiec bylo pelno ludzi,a w dodatku tutaj,to ostatni weekend wakacji.po jakis 45 min bylismy w kolejce... ruszyla... o,boze, najpierw powoli na sam szczyt,a potem pedem w dol i to pod takim katem, ze bylam pewna, ze wylece z wagonika,a marcin jeszcze...aaa,rece do gory (wariat!),a jak juz zjechala na sam dol,to potem do gory...myslalam,ze glowe zgubie...no i tak kilka razy...potem pod mostem, wiec myslalam, ze rece polamia tym,ktorzy je wystawili,potem nagle flesze i robia zdjecia,a potem gwaltownie zachamowal! uuu,trwalo to tylko minute,ale przezyc mialam tyle,ze ho ho.
z kolejki poszlismy zobaczyc jak wyszlismy na zdjeciach...tu komentarz jest niepotrzebny... potem poszlimsy na lodki(takie okragle pontony,gdzie wszyscy siedza w kolko i trzmaja sie poreczy z przodu,a ponton plynie na falach i co chwila ktos jest mokry,a na koniec byl wodospad,wiec wszystkich rowno oblalo.ale najgorze bylo ,to ze juz bylo pozno i zimno,a my bylismy cali mokrzy (ja to bylam tak mokra,ze nawet mi gacie zafarbowaly od jeansow). po lodkach na kolejna kolejke... a na kazdej kolejce... nim ona sie rozpedzi :milo bylo cie poznac i aaaa! a ta kolejka ,to byla taka,ze raz sie jechalo narmalnie,a raz do gory nogami,a potem wszystko to samo,ale jadac do tylu...uuu. potem wrocilismy na pierwsza kolejke ,bo byla najfajniejsza,ale cos sie popsulo i byla chwilowo nieczynna, wiec poszlismy na samochidzki, hihi,troche sie pozdezalismy:) a w drodze na samochodziki spytalismy sie jakies kobiety,ktora chodzila ze zmiatka,jak trafic na te samochodziki... a ona miala tabliczke z imieniem: eva,a ponizej bylo napisane:czech republik... hmm,ale swiat maly,no wiec marcin do niej,ze ja jestem z polski,a ja na to,ze tez ewa...ale jakas ona niekumata byla,bo sie nawet nie usmiechnela.a w ogole,to na tym wesolym,to glownie grubasy i murzyni... hmm.no ale podsumowujac: bylo fajnie i za darmo:)
ale jak wrocilismy do samochod,to od razu wlaczylismy podgrzewanie fotela,bo ciagle bylismy mokrzy... i pomyslec,ze kaska w tym czasie latala miedzy stolikami...no i ze ja tez moglabym sie tak meczyc..hihi
ewa_na wakacjach
na lotnisku kazali biec do gate,bo juz pozno...no to poszlismy,a tam juz prawie nikogo nie ma... stoimy,stoimy...a tu nagle ze sto osob z bagazami wyszlo spowrotem z odprawy,bo cos tam sie stalo i musza jeszcze raz przejsc kontrole... stoimy, stoimy...marcin poszedl izce kupic kawe i gazety... stoimy...kolejka sie przesuwa,izka przepusza ludzi i czeka na marcina... stoimy,stoimy... w koncu marcin sie znalazl ,ale bez kawy,ale chociaz z gazetami... stoimy,stoimy... biegna jakies panie-oficerki... stoimy,stoimy... kazali zdjac buty... stoimy,stoimy...ok,izka zniknela za gate, a my poszlismy...a izka miala tylko 30 min w denver na przesiadke,a ze miala opoznienie przez ta podwoja i szczegolowa kontrole,to nie zdazyla w denver i czekala dwie godziny...a w tym czasie ja z marcinem zamowilismy dormowy obiad u marcina w hotelu (bo on jest menagerem,wiec ma za darmo,a ja bede gosciem:) zamowilismy przez telefon i pojechalismy do sklepu:)
kilka razy slyszlam o tym sklepie i marcin mowil,ze ludzie sie nim zachwycaja,ze taki wielki i w ogole,no wiec pojechalismy,bo to bylo po drodze...na parginku stal wielki tir promujacy jakas telewizje czy cos takiego,w kazdym razie mozna bylo za darmo pograc sobie w wyscigi samochodowe na play station, no wiec zagralismy (glownie to polegala na tym, kto kogo bardziej stuknie:)potem poszlismy do sklepu...ale to nie bylo nic nadzwyczajnego, wiec nie wiem czemu sie ludzie tak ekscytuja tym sklepem... potem poszlimsy do innego sklepu (no ten,to byl...inny). bylo to polaczenie muzeum przyrody i sklepu. na scianach wisialy wypchane trofea.co rusz jakies
inscenizacje walki zwierzat...gdy patrzylam na to wszystko,to bylam bliska przejscia na wegetarianizm.fu!
ze sklepu ruszylismy w strone marcina hotelu na obiad...ale zadzwonil do szefowej i okazalo sie ,ze nie musi juz jechac do pracy,wiec na obiad tez nie pojechalismy,bo pojechalismy do domu na szybkie siku i by wziasc kupon na lody (kupujesz jeden,a drugi gratis). no wiec siku,kupon do reki i na lody...ech, pyszne byly te lody:) zamowilismy po jednej galce,ale pol jeden smak i pol inny smak... ale te kulki byly takie duze,ze pol truskawkowej bylo jak normalne dwie...a w srodku byly prawdziwe cale truskawki:) tylko troche zmarzniete:) ale z lodziarni pojechalismy na wesole miasteczko...
wesole kosztuje 17 dolcow,a my postanowilismy wejsc za darmo:) jak sie wchodzi i potem wychodzi, to stawiaja pieczatke na rece,by nie placic drugi raz za wejscie.wiec plan byl taki... idziemy i jak beda chcili sprawdzic czy mamy pieczatki,to mowimy,ze sie zmyly...myslalam,ze lekko pojdzie,ale jak sie dowiedzialam,ze te pieczatki sa z farby ultrafioletowej,to nawet nie wiadomo na ktorej rece stawiaja.a poza tym,to sie trudno zmywa,ale o tym to mi marcin powiedzial jak juz bylismy przy wejsciu... o.nie,ja sie nie bede narazac na dodatkowy stres i to na wlasne zyczenie...
by nie zwracac na siebie uwagi przeszlismy obok i ja usiadlam na lawce ,a marcin kombinowal... zobaczyl,ze jest jakas droga,ktora chodza pracownicy...no wiec poszlismy nia...mijali nas rozni pracownicy,ale nikt nie zapytal sie co tu robimy,no wiec sobie idziemy i idziemy,a tu zakret i nie widac co jest za zakretem...wiec jak tam bedzie jakas kontrola,to szukamy jakiegos faceta,ktory tu pracuje,a ja udaje ze nic nie rozumiem:) tymbardziej,ze mialam koszulke z kortowiady,wiec i tak nikt nie mogl przeczytac co to za znaczki mam na koszulce. no wiec skerecilismy za zakret...a tam nikogo ni ma..no wiec sobie idziemy i :juz!?a marcin:tak juz, juz jestesmy w srodku... hehe, juz nigdy nie bede placil ,bo bede tedy wchodzil:) no wiec poszlismy do wejscia, postawili nam pieczatke i juz bylismy legalnie:)
poszlismy na parking przestawic samochod,bo stal w strefie pick up,wiec mogl tam stac tylko chwile, by kogos zabrac lub cos takiego. no wiec poszlismy do tych,ktorzy stali na bramie i wpuszczali smochody na parking,czyli do tych,ktorym sie placilo za praging...no i marcin zagadal,ze nie moze znalezc siostry i czy moze postawic na parkingu,bo boi sie,ze tam gdzie stoi ,to moga mu swisnac...no wiec wkoncu facet na bramie zorientowal sie i zapytal :to nie chcecie placic!? tak! no i sie udalo,bo bylo juz pozno i za 4 godziny zamykali, wiec wpuscili nas za darmo...ech:)
no wiec bylismy na wesolym:) kolejek,karuzel itp bylo pelno,ale za niektore bylo trzeba dodatkowo placic,np za tor cartingowy,scianke wspinaczkowa czy latanie na linie. na poczatek poszlismy na kelejke...uuu,troche to trwalo nim sie dostalismy,bo to byla sobota,wiec bylo pelno ludzi,a w dodatku tutaj,to ostatni weekend wakacji.po jakis 45 min bylismy w kolejce... ruszyla... o,boze, najpierw powoli na sam szczyt,a potem pedem w dol i to pod takim katem, ze bylam pewna, ze wylece z wagonika,a marcin jeszcze...aaa,rece do gory (wariat!),a jak juz zjechala na sam dol,to potem do gory...myslalam,ze glowe zgubie...no i tak kilka razy...potem pod mostem, wiec myslalam, ze rece polamia tym,ktorzy je wystawili,potem nagle flesze i robia zdjecia,a potem gwaltownie zachamowal! uuu,trwalo to tylko minute,ale przezyc mialam tyle,ze ho ho.
z kolejki poszlismy zobaczyc jak wyszlismy na zdjeciach...tu komentarz jest niepotrzebny... potem poszlimsy na lodki(takie okragle pontony,gdzie wszyscy siedza w kolko i trzmaja sie poreczy z przodu,a ponton plynie na falach i co chwila ktos jest mokry,a na koniec byl wodospad,wiec wszystkich rowno oblalo.ale najgorze bylo ,to ze juz bylo pozno i zimno,a my bylismy cali mokrzy (ja to bylam tak mokra,ze nawet mi gacie zafarbowaly od jeansow). po lodkach na kolejna kolejke... a na kazdej kolejce... nim ona sie rozpedzi :milo bylo cie poznac i aaaa! a ta kolejka ,to byla taka,ze raz sie jechalo narmalnie,a raz do gory nogami,a potem wszystko to samo,ale jadac do tylu...uuu. potem wrocilismy na pierwsza kolejke ,bo byla najfajniejsza,ale cos sie popsulo i byla chwilowo nieczynna, wiec poszlismy na samochidzki, hihi,troche sie pozdezalismy:) a w drodze na samochodziki spytalismy sie jakies kobiety,ktora chodzila ze zmiatka,jak trafic na te samochodziki... a ona miala tabliczke z imieniem: eva,a ponizej bylo napisane:czech republik... hmm,ale swiat maly,no wiec marcin do niej,ze ja jestem z polski,a ja na to,ze tez ewa...ale jakas ona niekumata byla,bo sie nawet nie usmiechnela.a w ogole,to na tym wesolym,to glownie grubasy i murzyni... hmm.no ale podsumowujac: bylo fajnie i za darmo:)
ale jak wrocilismy do samochod,to od razu wlaczylismy podgrzewanie fotela,bo ciagle bylismy mokrzy... i pomyslec,ze kaska w tym czasie latala miedzy stolikami...no i ze ja tez moglabym sie tak meczyc..hihi
ewa_na wakacjach
12 sierpnia 2004
wywalili mnie
wylali mnie z pracy!!!nie,nie zartuje!ja tez myslalam,ze to zart,ale sie okazalo...ze to nie zart! we wtorek po pracy dwoch menagerow zawolalo mnie do biura ,kazali usiasc w fotelu i zaczlo sie...myslalam,ze jak zwykle zartuja,bo oni ciagle zartuja i do rozmowy z marcinem,ktora odbyla sie przed chwila ciagle nie bylam pewna czy to nie kolejny zart.
tak wiec,kazali usiasc i jeden mowil,a drugi cos tam pisal.no i mowil...nawet nie wiem dokladnie co, bo nie dosc,ze wszystkiego nie rozumiem,to puszczalam czesc mimo uszy i ciagle sie smialam, bo bylam pewna,ze to glupi kawal. no i cos mi dali do podpisania i kazali skomentowac,wiec napisalam: funny,ha,ha,ha i podpisalam sie,ale w sumie,to nie jest moj podpis,bo uznalam,ze nie bede podpisywac czegos,co nie umiem przeczytac,wiec namazgralam tylko 'w',a gdy bylo trzeba tez drukowanymi,to jeszcze bardziej namazrgalam i sobie poszlam.
Spytalam sie jeden kelnerki, ktora tu dlugo pracuje ,czy to mozliwe,czy to zart,bo powod wypowiedzenie to to,ze nie spelniam oczekiwac kelnerki w tej restauracji (bo to specyficzna restauracja,ale o tym pozniej).to wiec ona powiedziala,ze to niemozliwe,tymbardziej,ze jest duzo wiecej kelnerek,ktore mniej sprzedaja niz ja i takie tam. no wiec sie wrocilam do biura,a tam kaska probowala dojsc o co chodzi.a menager powiedzial,ze on wcale nie zartowal,ze to tylko ewa sie smiala,ale na pytanie czego ja nie spelniam, a co kaska spelnia,to nie umial odpowidzec i ciagle tylko,ze nie spelnia oczekiwan i ze oni nic nie wiedza,ze oni to dostali z gory...hmmm.no to sie obrocilam na piecie i poszlam do domu.
W domu byl marcin,bo przyjechal na lunch,wiec mu pokazalam moja kopie wypowiedzenia,a on jak zobaczyl moj komentarz,to tez byl pewien ,ze to zart,ale zadzwonil do restauracji,by sie dowiedziec o co dokladnie chodzi.a tam menareg,ze nie spelnia oczekiwac i ze on wicej nie wie.to marcin sie pyta,kto podjal ta decyzje.a on,ze to nie jedna osoba,ze tu wszyscy razem podejmuja decyzje.ale marcin spytal sie czy moze rozmawiac z davem (glowny menager,ktory nas polecil,bo zna marcina), ale oczywiscie dava nie bylo...potem przyszla izka i zalamala rece...bo kolejna przygoda:( i kolejny problem:( ale i tak sie nic nie dalo zrobic poki marcin nie porozmawia z davem,wiec bylo trzeba czekac do jutra...
jutro nadeszlo i marcin poszedl do pracy i z pracy mial zadzwonic do dava. dzwonil kilka razy,a dave albo byl na spotkaniu albo zajety albo mial jakas rozmowe przez telefon...jak nigdy teraz nie mial ani chwili...ale w koncu popoludniu marcin z nim pogadal i jak wrocil do domu,to powiedzial o co chodzi... oczywiscie do konca,to sam nie wiedzial,bo tez mu nie chcial powiedziec:ze nie spelnia oczekiwac na tej pozycji w tej restauracji...ze tutaj jest taka atmosfera,w ktora ewa sie nie wkrecila... ze po prostu nie pasuje tutaj...ze przez 90 dni jest czas,by zdecydowac czy pasuje czy nie,i uznali,ze nie.no to marcin spytal sie czy jest szansa,bym pracowal jeszcze 3 tygodnie, bo jeszcze tyle bede w stanach,a teraz bedzie trudno znalezc prace i ze ewa bardzo lubi te prace i ze ewa sie przejela i ze ewa plakala (musial nazmyslac jak to zawsze w stanach bywa :trzeba ludziom wchodzic w tylek ,by cie lubili),ale on powiedzial,ze juz sie nie da nic zrobic i do widzenia. no wiec teraz juz wiem,ze to nie byl zart.
izka to skomentowala tak,ze za malo sie malowalam,bo ona mi zawsze kazala mocniej,a ja nie chcialam, a inne kelnerki byly mocniej (bo to chyba glowny zarzut,bo przeciez nie wywalili mnie chyba za male cycki.bo nasze uniformy,to takie koszulki na ramionczkach z dekoltem,wiec widac ktora jakie ma cycki.wiec wszystki kelnerki nosza staniki powiekszajace cycki,a kilka to nawet nosi po dwa staniki i sie tego nie wstydzi...a ja sie nie wstydze tego jakie mam,i za nic dwoch stanikow bym nie nalozyla,bo z tylu widac,ze sa dwa zapiecia i w ogole po prostu widac.wiec ja swoja koszulka podciagalam wysoko z przodu,wiec wygladala jakby miala specjalnie mniejsze wyciecie,a ja sie lepiej czulam,jak nie mialam cyckow na wierzchu.ale nie myslcie,ze to nie wiadomo jaka obskorna restauracji, bo tak nie jest,bo po prostu ja nie lubie koszulek z duzym dekoltem,no i chyba nie pasuje jako cheerleaderka). innych powodow wywalenia mnie nie widze,bo wszystko robilam dobrze,a menagerowie mowili,ze mnie lubia i ze robie great job.no wiec teraz to juz nie wiem o co chodzi,bo czemu jednego dnia mowia,ze swietnie pracuje, przybijaja mi pietki,pokazuja ok,mowia,ze wow,duzo sprzedalam,a drugiego dnia sie naradzaja i uznaja,ze jednak najgorzej pracuje.ech, od poczatku ta ameryka mi sie nie podobala! no wiec znowu jestem na bezrobociu...
kaska wczoraj poszla sama do pracy,a jak sie ktoras kelnerka pytala czemu mnie nie ma i kaska mowila prawde,to nikt nie mogl uwierzyc.a tego dni znowu bylo za duzo kelnerek i az 7 musialo isc do domu,wiec i kaska sie zglosila,bo samej jej sie nie chce pracowac (bo jak pracowalysmy razem, to sobie pomagalysmy:jak duzo picia bylo trzeba zaniesc,to szlysmy razem,jak bylo duzo klientow,to bralysmy zamowienia od siebie lub cale stoliki,gdy druga miala wiecej czasu i sobie pomagalysmy... ech,co zrobia ci klienci,co przychodza tylko dla mnie i jak kaska sobie poradzi:) !?
tak wiec, siedze teraz w domu i z nudow sprzatam,zmywam,piore i kosze trawnik...a co do koszenia trawnikow,to marcin wymyslil,ze moge ludziom na osidlu kosic trawnik za 25$. Zrobilismy juz dzis ulotki na komputerze,jutro pojedzimy zrobic 200 kopii,bo tu jest 200 domow, no a potem czekam na telefon, laduje kosiarke i w droge trzy domu dalej po 25 dolcow:) ech, jeszcze na tym lepiej wyjde niz kaska,ktora ciagle pracuje jako kelnerka:) no i nie musze odprowadzac podatkow ani bawic sie w zadne papierki,a kase mam od razu do reki:) a jesli
nikt nie zadzwoni,to co...mam wakacje,wiec chyba nie powinnam marudzic,ze nie mam pracy:) ech,wole wierzyc,ze tak mialo byc;ze zwolnili mnie i dzieki temu dostane lepsza szanse:)
tak wiec teraz,to sie nawet ciesze:) dzis w ramach probu skosilam nasz trawnik...z tymi amerykanskimi trawnikami to jest tak,ze je sie strzyze w paski,wiec musze latac prawo,lewo i tak caly trawnik,a nie jak mi sie ze chce,ale marcin mi juz pokazal i nawet calkiem,calkiem mi wyszlo:) no wiec teraz bede kosic trawniki!
ewa_na bezrobociu
tak wiec,kazali usiasc i jeden mowil,a drugi cos tam pisal.no i mowil...nawet nie wiem dokladnie co, bo nie dosc,ze wszystkiego nie rozumiem,to puszczalam czesc mimo uszy i ciagle sie smialam, bo bylam pewna,ze to glupi kawal. no i cos mi dali do podpisania i kazali skomentowac,wiec napisalam: funny,ha,ha,ha i podpisalam sie,ale w sumie,to nie jest moj podpis,bo uznalam,ze nie bede podpisywac czegos,co nie umiem przeczytac,wiec namazgralam tylko 'w',a gdy bylo trzeba tez drukowanymi,to jeszcze bardziej namazrgalam i sobie poszlam.
Spytalam sie jeden kelnerki, ktora tu dlugo pracuje ,czy to mozliwe,czy to zart,bo powod wypowiedzenie to to,ze nie spelniam oczekiwac kelnerki w tej restauracji (bo to specyficzna restauracja,ale o tym pozniej).to wiec ona powiedziala,ze to niemozliwe,tymbardziej,ze jest duzo wiecej kelnerek,ktore mniej sprzedaja niz ja i takie tam. no wiec sie wrocilam do biura,a tam kaska probowala dojsc o co chodzi.a menager powiedzial,ze on wcale nie zartowal,ze to tylko ewa sie smiala,ale na pytanie czego ja nie spelniam, a co kaska spelnia,to nie umial odpowidzec i ciagle tylko,ze nie spelnia oczekiwan i ze oni nic nie wiedza,ze oni to dostali z gory...hmmm.no to sie obrocilam na piecie i poszlam do domu.
W domu byl marcin,bo przyjechal na lunch,wiec mu pokazalam moja kopie wypowiedzenia,a on jak zobaczyl moj komentarz,to tez byl pewien ,ze to zart,ale zadzwonil do restauracji,by sie dowiedziec o co dokladnie chodzi.a tam menareg,ze nie spelnia oczekiwac i ze on wicej nie wie.to marcin sie pyta,kto podjal ta decyzje.a on,ze to nie jedna osoba,ze tu wszyscy razem podejmuja decyzje.ale marcin spytal sie czy moze rozmawiac z davem (glowny menager,ktory nas polecil,bo zna marcina), ale oczywiscie dava nie bylo...potem przyszla izka i zalamala rece...bo kolejna przygoda:( i kolejny problem:( ale i tak sie nic nie dalo zrobic poki marcin nie porozmawia z davem,wiec bylo trzeba czekac do jutra...
jutro nadeszlo i marcin poszedl do pracy i z pracy mial zadzwonic do dava. dzwonil kilka razy,a dave albo byl na spotkaniu albo zajety albo mial jakas rozmowe przez telefon...jak nigdy teraz nie mial ani chwili...ale w koncu popoludniu marcin z nim pogadal i jak wrocil do domu,to powiedzial o co chodzi... oczywiscie do konca,to sam nie wiedzial,bo tez mu nie chcial powiedziec:ze nie spelnia oczekiwac na tej pozycji w tej restauracji...ze tutaj jest taka atmosfera,w ktora ewa sie nie wkrecila... ze po prostu nie pasuje tutaj...ze przez 90 dni jest czas,by zdecydowac czy pasuje czy nie,i uznali,ze nie.no to marcin spytal sie czy jest szansa,bym pracowal jeszcze 3 tygodnie, bo jeszcze tyle bede w stanach,a teraz bedzie trudno znalezc prace i ze ewa bardzo lubi te prace i ze ewa sie przejela i ze ewa plakala (musial nazmyslac jak to zawsze w stanach bywa :trzeba ludziom wchodzic w tylek ,by cie lubili),ale on powiedzial,ze juz sie nie da nic zrobic i do widzenia. no wiec teraz juz wiem,ze to nie byl zart.
izka to skomentowala tak,ze za malo sie malowalam,bo ona mi zawsze kazala mocniej,a ja nie chcialam, a inne kelnerki byly mocniej (bo to chyba glowny zarzut,bo przeciez nie wywalili mnie chyba za male cycki.bo nasze uniformy,to takie koszulki na ramionczkach z dekoltem,wiec widac ktora jakie ma cycki.wiec wszystki kelnerki nosza staniki powiekszajace cycki,a kilka to nawet nosi po dwa staniki i sie tego nie wstydzi...a ja sie nie wstydze tego jakie mam,i za nic dwoch stanikow bym nie nalozyla,bo z tylu widac,ze sa dwa zapiecia i w ogole po prostu widac.wiec ja swoja koszulka podciagalam wysoko z przodu,wiec wygladala jakby miala specjalnie mniejsze wyciecie,a ja sie lepiej czulam,jak nie mialam cyckow na wierzchu.ale nie myslcie,ze to nie wiadomo jaka obskorna restauracji, bo tak nie jest,bo po prostu ja nie lubie koszulek z duzym dekoltem,no i chyba nie pasuje jako cheerleaderka). innych powodow wywalenia mnie nie widze,bo wszystko robilam dobrze,a menagerowie mowili,ze mnie lubia i ze robie great job.no wiec teraz to juz nie wiem o co chodzi,bo czemu jednego dnia mowia,ze swietnie pracuje, przybijaja mi pietki,pokazuja ok,mowia,ze wow,duzo sprzedalam,a drugiego dnia sie naradzaja i uznaja,ze jednak najgorzej pracuje.ech, od poczatku ta ameryka mi sie nie podobala! no wiec znowu jestem na bezrobociu...
kaska wczoraj poszla sama do pracy,a jak sie ktoras kelnerka pytala czemu mnie nie ma i kaska mowila prawde,to nikt nie mogl uwierzyc.a tego dni znowu bylo za duzo kelnerek i az 7 musialo isc do domu,wiec i kaska sie zglosila,bo samej jej sie nie chce pracowac (bo jak pracowalysmy razem, to sobie pomagalysmy:jak duzo picia bylo trzeba zaniesc,to szlysmy razem,jak bylo duzo klientow,to bralysmy zamowienia od siebie lub cale stoliki,gdy druga miala wiecej czasu i sobie pomagalysmy... ech,co zrobia ci klienci,co przychodza tylko dla mnie i jak kaska sobie poradzi:) !?
tak wiec, siedze teraz w domu i z nudow sprzatam,zmywam,piore i kosze trawnik...a co do koszenia trawnikow,to marcin wymyslil,ze moge ludziom na osidlu kosic trawnik za 25$. Zrobilismy juz dzis ulotki na komputerze,jutro pojedzimy zrobic 200 kopii,bo tu jest 200 domow, no a potem czekam na telefon, laduje kosiarke i w droge trzy domu dalej po 25 dolcow:) ech, jeszcze na tym lepiej wyjde niz kaska,ktora ciagle pracuje jako kelnerka:) no i nie musze odprowadzac podatkow ani bawic sie w zadne papierki,a kase mam od razu do reki:) a jesli
nikt nie zadzwoni,to co...mam wakacje,wiec chyba nie powinnam marudzic,ze nie mam pracy:) ech,wole wierzyc,ze tak mialo byc;ze zwolnili mnie i dzieki temu dostane lepsza szanse:)
tak wiec teraz,to sie nawet ciesze:) dzis w ramach probu skosilam nasz trawnik...z tymi amerykanskimi trawnikami to jest tak,ze je sie strzyze w paski,wiec musze latac prawo,lewo i tak caly trawnik,a nie jak mi sie ze chce,ale marcin mi juz pokazal i nawet calkiem,calkiem mi wyszlo:) no wiec teraz bede kosic trawniki!
ewa_na bezrobociu
9 sierpnia 2004
krawczyki wyjechaly
krawczyki wyjechaly...tego samego dnia wyjechala izka na interview do chicago,ale juz dzisiaj ma wracac...ale poki co to jestesmy same z marcinem i czekamy tylko na jakies informacje z interview lub z drogi od krawczykow i grusznisow (bo krwaczyki jada razem z marcina rodzicami i mlodszym bratem marcina,potem dolaczy sie do nich kuzyn adam i izka, grusznisowie wracaja, potem dolaczamy sie my,czyli ja ,kaska i marcin,potem krawczyki wylatuja do polski,my jedziemy do vegas,a potem my wracamy do kansas...troche to zawile:) tak wiec siedzimy i czekamy na jakies wiesci...
a w pracy... zaraz jedziemy dac glownemu menagerowi xero listu od ciee w sprawie naszych podatkow,bo chyba zgubili poprzedni i dlatego ciagle nie mamy wyplaty. moze w koncu cos sie na dniach wyjasni... a jutro znowu na caly dzien do pracy...juz mi sie nie chce:( ile moze ciagle gadac do samo o sobie i to samo menu polecac:( dobrze ,ze jeszcze tylko miesiac:) nie wyobrazam sobie,jak inne kelnerki moga tu pracowac latami!?
a ostatnio byla u nas w restauracji pani clown! powiedziala,ze jest clownem z powolania i chodzila miedzy stolikami i robila wszystko,doslownie wszystko z takich podluznych balonow.jejq, byla niesamowita, zrobila rozowa pantere, zyrafe, serce, kwietki,kapelusze, biedronke, karabin... co kto chcial,to robila,byla niesamowita:)
a jeszcze przed wyjazdem krawczykow,to bylismy z nimi u nas w restauracji jako goscie i... ja z kaska balysmy sie,ze skomentuja nasze stroje (spodenki i koszulki-niby nic jak na amerykanskie warunki,ale nie wyobrazam sobie takiej restauracji i takich stroi w polsce)...no ale oni tylko o tym, ze tu glosno i trzeba krzyczec jak sie rozmawia (bo u nas jest taka atmosfera..hmm... mowia nam ,ze mamy byc jak cheerleaderki: energia i usmiech... wkolo pelno telwizorow wlaczonych tylko na kanaly sportowe i w ogole luz blues),no wiec chyba im sie podobalo i zarcie dobre,ale tluste...tyle,ze glosno....
A dwa dni pozniej jak my pracowalysmy,to przyszli zobaczyc jak sobie radzimy i porobic zdjecia i nakrecic cos... i na wstepie powiedzili,ze krecic nie wolno,ale zdjecia, to robili co chwila. usiedli przy kaski stoliku,wiec kaska wie lepiej co mowili,bo ja to nie mialam za duzo czasu z nimi gadac, bo mialam duzo klientow.kaska chciala ,by usiedli u niej,bo miala duzo wolnych stolikow,a za chwile mialo przyjsc jakies party na kilkanascie osob,a kaska miala juz w tym dniu kilka party i juz miala dosc,wiec krawczyki siadly,a party wzial ktos inny...a tego dnia tez bylysmy caly dzien w pracy,wiec jak przysli,to my juz ledwo na nogach stalysmy:( no dobra.to tyle o nich i pracy.
ostatnio bylysmy na zakupach w wielkim centrum handlowym i jak to czesto bywa: jak wyszlysmy, to nie moglysmy znalesc auta... szukalysmy chyba pol godziny,a slonce bylo coraz wieksze:( w koncu weszlysmy spowrotem do sklepu i okazalo sie ze wyszlysmy nie przez ten sklep,bo na drugim koncu centrum handlowego jest ten sam sklep...no wiec znowu musialysmy przejsc przez cale centrum,a jak wyszlysmy na podworko,to wszystko wygladalo tak samo... poza faktem,ze miedzy tysiacami samochodow byl nasz:)a dokladniej marcina,bo pozyczylysmy jego,a nie mialysmy pilota,tylko kluczyk,wiec nawet nie moglysmy wlaczyc alarmu i szukac na sluch... ale bylysmy wkurzune!
ech,a co do naszego samochodu,to w koncu nie mamy ubezpieczenia i chyba nie bedziemy robic, bo rejestracje mamy do 28,a ubezpiecznie byloby wazne na miesiac od dnia zakupu,wiec po co mamy placic polowe na darmo tyle kasy,skoro jeszcze na tydzien lecimy do LA,wiec nie bedziemy uzywac, a 28 moze sie okazac,ze znowu mamy inny samochod...a jakby nas policja zatrzymala,to i tak nie chce ubezpieczenia, bo jest tylko potrzebne przy wypadku...tak wiec jezdzmy ostroznie:)
no to tymczasem:)
a w pracy... zaraz jedziemy dac glownemu menagerowi xero listu od ciee w sprawie naszych podatkow,bo chyba zgubili poprzedni i dlatego ciagle nie mamy wyplaty. moze w koncu cos sie na dniach wyjasni... a jutro znowu na caly dzien do pracy...juz mi sie nie chce:( ile moze ciagle gadac do samo o sobie i to samo menu polecac:( dobrze ,ze jeszcze tylko miesiac:) nie wyobrazam sobie,jak inne kelnerki moga tu pracowac latami!?
a ostatnio byla u nas w restauracji pani clown! powiedziala,ze jest clownem z powolania i chodzila miedzy stolikami i robila wszystko,doslownie wszystko z takich podluznych balonow.jejq, byla niesamowita, zrobila rozowa pantere, zyrafe, serce, kwietki,kapelusze, biedronke, karabin... co kto chcial,to robila,byla niesamowita:)
a jeszcze przed wyjazdem krawczykow,to bylismy z nimi u nas w restauracji jako goscie i... ja z kaska balysmy sie,ze skomentuja nasze stroje (spodenki i koszulki-niby nic jak na amerykanskie warunki,ale nie wyobrazam sobie takiej restauracji i takich stroi w polsce)...no ale oni tylko o tym, ze tu glosno i trzeba krzyczec jak sie rozmawia (bo u nas jest taka atmosfera..hmm... mowia nam ,ze mamy byc jak cheerleaderki: energia i usmiech... wkolo pelno telwizorow wlaczonych tylko na kanaly sportowe i w ogole luz blues),no wiec chyba im sie podobalo i zarcie dobre,ale tluste...tyle,ze glosno....
A dwa dni pozniej jak my pracowalysmy,to przyszli zobaczyc jak sobie radzimy i porobic zdjecia i nakrecic cos... i na wstepie powiedzili,ze krecic nie wolno,ale zdjecia, to robili co chwila. usiedli przy kaski stoliku,wiec kaska wie lepiej co mowili,bo ja to nie mialam za duzo czasu z nimi gadac, bo mialam duzo klientow.kaska chciala ,by usiedli u niej,bo miala duzo wolnych stolikow,a za chwile mialo przyjsc jakies party na kilkanascie osob,a kaska miala juz w tym dniu kilka party i juz miala dosc,wiec krawczyki siadly,a party wzial ktos inny...a tego dnia tez bylysmy caly dzien w pracy,wiec jak przysli,to my juz ledwo na nogach stalysmy:( no dobra.to tyle o nich i pracy.
ostatnio bylysmy na zakupach w wielkim centrum handlowym i jak to czesto bywa: jak wyszlysmy, to nie moglysmy znalesc auta... szukalysmy chyba pol godziny,a slonce bylo coraz wieksze:( w koncu weszlysmy spowrotem do sklepu i okazalo sie ze wyszlysmy nie przez ten sklep,bo na drugim koncu centrum handlowego jest ten sam sklep...no wiec znowu musialysmy przejsc przez cale centrum,a jak wyszlysmy na podworko,to wszystko wygladalo tak samo... poza faktem,ze miedzy tysiacami samochodow byl nasz:)a dokladniej marcina,bo pozyczylysmy jego,a nie mialysmy pilota,tylko kluczyk,wiec nawet nie moglysmy wlaczyc alarmu i szukac na sluch... ale bylysmy wkurzune!
ech,a co do naszego samochodu,to w koncu nie mamy ubezpieczenia i chyba nie bedziemy robic, bo rejestracje mamy do 28,a ubezpiecznie byloby wazne na miesiac od dnia zakupu,wiec po co mamy placic polowe na darmo tyle kasy,skoro jeszcze na tydzien lecimy do LA,wiec nie bedziemy uzywac, a 28 moze sie okazac,ze znowu mamy inny samochod...a jakby nas policja zatrzymala,to i tak nie chce ubezpieczenia, bo jest tylko potrzebne przy wypadku...tak wiec jezdzmy ostroznie:)
no to tymczasem:)
4 sierpnia 2004
porzadek jak nigdy
dzis wielki dzien...wielkie sprzatanie,bo przyjezdzaja rodzice kaski i izki...ech. od rana zrobilysmy juz trzy prania, zmywanie, odkurzanie, zamiatanie itd.
ale najwieksza przygode mialysmy z psami,bo...uciekly! wypuscilysmy je do ogrodu, by sie wysikaly i po jakims czasie kaska zaglada do ogrodu,a tam furtka otwarta ,a po psach ani sladu! wczoraj mis tez uciekl,bo wyrwal sie izke ze smyczy,ale dzis namowil tez lole do ucieczki i poszli w dluga i tyle ich bylo widac...no wiec do samochodu i jezdzmy po osiedlu i krzyczymy:lola,lola (misia nie ma co wolac, bo on sie nigdy nie slucha),jezdzimy w kolko i jedzimy i w koncu zobaczylismy faceta przed garazem, wiec kaska sie pyta czy nie widzial haskiego i loli...a facet: haskiego i ...co? no,kasce sie pomylilo i zamial pudel to powiedziala lola (tak jak wczoraj,jak zbierala zamowienie, to powiedziala:coors light,tak? -to takie piwo,ale miala powiedziec:coors light, right? ech...placza sie nam jezyki!
ale wracajac do sprzatania,to juz wszystko lsni( my sie tez:) (wszystko poza psami,ktore znalazlysmy na basenie,gdzie robily furore,bo ludzie biegali za nimi,wiec sa teraz troche brudne i za kare siedza w garazu)...a kaska czeka teraz na marcina i jada po izke ,a potem na lotnisko... na mnie juz nie starczylo miejsca,ale i tak prawdopodobnie kaska bedzie musiala siedziec na walizkach,bo troche ciasno bedzie w piec osob i bagaze w jednym aucie...wiec ja mam czas w koncu cos napisac:)
z nowosci,to mamy juz ubezpieczenie na samochod,tylko na kaske,bo na dwie osoby,to by wiecej kosztowalo,a kaska sie boi jechac samochodem jak ktos inny jest kierowca niz ona,ale jakos znosi ten bol dosyc czesto,jak ja prowadze,izka czy marcin...hmm. no wiec mamy ubezpieczenie i jakos jezdzmy tym naszym nowym starym autem. nowe,bo mamy je od niedawna,ale stare,bo na kazdej dziurze tak halasuje jakby mialo sie rozpasc...ale najfajniejsza jest klimatyzacja.wczoraj bylo tak goraco,ze nie dalo sie bez klimy jechac,wiec odzalowalysmy te pare dolarow i wlaczylysmy klime i...hmm... zero efektu...zero jak samochod stal,a jak ruszal,to cos jakby probowalo wiac,wiec by cos czuc musialam przykladac glowe do wylotow...ale na swiatlach musialysmy odkrecac szyby,bo klima nie dzialala,a tak to chociaz goracy wiatr wial...zawsze to lepiej niz tylko slonce zza szyby...
ech,taki upal byl,ze nasza tymczasowa rejestracja,ktora jest przyklejona na tasme do szyby... odkleila sie,bo tasma sie stopila...jak widac przygoda goni przygode... ech...wlasnie przyjechal marcin i zabral kaske,wiec juz jada po rodzicow ,wiec juz koncze,bo musze sie przygotowac i ogarnac ostatni syf...no to do nastepnego...
ewa_lsniaca ewa
ale najwieksza przygode mialysmy z psami,bo...uciekly! wypuscilysmy je do ogrodu, by sie wysikaly i po jakims czasie kaska zaglada do ogrodu,a tam furtka otwarta ,a po psach ani sladu! wczoraj mis tez uciekl,bo wyrwal sie izke ze smyczy,ale dzis namowil tez lole do ucieczki i poszli w dluga i tyle ich bylo widac...no wiec do samochodu i jezdzmy po osiedlu i krzyczymy:lola,lola (misia nie ma co wolac, bo on sie nigdy nie slucha),jezdzimy w kolko i jedzimy i w koncu zobaczylismy faceta przed garazem, wiec kaska sie pyta czy nie widzial haskiego i loli...a facet: haskiego i ...co? no,kasce sie pomylilo i zamial pudel to powiedziala lola (tak jak wczoraj,jak zbierala zamowienie, to powiedziala:coors light,tak? -to takie piwo,ale miala powiedziec:coors light, right? ech...placza sie nam jezyki!
ale wracajac do sprzatania,to juz wszystko lsni( my sie tez:) (wszystko poza psami,ktore znalazlysmy na basenie,gdzie robily furore,bo ludzie biegali za nimi,wiec sa teraz troche brudne i za kare siedza w garazu)...a kaska czeka teraz na marcina i jada po izke ,a potem na lotnisko... na mnie juz nie starczylo miejsca,ale i tak prawdopodobnie kaska bedzie musiala siedziec na walizkach,bo troche ciasno bedzie w piec osob i bagaze w jednym aucie...wiec ja mam czas w koncu cos napisac:)
z nowosci,to mamy juz ubezpieczenie na samochod,tylko na kaske,bo na dwie osoby,to by wiecej kosztowalo,a kaska sie boi jechac samochodem jak ktos inny jest kierowca niz ona,ale jakos znosi ten bol dosyc czesto,jak ja prowadze,izka czy marcin...hmm. no wiec mamy ubezpieczenie i jakos jezdzmy tym naszym nowym starym autem. nowe,bo mamy je od niedawna,ale stare,bo na kazdej dziurze tak halasuje jakby mialo sie rozpasc...ale najfajniejsza jest klimatyzacja.wczoraj bylo tak goraco,ze nie dalo sie bez klimy jechac,wiec odzalowalysmy te pare dolarow i wlaczylysmy klime i...hmm... zero efektu...zero jak samochod stal,a jak ruszal,to cos jakby probowalo wiac,wiec by cos czuc musialam przykladac glowe do wylotow...ale na swiatlach musialysmy odkrecac szyby,bo klima nie dzialala,a tak to chociaz goracy wiatr wial...zawsze to lepiej niz tylko slonce zza szyby...
ech,taki upal byl,ze nasza tymczasowa rejestracja,ktora jest przyklejona na tasme do szyby... odkleila sie,bo tasma sie stopila...jak widac przygoda goni przygode... ech...wlasnie przyjechal marcin i zabral kaske,wiec juz jada po rodzicow ,wiec juz koncze,bo musze sie przygotowac i ogarnac ostatni syf...no to do nastepnego...
ewa_lsniaca ewa
30 lipca 2004
bmw, honda, mazda
wczoraj zerwalysmy sie z pracy:) w sumie to nie tak do konca,ale wynik jest taki,ze nie pracowalysmy, ale od poczatku:)
mialysmy pracowac wczoraj na wieczorna zmiane,no wiec grzecznie przyszlysmy. (chcialysmy wziasc ze soba aparat,by zrobic sobie zdjecie z chlopakiem ,ktory pracuje na host i na dniach jedzie do domu,do irlandii,wiec juz go wiecej nie spotkamy...no ale zapomnialysmy aparatu z pospiechu). no wiec przyjechalysmy i okazalo sie,ze jest nas strasznie duzo...za duzo kelnerek, wiec niektore kelnerki moga isc do domu...nie pierwszy raz sie pytali,ale my nigdy nie chcialysmy isc do domu, (ba,raz nawet przyszlysmy za kogos na zmiane),no wiec tyle bylo powodow by isc do domu...ze poszlysmy:) po prostu czasem trzeba sie zerwac z pracy,by odreagowac:)
postanowilysmy wrocic tu z aparatem i usiasc jak narmalni klienci,by tym razem nas obslugiwali:) tak,wiec w dobrych humorach wrocilysmy do domu.a w domu spotkalysmy izke,ktora wlasnie skonczyla telefoniczne interview,bo chce zmienic prace.tak,wiec cale popoludnie opowiadala jak to interview wygladalo,jakie pytania zadawali itd. a firma ta jest w chicago,wiec jak dostanie prace,to sie przeprowadza... no ale wrocil marcin i znowu to samo o interview:( wiec my postanowilismy pojechac po nasz samochod (sparaw wyglada tak,ze nie mamy teraz samochodu,bo honda, ktora jezdzilismy zostala sprzedana i facet ma nam dac w zamian inny samochod, tyle,ze nie ma czasu nam go przywiesc,no wiec postanowilysmy pojechac same). marcin i izka nie mieli czasu i zbytnio glowy ,by jechac z nami,wiec wyslali nas same (a trzeba tu dodac,ze ta okolica jest strasznie nieciekawa:w rowach leza zardzewiale autobusy szkolne i wozy strazackie, pelno hal bez szyb w oknach,za plotem jezdza pociagi co chwila,a zdezelowanymi samochodami jezdza tylko murzyni i meksykanie...no ale nie bylo wyboru,wiec pojechalysmy same)
i okazalo sie,ze ma dla nas bmw z otwieranym dachem i wszystko cacy,tyle,ze jak sie nim przejechalam, to starsznie sie nim jechalo i gasl co chwila,no ale powiedzial,ze on to naprawi...ale obok stala taka sama honda,ktora my mialysmy,tyle,ze jeszcze nic o niej nie wiedzial, bo dopiero ja dostal...wiec spytalysmy sie,czy mozemy dostac honde, bo bedzie latwiej sie jedzic,bo wszystko tak samo,no i poza tym,w pracy,by sie nie dziwili,ze co chwila innym samochodem przyjezdzamy (bo jak nie mialysmy zadnego,to bralysmy marcina honde).no a facet powiedzial,ze hondy,to nie bo musi ja najpierw sprawdzic,ale moze nam dac mazde...hmm,mazde:) mazda ta wygladala calkiem, calkiem,no i palila duzo mniej niz bmw i jezdzila tez ladnie:) a ze facet mial (jak to kaska mowi "pady" na nia,(a z tymi padami,to jest tak,ze proponowal jej malzenstwo i ze nawet moze za nia do polski pojechac ,ze jak zasypia czy robi zakupy,to mysli o kasce i w ogole takie glupoty gadal, ze az sie wystraszylysmy),to bez problemu dal nam mazde...
problem byl tylko taki,ze mazda ta nie miala paliwa,a my do domu mialysmy daleko i tylko highway'ami. no wiec kaska jechala marcina honda,ja mazda i modlilam sie tylko,zeby starczylo paliwa:) jechalysmy tak i jechalysmy, wszyscy nas wyprzedzali,a ja na kazdej dziurze mialam wrazenie,ze rura wydechowa lub cos innego odpadnie,bo cos strasznie zawsze gruchotalo:( (z tymi jego samochodami to jest tak,ze on jest dealerem,ktory kupuje samochody tanio,bo sa kiepskiej jakosci,naprawia je,wymienia silnik i sprzedaja drogo...a jak widac czasem wypozycza)... cudem dojechalam na stacje (kaska mowila,ze jak jechala za mna,to malo ze smiechu nie pekala, ze znowu mamy takie przygody z samochodem,ktory ledwo jedzie i to na samych oparach)...na stacji mozna placic na zewnatrz ,np karta lub w srodku.my wybralysmy inside,by placic gotowka, no wiec jak juz zatankowalysmy i poszlysmy placic,to okazalo sie,ze ja nie mam portfela,a kasce pomylily sie banknoty i okazalo sie,ze nie ma tyle gotowki...na szczescie miala karte kredytowa:) zatankowalysmy i wrocilysmy do domu,by zostawic jeden samochod i pojechac w koncu do naszej restauracji,by nas obsugiwali i by poprawic sobie humor...
no i tak:na host byl inny chlopak (niesympatyczny typ,bo jak sie go prosi,by cos podal co wisi wysoko-bo on jest strasznie wysoki-to zawsze sie obraza,ze to dyskryminacja,ze on jest taki wysoki i w koncu nic nie podaje..hmm!? )no wiec weszlysmy i usiadlysmy sobie w kacie...troche to trwalo nim ktos do nas przyszedl,chyba nie zauwazyli,ze przyszlysmy... nasza kalnerka byla crystal (w sumie ja malo znamy,ale od razu zaproponowala nam,ze musimy gdzies wyjsc dzis wieczorem,bo ona i kilka kelnerek idzie do klubu i ze mozemy nocowac w jej apartamencie jak nie mamy jak wracac i w ogole byla sympatyczna:) no ale przejdzmy do zamowienia: wiemy,ze nie mozemy pic w miejscu pracy,ale ten zakaz odwolali kiedys,ale potem chyba znowu byl aktualny, wiec spytalysmy sie crystal,czy mozemy piwo,czy nie,a ona,ze tak,ze mozemy pic,no wiec zamowilysmy picie i zarcie,i najpierw przyszlo picie...siedzily ,gadamy z crystal i przychodzi ta wiedzma w kreconych wlosach,co byla kiedys moja trenerka i przynosi zarcie i bez slowa odeszla i ...poszla do menagera na skarge,ze pijemy w miejscu pracy...a to wiedzma! mogla nam powiedziec,ze nie mozemy,a nie od razu na skarge...no wiec przyszedl menager i zabral nam picie,a crystal wycofala je z zamiwienia,wiec nie musialysmy placic,chociaz juz cos wypilysmy:)
dobrze,ze ten menager w sobote przenosi sie do innej restauracji,to nie bedzie nieprzyjemnych sytuacji:) ale i tak nie bedzie,bo jak on przyszedl,to crystal od razu powiedziala,ze to jej wina,bo powiedziala nam ze mozemy pic, ech... no ale i tak nam nic nie zrobia,bo do papierow nie wpisza (przeciez to nie nasza wina,bo my i tak na spotkaniach przed kazda zmiana,to rozumiemy tylko polowe z tego co oni gadaja przez kilkanascie minut),a z pracy nas nie wyrzuca,bo niby dlaczego, no i przeciez my tam jestesmy atrakcja z akcentem:)no wiec wszystko dobrze:)
nie wiadomo tylko jak z tym autem,bo trzeba wykupic ubezpieczenie,a facet powiedzial,ze ma byc na izke,a my nie mamy zadnych papierow na ta mazde,wiec jak temu dealerowi sie zechce to moze zadzwonic na policje,ze mu ukradlysmy samochod, wiec wyglada na to,ze zawieziemy ta mazde z powrotem i powiemy ,by oddal kase i bedziemy liczyc na laske marcina albo bedziemy pracowac tylko w weekendy,albo wypozyczymy od normalnego dealera z licencja na wypozyczanie,albo wyjasnimy to...ech ,jak widac nie zawsze jest rozowo...
ewa_w szarej rzeczywistosci
mialysmy pracowac wczoraj na wieczorna zmiane,no wiec grzecznie przyszlysmy. (chcialysmy wziasc ze soba aparat,by zrobic sobie zdjecie z chlopakiem ,ktory pracuje na host i na dniach jedzie do domu,do irlandii,wiec juz go wiecej nie spotkamy...no ale zapomnialysmy aparatu z pospiechu). no wiec przyjechalysmy i okazalo sie,ze jest nas strasznie duzo...za duzo kelnerek, wiec niektore kelnerki moga isc do domu...nie pierwszy raz sie pytali,ale my nigdy nie chcialysmy isc do domu, (ba,raz nawet przyszlysmy za kogos na zmiane),no wiec tyle bylo powodow by isc do domu...ze poszlysmy:) po prostu czasem trzeba sie zerwac z pracy,by odreagowac:)
postanowilysmy wrocic tu z aparatem i usiasc jak narmalni klienci,by tym razem nas obslugiwali:) tak,wiec w dobrych humorach wrocilysmy do domu.a w domu spotkalysmy izke,ktora wlasnie skonczyla telefoniczne interview,bo chce zmienic prace.tak,wiec cale popoludnie opowiadala jak to interview wygladalo,jakie pytania zadawali itd. a firma ta jest w chicago,wiec jak dostanie prace,to sie przeprowadza... no ale wrocil marcin i znowu to samo o interview:( wiec my postanowilismy pojechac po nasz samochod (sparaw wyglada tak,ze nie mamy teraz samochodu,bo honda, ktora jezdzilismy zostala sprzedana i facet ma nam dac w zamian inny samochod, tyle,ze nie ma czasu nam go przywiesc,no wiec postanowilysmy pojechac same). marcin i izka nie mieli czasu i zbytnio glowy ,by jechac z nami,wiec wyslali nas same (a trzeba tu dodac,ze ta okolica jest strasznie nieciekawa:w rowach leza zardzewiale autobusy szkolne i wozy strazackie, pelno hal bez szyb w oknach,za plotem jezdza pociagi co chwila,a zdezelowanymi samochodami jezdza tylko murzyni i meksykanie...no ale nie bylo wyboru,wiec pojechalysmy same)
i okazalo sie,ze ma dla nas bmw z otwieranym dachem i wszystko cacy,tyle,ze jak sie nim przejechalam, to starsznie sie nim jechalo i gasl co chwila,no ale powiedzial,ze on to naprawi...ale obok stala taka sama honda,ktora my mialysmy,tyle,ze jeszcze nic o niej nie wiedzial, bo dopiero ja dostal...wiec spytalysmy sie,czy mozemy dostac honde, bo bedzie latwiej sie jedzic,bo wszystko tak samo,no i poza tym,w pracy,by sie nie dziwili,ze co chwila innym samochodem przyjezdzamy (bo jak nie mialysmy zadnego,to bralysmy marcina honde).no a facet powiedzial,ze hondy,to nie bo musi ja najpierw sprawdzic,ale moze nam dac mazde...hmm,mazde:) mazda ta wygladala calkiem, calkiem,no i palila duzo mniej niz bmw i jezdzila tez ladnie:) a ze facet mial (jak to kaska mowi "pady" na nia,(a z tymi padami,to jest tak,ze proponowal jej malzenstwo i ze nawet moze za nia do polski pojechac ,ze jak zasypia czy robi zakupy,to mysli o kasce i w ogole takie glupoty gadal, ze az sie wystraszylysmy),to bez problemu dal nam mazde...
problem byl tylko taki,ze mazda ta nie miala paliwa,a my do domu mialysmy daleko i tylko highway'ami. no wiec kaska jechala marcina honda,ja mazda i modlilam sie tylko,zeby starczylo paliwa:) jechalysmy tak i jechalysmy, wszyscy nas wyprzedzali,a ja na kazdej dziurze mialam wrazenie,ze rura wydechowa lub cos innego odpadnie,bo cos strasznie zawsze gruchotalo:( (z tymi jego samochodami to jest tak,ze on jest dealerem,ktory kupuje samochody tanio,bo sa kiepskiej jakosci,naprawia je,wymienia silnik i sprzedaja drogo...a jak widac czasem wypozycza)... cudem dojechalam na stacje (kaska mowila,ze jak jechala za mna,to malo ze smiechu nie pekala, ze znowu mamy takie przygody z samochodem,ktory ledwo jedzie i to na samych oparach)...na stacji mozna placic na zewnatrz ,np karta lub w srodku.my wybralysmy inside,by placic gotowka, no wiec jak juz zatankowalysmy i poszlysmy placic,to okazalo sie,ze ja nie mam portfela,a kasce pomylily sie banknoty i okazalo sie,ze nie ma tyle gotowki...na szczescie miala karte kredytowa:) zatankowalysmy i wrocilysmy do domu,by zostawic jeden samochod i pojechac w koncu do naszej restauracji,by nas obsugiwali i by poprawic sobie humor...
no i tak:na host byl inny chlopak (niesympatyczny typ,bo jak sie go prosi,by cos podal co wisi wysoko-bo on jest strasznie wysoki-to zawsze sie obraza,ze to dyskryminacja,ze on jest taki wysoki i w koncu nic nie podaje..hmm!? )no wiec weszlysmy i usiadlysmy sobie w kacie...troche to trwalo nim ktos do nas przyszedl,chyba nie zauwazyli,ze przyszlysmy... nasza kalnerka byla crystal (w sumie ja malo znamy,ale od razu zaproponowala nam,ze musimy gdzies wyjsc dzis wieczorem,bo ona i kilka kelnerek idzie do klubu i ze mozemy nocowac w jej apartamencie jak nie mamy jak wracac i w ogole byla sympatyczna:) no ale przejdzmy do zamowienia: wiemy,ze nie mozemy pic w miejscu pracy,ale ten zakaz odwolali kiedys,ale potem chyba znowu byl aktualny, wiec spytalysmy sie crystal,czy mozemy piwo,czy nie,a ona,ze tak,ze mozemy pic,no wiec zamowilysmy picie i zarcie,i najpierw przyszlo picie...siedzily ,gadamy z crystal i przychodzi ta wiedzma w kreconych wlosach,co byla kiedys moja trenerka i przynosi zarcie i bez slowa odeszla i ...poszla do menagera na skarge,ze pijemy w miejscu pracy...a to wiedzma! mogla nam powiedziec,ze nie mozemy,a nie od razu na skarge...no wiec przyszedl menager i zabral nam picie,a crystal wycofala je z zamiwienia,wiec nie musialysmy placic,chociaz juz cos wypilysmy:)
dobrze,ze ten menager w sobote przenosi sie do innej restauracji,to nie bedzie nieprzyjemnych sytuacji:) ale i tak nie bedzie,bo jak on przyszedl,to crystal od razu powiedziala,ze to jej wina,bo powiedziala nam ze mozemy pic, ech... no ale i tak nam nic nie zrobia,bo do papierow nie wpisza (przeciez to nie nasza wina,bo my i tak na spotkaniach przed kazda zmiana,to rozumiemy tylko polowe z tego co oni gadaja przez kilkanascie minut),a z pracy nas nie wyrzuca,bo niby dlaczego, no i przeciez my tam jestesmy atrakcja z akcentem:)no wiec wszystko dobrze:)
nie wiadomo tylko jak z tym autem,bo trzeba wykupic ubezpieczenie,a facet powiedzial,ze ma byc na izke,a my nie mamy zadnych papierow na ta mazde,wiec jak temu dealerowi sie zechce to moze zadzwonic na policje,ze mu ukradlysmy samochod, wiec wyglada na to,ze zawieziemy ta mazde z powrotem i powiemy ,by oddal kase i bedziemy liczyc na laske marcina albo bedziemy pracowac tylko w weekendy,albo wypozyczymy od normalnego dealera z licencja na wypozyczanie,albo wyjasnimy to...ech ,jak widac nie zawsze jest rozowo...
ewa_w szarej rzeczywistosci
24 lipca 2004
o modzie i urodzie,pracy i cukierkach
to znowu ja:) i znowu o pracy:
zauwazylam dziwna rzeczy...no moze nie dziwna,ale fakt jest taki,ze do naszej restauracji przychadza ciagle ci sami ludzie. oczywiscie sa tez nowicjusze,ale jest grupa ludzi,ktora jest stala,a co najsmieszniejsze,bo maja oni swoje ulubione kelnerki, wiec od razu w drzwiach pytaja sie,czy dzis pracauje taka a taka i ktore sa jej stoliki.a jak ma juz wychodzic,to sie upewnia kiedy bedzie znowu, bo chce tylko do tej kelnerki. Ja z kaska tez juz mamy swoich stalych klientow:) (pewny gosc to pewne napiwki).sa tez klienci ,ktorzy nie maja ulubionej kelnerki,bo lubia wszystkie i przychodza z innych powodow. np,wczoraj przyszedl znowu candy man.
Facet ten przynosi zawsze pelna torbe roznych cukierow,a co najgorze,to wszystkie sa pyszne. Prosi ,by przyszla kazda kelnerka i wziela jakie i ile chce cukierkow. Wcale nie ma sklepu z cukierkami, po prostu lubi sprawiac ludziom przyjemnosc i mowi,ze to dobry sposob do rozpoczecia rozmowy i poznania ciekawych ludzi.czasem nawet nic nie zamawia;rozdaje tylko cukierki, pogada i idzie,hmm!?:) to jest nawet mile w porownaniu do innego faceta,ktory codziennie przychodzi przynajmniej raz dziennie i zawsze z aparatem,by zrobic sobie zdjecie z kelnerkami. fakt,ze ktos robi sobie z nami zdjecie,to nic nowego,bo codziennie ktos chce i na scianach pelno wisi zdjec kelnere ze znanymi ludzmi (nawet z davidem coperfildem). wiec jak widac ,w pracy sie nie nudze:)
inna ciekawa rzecz, tez zwiazana z praca,to to,ze ostatnio dzwonilysmy do glownej siedziby biura CIEE zajmujacego sie wyjazdami zagranice. biuro znjduje sie w bostanie,wiec jak latwo sie domyslic trzeba gadac po angielsku. Musialysmy tam zadzwonic,bo zmienialysmy prace,wiec trzeba tam bylo kogos o tym poinformowac. no wiedz dzwonimy i kaska mowi: hello, this is Katarzyna Krawczyk and Ewa Witkowska. We are exchange students from Poland... a facet w sluchawce na to:from where? ...POLAND! ,no to facet mowi: o,to mozemy mowic po polsku:) hihi, jak widac polakow na swiecie jak psow,choc szczerze mowiac,to to nie byl polak, ale po polsku swietnie mowil,choc z rosyjskim akcentem. ech,dzwonilysmy tam juz nie raz i zazwyczaj odbierala kobieta ,ktora mowila po angielsku,ale z chinskim czy japonskim akcentem,a tym razem po polsku z rosyjskim akcentem...hmmm,dziwni ludzie tam pracuja,chyba sami exchane students.
a co nowego...dzisiaj jedziemy na zakupy,bo jest wielka wyprzedaz w wielkim sklepie, wiec moze sie oblowie.musze sobie nakupowac ubran,bo tutaj wygladam niemodnie.w sumie,to mi wisi,co o mnie tu wysla,bo tu nikogo nie znam,ale po prostu przywiozlam malo ubran z polski,a tu po przecenie sa tanie i oryginalne.W ogole,to tu maja dziwny styl ubierania.np w kansas nie wypada nosic jeansow bez kieszeni na tylku,bo to sa wtedy spodnie kowbojskie,a tu jest duzo kowboi.co do kolorow,to ludzie ubieraja sie duzo bardziej kolorowo niz w europie.jak ktos nosi cos czarnego,to najwyzej spodnie. Ogolnie,to ludzie ubieraja sie luzno ,pomijajac tych,co pracuja w biurac,np izka.bo chociac stara baba nie jest,to musi sie ubierac jak stara baba,bo tak wypada,wiec codziennie do pracy w spodniach i eleganckiej koszuli.a jak my raz z kaska pojechalysmy ja odwiedzic,to tez musialysmy sie przebrac,bo w jeansach,by nas nie wpuscili...no i dlatego ja zostalam w samochodzie...
w sklepach jest pelno ubran w stylu zony kennedy'ego. Sukienki do kolan lub troche za,zazwyczaj w grochy lub kwiatki.a sweterki i koszulki zawsze z duzym dekoltem lub szerokim wycienciem...ale jakby tak popatrzyc na ulice,to te sukienki,a'la kennedy to tylko nosza gwiazdy na czerwonym dywnie,a normalni ludzie,to wola koszulki bez rekawa(jakis top czy cos na wzor podkoczulki ale najczesciej z bohaterem kreskowki), krotkie spodenki najczesniej z materialu takiego z jakiego sie robi bluzy dresowe,a jak nie spodenki do mini,ale czy mini czy spodenki,czy nawet spodnie,to obowiazkowo spuszczone bardzo nisko na pasie,by bylo widac majtki,czy cokolwiek,co jest pod spodem.a buty... laczki czy japonki czy innego rodzaju klapki sa uwielbiane tutaj przez kobiety...ech,to tyle o strojach kobiet,a co do facetow,to koszule z kolnierzykiem, hawajska lub zwykla, krotkie spodenki z kieszeniami i skorzane sandaly...chyba,ze pracuje w biurze, to wtedy jasna koszula i eleganckie spodnie,albo garnitur... a jak sie wybira na basen,to obowiazkowo spodenki (bron boze kapielowki) no i obowiazkowo w kwiatki.....
no to tyle o modzie i urodzie. nie,jeszcze jedno.reklamowek sie tu nie nosi.reklamowki dostajesz tylko w sklepie i zawsze firmowe,a gdziekolwiek idziesz i cokolwiek masz na sobie,to zawsze torebka musi byc na ramieniu. jak masz duzo rzeczy,to duza torba, czasem sportowa,jakby sie szlo na silownie,albo cos bardziej eleganckiego w kwiatki. no a jesli jestes facetem,to nic nie masz,znaczy masz wszystko,ale w kieszeniach, a jak sie nie miesci,to jakas aktowka,jesli pracujesz w biurze,ale i tak zazwyczaj wszystko zostaje w samochodzie.
ech...to tyle na dzisiaj,dziekujemy za uwage i zapraszamy nastepnym razem.byli z panstwem:ewa witkowska i kasia krawczyk (kaska duchem,ewa cialem,ale kaska zapewne pozdrawia jak zawsze)
...
zauwazylam dziwna rzeczy...no moze nie dziwna,ale fakt jest taki,ze do naszej restauracji przychadza ciagle ci sami ludzie. oczywiscie sa tez nowicjusze,ale jest grupa ludzi,ktora jest stala,a co najsmieszniejsze,bo maja oni swoje ulubione kelnerki, wiec od razu w drzwiach pytaja sie,czy dzis pracauje taka a taka i ktore sa jej stoliki.a jak ma juz wychodzic,to sie upewnia kiedy bedzie znowu, bo chce tylko do tej kelnerki. Ja z kaska tez juz mamy swoich stalych klientow:) (pewny gosc to pewne napiwki).sa tez klienci ,ktorzy nie maja ulubionej kelnerki,bo lubia wszystkie i przychodza z innych powodow. np,wczoraj przyszedl znowu candy man.
Facet ten przynosi zawsze pelna torbe roznych cukierow,a co najgorze,to wszystkie sa pyszne. Prosi ,by przyszla kazda kelnerka i wziela jakie i ile chce cukierkow. Wcale nie ma sklepu z cukierkami, po prostu lubi sprawiac ludziom przyjemnosc i mowi,ze to dobry sposob do rozpoczecia rozmowy i poznania ciekawych ludzi.czasem nawet nic nie zamawia;rozdaje tylko cukierki, pogada i idzie,hmm!?:) to jest nawet mile w porownaniu do innego faceta,ktory codziennie przychodzi przynajmniej raz dziennie i zawsze z aparatem,by zrobic sobie zdjecie z kelnerkami. fakt,ze ktos robi sobie z nami zdjecie,to nic nowego,bo codziennie ktos chce i na scianach pelno wisi zdjec kelnere ze znanymi ludzmi (nawet z davidem coperfildem). wiec jak widac ,w pracy sie nie nudze:)
inna ciekawa rzecz, tez zwiazana z praca,to to,ze ostatnio dzwonilysmy do glownej siedziby biura CIEE zajmujacego sie wyjazdami zagranice. biuro znjduje sie w bostanie,wiec jak latwo sie domyslic trzeba gadac po angielsku. Musialysmy tam zadzwonic,bo zmienialysmy prace,wiec trzeba tam bylo kogos o tym poinformowac. no wiedz dzwonimy i kaska mowi: hello, this is Katarzyna Krawczyk and Ewa Witkowska. We are exchange students from Poland... a facet w sluchawce na to:from where? ...POLAND! ,no to facet mowi: o,to mozemy mowic po polsku:)
a co nowego...dzisiaj jedziemy na zakupy,bo jest wielka wyprzedaz w wielkim sklepie, wiec moze sie oblowie.musze sobie nakupowac ubran,bo tutaj wygladam niemodnie.w sumie,to mi wisi,co o mnie tu wysla,bo tu nikogo nie znam,ale po prostu przywiozlam malo ubran z polski,a tu po przecenie sa tanie i oryginalne.W ogole,to tu maja dziwny styl ubierania.np w kansas nie wypada nosic jeansow bez kieszeni na tylku,bo to sa wtedy spodnie kowbojskie,a tu jest duzo kowboi.co do kolorow,to ludzie ubieraja sie duzo bardziej kolorowo niz w europie.jak ktos nosi cos czarnego,to najwyzej spodnie. Ogolnie,to ludzie ubieraja sie luzno ,pomijajac tych,co pracuja w biurac,np izka.bo chociac stara baba nie jest,to musi sie ubierac jak stara baba,bo tak wypada,wiec codziennie do pracy w spodniach i eleganckiej koszuli.a jak my raz z kaska pojechalysmy ja odwiedzic,to tez musialysmy sie przebrac,bo w jeansach,by nas nie wpuscili...no i dlatego ja zostalam w samochodzie...
w sklepach jest pelno ubran w stylu zony kennedy'ego. Sukienki do kolan lub troche za,zazwyczaj w grochy lub kwiatki.a sweterki i koszulki zawsze z duzym dekoltem lub szerokim wycienciem...ale jakby tak popatrzyc na ulice,to te sukienki,a'la kennedy to tylko nosza gwiazdy na czerwonym dywnie,a normalni ludzie,to wola koszulki bez rekawa(jakis top czy cos na wzor podkoczulki ale najczesciej z bohaterem kreskowki), krotkie spodenki najczesniej z materialu takiego z jakiego sie robi bluzy dresowe,a jak nie spodenki do mini,ale czy mini czy spodenki,czy nawet spodnie,to obowiazkowo spuszczone bardzo nisko na pasie,by bylo widac majtki,czy cokolwiek,co jest pod spodem.a buty... laczki czy japonki czy innego rodzaju klapki sa uwielbiane tutaj przez kobiety...ech,to tyle o strojach kobiet,a co do facetow,to koszule z kolnierzykiem, hawajska lub zwykla, krotkie spodenki z kieszeniami i skorzane sandaly...chyba,ze pracuje w biurze, to wtedy jasna koszula i eleganckie spodnie,albo garnitur... a jak sie wybira na basen,to obowiazkowo spodenki (bron boze kapielowki) no i obowiazkowo w kwiatki.....
no to tyle o modzie i urodzie. nie,jeszcze jedno.reklamowek sie tu nie nosi.reklamowki dostajesz tylko w sklepie i zawsze firmowe,a gdziekolwiek idziesz i cokolwiek masz na sobie,to zawsze torebka musi byc na ramieniu. jak masz duzo rzeczy,to duza torba, czasem sportowa,jakby sie szlo na silownie,albo cos bardziej eleganckiego w kwiatki. no a jesli jestes facetem,to nic nie masz,znaczy masz wszystko,ale w kieszeniach, a jak sie nie miesci,to jakas aktowka,jesli pracujesz w biurze,ale i tak zazwyczaj wszystko zostaje w samochodzie.
ech...to tyle na dzisiaj,dziekujemy za uwage i zapraszamy nastepnym razem.byli z panstwem:ewa witkowska i kasia krawczyk (kaska duchem,ewa cialem,ale kaska zapewne pozdrawia jak zawsze)
...
22 lipca 2004
ihha!
ostatnio nasz komputer padl juz do konca,wiec nie moglam odbierac i wysylac poczty,ale marcin sie zlitowal i kupil nowy komputer:)glownie dlatego,ze on tez z niego korzysta...no wiec juz nadrabiam zaleglosci:
western day...hmm,przyjechalysmy juz o 9 do pracy,choc mialysmy byc na 11,ale po pierwsze placili duzo wiecej za godzine w ten dzien,no i prosili,by ktos przyjechal i pomogl robic dekoracje. no wiec przyjechalysmy,ale o dziwo prawie wszystko bylo juz zrobione (chyba nie wierzyli,ze ktos przyjedzie wczesniej). no wiec tak sie poobijalysmy przez godzine,az w koncu powiedzili, ze mozemy zawiesic jakies ozdoby na klimatyzacji.
Wystruj naszej restauracji na ten dzien sie bardzo zmienil.Nad wejsciem wisial napis...cos tam,cos tam saloon, po knajpie byly rozrzucone snopki siana,wszedzie wisialy papierowe ozdoby kowbjskie (buty,gwiazdy szeryfa, pistolety itp), byly siodla, kapelusze i okrzyki ihhha! przed wejsciem byl box dla konia...z koniem w srodku (tylko kuc oczywiscie). na podlodze w boxie byla rozrysowana plansza tak jak do statkow i robili zaklady,gdzie kon postawi placka:)W srodku byly trzy stoly do blackjacka, jeden do ruletki i jeden nie wiem do czego,ale rzuca sie koscmi. Krupierami (czy jak sie nazywa ten,co jako jedyny moze dotykac kart, byly kelnerki, ktore przeszly przyspieszony kurs blackjacka, ruletke prowadzil jeden z menagerow, a to nie wiem co,to buss (ten co sprzata ze stolow puste talerze).wszyscy oczywiscie odpowiednio przebrani i z zielonymi daszkami. oprocz tego bylo jeszcze kolo :try your luck for a buck (czyli sprobuj szczescia za dolara) :placisz dolara i krecisz kolem i albo wygrasz firmowa koszulke albo zarcie, albo taniec z kelnerka,albo musisz krzyknac ihhha!albo zaspiewac piosenka z dzikiego zachodu itp... rozrywek bylo duzo.
Ja z kaska i kilkoma dziewczynami bylysmy przebrane z cowgirl (na tle inny przebran,to nawet calkiem niezle wypadalymy,tyle,ze mialysmy strasznie wysoki obcasy jak na buty kowbojskie, wiec lekko stac nie bylo). Inne dziewczyny byly przebrana za indianki,a jeszcze inne za saloongirl, czyli ladacznice w koronkach i piorach (obowiazkowo kabaretki). Za ladacznice byly przebrane tylko starsze kelnerki (cale szczescie,bo jako jedyne musialy wypozyczyc stroj,bo inny, to sami kombinowali). Jedna menagerka,czy nie wiem kto to jest (kurde,ciagle czegos nie wiem),w kazdym razie jakas wazna kobieta tez przebrala sie za ladacznice,a pozostali menagerowie za prawdziwych kowboi.jeden to bardziej misia polarnego przypominal,a drugi ,co chwila wynajdowal dziwaczniejsze i bardziej kowbojskie spodnie i tanczyl i skakal i spiewal (czasem mysle,ze ten jeden menager jest crazy,ale ona sam tak uwaza:)
muzyka leciala jak z saloonu (poki cos sie z kaseta nie stalo i bylo trzeba wrocic do stalych nagran czyli lata 70-90). oprocz tego zwykle kelnerki tez byly,a te przebierane,czyli miedzy innymi ja i kaska,to tylko chodzilismy po podlodze i sie usmiechalysmy i gadalysmy z klienatmi...do czasu,az przyjechal autobus!
wyczekiwany od tygodni autobus ,w ktorym siedzialo same szefostwo,ktore wybiera ktora restauracja z tej sieci jest najlepsza. no wiec jak kolorowy autobus zajechal,to wszyscy musielismy
wyjsc na ten upal i sie usmiechac,bo oni wszytko krecili i robili zdjecia.a potem co chwila wychodzilismy znowu na podrowko,bo bylo trzeba sobie zrobic zbiorowe zdjecie przy autokarze z jednej strony,potem z drugiej i to z okrzykiem...ech. znaczy ihha! podobalo mi sie,bo bylo inaczej niz zawsze i co chwila ktos robil zdjecie...ale ja zapomnialam aparatu:( ale mamy jedno,bo jeden staly klient zrobil sobie zdjecie ze mna i kaska i potem przyniosl pokazac i dal nam jedno:) ech,dzialo sie dzialo. ale z tego co pamietam,to nikt nie wygral w gownianej grze,bo nikt nie obstawil kwadrata,w ktorym kon zrobil kupe,ale w blackjacka,to jeden facet chyba fortune zbil...bylo milo,ale sie skonczylo i nasteny dzien byl juz normalny...ale przygody nas tu nie omijaja:) wiec do napisania:)
ewa_ihha!
western day...hmm,przyjechalysmy juz o 9 do pracy,choc mialysmy byc na 11,ale po pierwsze placili duzo wiecej za godzine w ten dzien,no i prosili,by ktos przyjechal i pomogl robic dekoracje. no wiec przyjechalysmy,ale o dziwo prawie wszystko bylo juz zrobione (chyba nie wierzyli,ze ktos przyjedzie wczesniej). no wiec tak sie poobijalysmy przez godzine,az w koncu powiedzili, ze mozemy zawiesic jakies ozdoby na klimatyzacji.
Wystruj naszej restauracji na ten dzien sie bardzo zmienil.Nad wejsciem wisial napis...cos tam,cos tam saloon, po knajpie byly rozrzucone snopki siana,wszedzie wisialy papierowe ozdoby kowbjskie (buty,gwiazdy szeryfa, pistolety itp), byly siodla, kapelusze i okrzyki ihhha! przed wejsciem byl box dla konia...z koniem w srodku (tylko kuc oczywiscie). na podlodze w boxie byla rozrysowana plansza tak jak do statkow i robili zaklady,gdzie kon postawi placka:)W srodku byly trzy stoly do blackjacka, jeden do ruletki i jeden nie wiem do czego,ale rzuca sie koscmi. Krupierami (czy jak sie nazywa ten,co jako jedyny moze dotykac kart, byly kelnerki, ktore przeszly przyspieszony kurs blackjacka, ruletke prowadzil jeden z menagerow, a to nie wiem co,to buss (ten co sprzata ze stolow puste talerze).wszyscy oczywiscie odpowiednio przebrani i z zielonymi daszkami. oprocz tego bylo jeszcze kolo :try your luck for a buck (czyli sprobuj szczescia za dolara) :placisz dolara i krecisz kolem i albo wygrasz firmowa koszulke albo zarcie, albo taniec z kelnerka,albo musisz krzyknac ihhha!albo zaspiewac piosenka z dzikiego zachodu itp... rozrywek bylo duzo.
Ja z kaska i kilkoma dziewczynami bylysmy przebrane z cowgirl (na tle inny przebran,to nawet calkiem niezle wypadalymy,tyle,ze mialysmy strasznie wysoki obcasy jak na buty kowbojskie, wiec lekko stac nie bylo). Inne dziewczyny byly przebrana za indianki,a jeszcze inne za saloongirl, czyli ladacznice w koronkach i piorach (obowiazkowo kabaretki). Za ladacznice byly przebrane tylko starsze kelnerki (cale szczescie,bo jako jedyne musialy wypozyczyc stroj,bo inny, to sami kombinowali). Jedna menagerka,czy nie wiem kto to jest (kurde,ciagle czegos nie wiem),w kazdym razie jakas wazna kobieta tez przebrala sie za ladacznice,a pozostali menagerowie za prawdziwych kowboi.jeden to bardziej misia polarnego przypominal,a drugi ,co chwila wynajdowal dziwaczniejsze i bardziej kowbojskie spodnie i tanczyl i skakal i spiewal (czasem mysle,ze ten jeden menager jest crazy,ale ona sam tak uwaza:)
muzyka leciala jak z saloonu (poki cos sie z kaseta nie stalo i bylo trzeba wrocic do stalych nagran czyli lata 70-90). oprocz tego zwykle kelnerki tez byly,a te przebierane,czyli miedzy innymi ja i kaska,to tylko chodzilismy po podlodze i sie usmiechalysmy i gadalysmy z klienatmi...do czasu,az przyjechal autobus!
wyczekiwany od tygodni autobus ,w ktorym siedzialo same szefostwo,ktore wybiera ktora restauracja z tej sieci jest najlepsza. no wiec jak kolorowy autobus zajechal,to wszyscy musielismy
wyjsc na ten upal i sie usmiechac,bo oni wszytko krecili i robili zdjecia.a potem co chwila wychodzilismy znowu na podrowko,bo bylo trzeba sobie zrobic zbiorowe zdjecie przy autokarze z jednej strony,potem z drugiej i to z okrzykiem...ech. znaczy ihha! podobalo mi sie,bo bylo inaczej niz zawsze i co chwila ktos robil zdjecie...ale ja zapomnialam aparatu:( ale mamy jedno,bo jeden staly klient zrobil sobie zdjecie ze mna i kaska i potem przyniosl pokazac i dal nam jedno:) ech,dzialo sie dzialo. ale z tego co pamietam,to nikt nie wygral w gownianej grze,bo nikt nie obstawil kwadrata,w ktorym kon zrobil kupe,ale w blackjacka,to jeden facet chyba fortune zbil...bylo milo,ale sie skonczylo i nasteny dzien byl juz normalny...ale przygody nas tu nie omijaja:) wiec do napisania:)
ewa_ihha!
19 lipca 2004
nieudane zakupy
sobota...w sobote poszlysmy do pracy na rano i ...ja wygralam zabawe,wiec ja wybieralam pierwsza sekcje,wiec mialam bardzo dobre stoliki:) dzien sie toczyl i toczyl do konca zmiany az pod koniec zmiany przyszedl menager i spytal sie czy nie mozemy zostac na wieczorna zmiane,bo trzy dziewczyny nie przyszly, a wyglada na to,ze bedzie busy.hmm,hmm no i sie zgodzilysmy (zgodzilysmy sie,zanim zorientowalysmy sie,ze to oznacza,ze mamy pracowac jeszcze 8 godzin) boze...ale sie te godziny wydluzaly! a za to,ze zgodzilysmy sie zostac i uratowalysmy ich od rychlej zguby,to mialysmy zarcie do wyboru ,do koloru i za darmo:) a jakie byly napiwki:) ho,ho,ho:) wszystko fajnie,ale pod koniec pracy,to moje nogi byly jak z kamienia,a prace skonczylysmy o 1 w nocy,wiec dopiero o 2 poszlysmy spac,a o 7 musialysmy wstawac,bo na 8 spowrotem mialysmy byc w restauracji na jakies classy.
Polprzytomne dojechalysmy do restauracji,a tam pustki...menager powiedzial,ze spotkanie jest,ale nie w tej restauracji (szkoda,ze nas nikt nie uprzedzil),no wiec narysowali nam mapke na serwetce i ruszylysmy w droge. Droga prowadzila przez highwaye,wiec martwilysmy sie,ze nasz samochod moze nie przezyc tak zawrotnej predkosci i to w takiej ilosci,bo ta druga restauracja byla w innym miescie.no wiec ruszylysmy ,ale nie umialysmy trafic. kilka razy zjezdzalysmy z highway'a myslac,ze to juz ten zjazd,ale zawsze to byl nie ten. jak juz nam pozostal ostatni skret,bo dotrzec do celu,to nie moglysmy nigdzie znalesc tej ulicy. pytalismy sie ludzi,oni nam mowili, ale okazywalo sie,ze to podobna nazwa,ale nie ta.szukalysmy tak przez 2 godziny,az w koncu zrezygnowane wrocilysmy do naszej restauracji i powiedzialysmy menagerowi,ze nie moglysmy trafic i czy mozemy wziasc te classy kiedy indziej. oczywiecie sie zgodzil i powiedzial,ze tym razem bada w naszej restauracji:) a na dodatek,to nam paliwo sie skonczylo. nie az tak, zebysmy stanely na srodku drogi,ale jezdzilysmy juz na oparach. tak wiec niewyspane i zagubine wrocilysmy do domu z nadzieja na sen...ale nie!
marcin juz na nasz widok krzyczal,ze jedziemy do sklepu.(jak sie ostatnio wszystko rozmrozilo przez to spiecie,to cale zarcie bylo do wywalenie,no i w koncu trzeba bylo je wywalic i kupic nowe ,no i ten dzien przyszedl dzisiaj) .spowrotem wsiadlysmy do auta (tym razem marcina auta) no i ruszylismy na zakupy. Po drodze musilismy zajechac na stacje benzynowa,bo kaska musiala kawe,a ja goraca czeklolade,bo inaczej dlugo bysmy nie wytrzymaly z otwartymi oczami...no wiec pojechalismy na duze zakupy zarciowe. tyle tego nakupowalismy,ze mam nadzieje,ze starczy na miesiac.
wrocilismy do domu no i pojawil sie nowy problem...przeciez musimy sobie wykombinowac stroje na cowgirls! tym razem same pojechalysmy do sklepu...i to byl blad. jeansy mialysmy,ale koszule i buty musialysmy kupic. z koszula to nie bylo wiekszego problemu,bo mniej wiecej sobie wyobrazamy jak wyglada cowgirl'ska koszula ,ale buty?! buty znalazlysmy tylko jednego rodzaju i to za duze,ale co bylo robic...kupilysmy. w domu okazalo sie,ze to meskie buty i za obsolutnie sie nie nadaja,a izka poszukala w szafie i pozyczyla nam swoje buty,ktore jak sa do polowy zasloniete przez nogawki,to moga uchodzic za cowgirl'skie. no wiec buty musimy oddac.na szczescie tu nie ma problemu z tym ,by oddac cos do sklepu (wystarczy miec rachunek). tak wiec w najblizszym czasie je oddamy(na szczescie ,bo kosztowaly 25$). a co do koszulki,to ja nie odrywalam metki i tez ja bede chciala zwrocic i pewnie bez problemu sie uda,wiec wyjdzie na to ,ze kupilam tylko huste za dolara:) no to tak wygladaly nasze nieudane zakupy,a wieczorem marcin pojechal z nami na stacje zatankowac,bo tu nie tak latwo zatankowac! teraz juz wiem co i jak zatankowac,a co do westernowego dnia w naszej restauracji,to...do napisania:)
Polprzytomne dojechalysmy do restauracji,a tam pustki...menager powiedzial,ze spotkanie jest,ale nie w tej restauracji (szkoda,ze nas nikt nie uprzedzil),no wiec narysowali nam mapke na serwetce i ruszylysmy w droge. Droga prowadzila przez highwaye,wiec martwilysmy sie,ze nasz samochod moze nie przezyc tak zawrotnej predkosci i to w takiej ilosci,bo ta druga restauracja byla w innym miescie.no wiec ruszylysmy ,ale nie umialysmy trafic. kilka razy zjezdzalysmy z highway'a myslac,ze to juz ten zjazd,ale zawsze to byl nie ten. jak juz nam pozostal ostatni skret,bo dotrzec do celu,to nie moglysmy nigdzie znalesc tej ulicy. pytalismy sie ludzi,oni nam mowili, ale okazywalo sie,ze to podobna nazwa,ale nie ta.szukalysmy tak przez 2 godziny,az w koncu zrezygnowane wrocilysmy do naszej restauracji i powiedzialysmy menagerowi,ze nie moglysmy trafic i czy mozemy wziasc te classy kiedy indziej. oczywiecie sie zgodzil i powiedzial,ze tym razem bada w naszej restauracji:) a na dodatek,to nam paliwo sie skonczylo. nie az tak, zebysmy stanely na srodku drogi,ale jezdzilysmy juz na oparach. tak wiec niewyspane i zagubine wrocilysmy do domu z nadzieja na sen...ale nie!
marcin juz na nasz widok krzyczal,ze jedziemy do sklepu.(jak sie ostatnio wszystko rozmrozilo przez to spiecie,to cale zarcie bylo do wywalenie,no i w koncu trzeba bylo je wywalic i kupic nowe ,no i ten dzien przyszedl dzisiaj) .spowrotem wsiadlysmy do auta (tym razem marcina auta) no i ruszylismy na zakupy. Po drodze musilismy zajechac na stacje benzynowa,bo kaska musiala kawe,a ja goraca czeklolade,bo inaczej dlugo bysmy nie wytrzymaly z otwartymi oczami...no wiec pojechalismy na duze zakupy zarciowe. tyle tego nakupowalismy,ze mam nadzieje,ze starczy na miesiac.
wrocilismy do domu no i pojawil sie nowy problem...przeciez musimy sobie wykombinowac stroje na cowgirls! tym razem same pojechalysmy do sklepu...i to byl blad. jeansy mialysmy,ale koszule i buty musialysmy kupic. z koszula to nie bylo wiekszego problemu,bo mniej wiecej sobie wyobrazamy jak wyglada cowgirl'ska koszula ,ale buty?! buty znalazlysmy tylko jednego rodzaju i to za duze,ale co bylo robic...kupilysmy. w domu okazalo sie,ze to meskie buty i za obsolutnie sie nie nadaja,a izka poszukala w szafie i pozyczyla nam swoje buty,ktore jak sa do polowy zasloniete przez nogawki,to moga uchodzic za cowgirl'skie. no wiec buty musimy oddac.na szczescie tu nie ma problemu z tym ,by oddac cos do sklepu (wystarczy miec rachunek). tak wiec w najblizszym czasie je oddamy(na szczescie ,bo kosztowaly 25$). a co do koszulki,to ja nie odrywalam metki i tez ja bede chciala zwrocic i pewnie bez problemu sie uda,wiec wyjdzie na to ,ze kupilam tylko huste za dolara:) no to tak wygladaly nasze nieudane zakupy,a wieczorem marcin pojechal z nami na stacje zatankowac,bo tu nie tak latwo zatankowac! teraz juz wiem co i jak zatankowac,a co do westernowego dnia w naszej restauracji,to...do napisania:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)