ostatnio nasz komputer padl juz do konca,wiec nie moglam odbierac i wysylac poczty,ale marcin sie zlitowal i kupil nowy komputer:)glownie dlatego,ze on tez z niego korzysta...no wiec juz nadrabiam zaleglosci:
western day...hmm,przyjechalysmy juz o 9 do pracy,choc mialysmy byc na 11,ale po pierwsze placili duzo wiecej za godzine w ten dzien,no i prosili,by ktos przyjechal i pomogl robic dekoracje. no wiec przyjechalysmy,ale o dziwo prawie wszystko bylo juz zrobione (chyba nie wierzyli,ze ktos przyjedzie wczesniej). no wiec tak sie poobijalysmy przez godzine,az w koncu powiedzili, ze mozemy zawiesic jakies ozdoby na klimatyzacji.
Wystruj naszej restauracji na ten dzien sie bardzo zmienil.Nad wejsciem wisial napis...cos tam,cos tam saloon, po knajpie byly rozrzucone snopki siana,wszedzie wisialy papierowe ozdoby kowbjskie (buty,gwiazdy szeryfa, pistolety itp), byly siodla, kapelusze i okrzyki ihhha! przed wejsciem byl box dla konia...z koniem w srodku (tylko kuc oczywiscie). na podlodze w boxie byla rozrysowana plansza tak jak do statkow i robili zaklady,gdzie kon postawi placka:)W srodku byly trzy stoly do blackjacka, jeden do ruletki i jeden nie wiem do czego,ale rzuca sie koscmi. Krupierami (czy jak sie nazywa ten,co jako jedyny moze dotykac kart, byly kelnerki, ktore przeszly przyspieszony kurs blackjacka, ruletke prowadzil jeden z menagerow, a to nie wiem co,to buss (ten co sprzata ze stolow puste talerze).wszyscy oczywiscie odpowiednio przebrani i z zielonymi daszkami. oprocz tego bylo jeszcze kolo :try your luck for a buck (czyli sprobuj szczescia za dolara) :placisz dolara i krecisz kolem i albo wygrasz firmowa koszulke albo zarcie, albo taniec z kelnerka,albo musisz krzyknac ihhha!albo zaspiewac piosenka z dzikiego zachodu itp... rozrywek bylo duzo.
Ja z kaska i kilkoma dziewczynami bylysmy przebrane z cowgirl (na tle inny przebran,to nawet calkiem niezle wypadalymy,tyle,ze mialysmy strasznie wysoki obcasy jak na buty kowbojskie, wiec lekko stac nie bylo). Inne dziewczyny byly przebrana za indianki,a jeszcze inne za saloongirl, czyli ladacznice w koronkach i piorach (obowiazkowo kabaretki). Za ladacznice byly przebrane tylko starsze kelnerki (cale szczescie,bo jako jedyne musialy wypozyczyc stroj,bo inny, to sami kombinowali). Jedna menagerka,czy nie wiem kto to jest (kurde,ciagle czegos nie wiem),w kazdym razie jakas wazna kobieta tez przebrala sie za ladacznice,a pozostali menagerowie za prawdziwych kowboi.jeden to bardziej misia polarnego przypominal,a drugi ,co chwila wynajdowal dziwaczniejsze i bardziej kowbojskie spodnie i tanczyl i skakal i spiewal (czasem mysle,ze ten jeden menager jest crazy,ale ona sam tak uwaza:)
muzyka leciala jak z saloonu (poki cos sie z kaseta nie stalo i bylo trzeba wrocic do stalych nagran czyli lata 70-90). oprocz tego zwykle kelnerki tez byly,a te przebierane,czyli miedzy innymi ja i kaska,to tylko chodzilismy po podlodze i sie usmiechalysmy i gadalysmy z klienatmi...do czasu,az przyjechal autobus!
wyczekiwany od tygodni autobus ,w ktorym siedzialo same szefostwo,ktore wybiera ktora restauracja z tej sieci jest najlepsza. no wiec jak kolorowy autobus zajechal,to wszyscy musielismy
wyjsc na ten upal i sie usmiechac,bo oni wszytko krecili i robili zdjecia.a potem co chwila wychodzilismy znowu na podrowko,bo bylo trzeba sobie zrobic zbiorowe zdjecie przy autokarze z jednej strony,potem z drugiej i to z okrzykiem...ech. znaczy ihha! podobalo mi sie,bo bylo inaczej niz zawsze i co chwila ktos robil zdjecie...ale ja zapomnialam aparatu:( ale mamy jedno,bo jeden staly klient zrobil sobie zdjecie ze mna i kaska i potem przyniosl pokazac i dal nam jedno:) ech,dzialo sie dzialo. ale z tego co pamietam,to nikt nie wygral w gownianej grze,bo nikt nie obstawil kwadrata,w ktorym kon zrobil kupe,ale w blackjacka,to jeden facet chyba fortune zbil...bylo milo,ale sie skonczylo i nasteny dzien byl juz normalny...ale przygody nas tu nie omijaja:) wiec do napisania:)
ewa_ihha!
22 lipca 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz