co nowego?! ech,ciagle sie cos dzieje.co do pracy,to ostatnio mialysmy juz wiecej stolikow.ja mialam 9,a kaska 8. Bylo to w niedziele,wiec powiedzili,ze duzego ruchu nie bedzie,wiec powinnysmy sobie poradzic z taka iloscia stolikow.trzeba dodac,ze te stoliki,to sa albo 4- ,albo 6-,albo 8-osobowe,wiec lekko nie jest. No ale przez pierwsze godziny,to nikogo nie bylo...przynajniej przy moim stoliku,bo byly zajete wtedy ok 4 stolki,no i akurat nie moje. Nikogo nie bylo,bo to byla niedziele,a poza tym byly wyscigi samochodowe,a poza tym byl 4 lipca,czyli swieto niepodleglosci dla amerykanow,no i w niedziele czy inne swieta modne sa rodzinne barbecue w ogrodzie.no wiec nikogo nie bylo...
no ale w koncu ktos sie pojawil...meksykanie...nie lubie meksykanow,bo oni daja male napiwki:( no ale ich obslugiwalam. potem przyszli kolejni meksykanie i kolejni...no i w koncu przyszedl jakis amerykanin do mojego stolika, a nawet dwoch. Jeden byl jakims szycha w budownictwie.gdy mu powiedzialam,ze studiuje budownictwo,to byl zachwycony,ze jaka ja madra itd. i zdziwiony,ze dziewczyna na budownictwie...no i czy po studiach przyjade budowac ameryke...oczywiscie,ze nie:) no ale to nie byl moj udany dzien,bo... jedni meksykanie zamowili wings...no i one byly niedogotowane, wiec musialam swiecic oczami,no i byl nizszy napiwek:( a amerykanin, ktory jadl ostrygi (tak,ostrygi i krewetki i inne swinstwa tez serwujemy) dostal jakies surowe czy z jakims glutem wsrodku.w kazdym razie znowu to ja niby bylam winna,bo ja podalam,wiec byl maly tips:( na szczescie menager przyniosl mu nowe. o, i jeszcze mialam problem z karta kerdytowa jednego meksykanina, bo...nie dzialala.menager pierwszy raz sie z czyms takim spotkal...na szczescie mieli za soba gotowke,wiec zaplacili.
ech...ciezko bylo,ale kasce tez latwo nie szlo,bo u niej usiedli izka,marcin i jeszcze 5 innych osob,bo na 4 lipca byl mini zjazd rodzinny.a ze marin chcial,by kaska pocwiczyla jezyk,to co chwila marudzil, ze jednak inny sos,ze jednak zamieni...ech, lekko nie miala. no wiec jak widac kazdy dzien jest inny. teraz idziemy do pracy w czwartek.mam nadzieje,ze bedzie fajnie:)
to tyle o pracy,a co to reszty,to jak juz wspomnialam byl mini (bardzo mini jak na goralow-marcina rodzice,to gorale) zjazd rodzinny,no i jeden z tych kuzynow mieszka u nas. Nazywa sie Adam i przyjechal z Los Angeles,gdzie studiuje aktorstwo. Jak mowi po polsku ,to wiecej mamy z tego smiechu niz zrozumienia,bo nie dosc,ze kiepsko mowi,to z amerykanskim akcentem no i jeszcze troche po goralsku. no wiec ja teraz mieszkam razem z kaska (przez tydzien) w jednym pokoju... no i z lola.bo kaska jest zakochana w tym psie,wiec sypia razem z nim.wiec musze uwazac, by go nie rozdeptac po ciemku (a to czarny pudel).
a nowinek,to jeszcze bylismy wczoraj na silowni (ja,kaska i adam). Ja z kaska mamy darmowa silownie (nie kazda,ale ukurat ta,ktora jest najblizej domu i jest calkiem-calkiem wyposazona). mamy za darmo,bo nasza restauracaj nam to zapewnia, wiec do silowni sieci gold's gym mamy za darmo wstep. wiec my za darmo weszlysmy,a adam...tez,bo pierwszy raz,ale next time bedzie placil 10$.
ale przejdzmy do naszego treningu...lekko nie bylo,bo robilismy wszyscy to samo,a terenerem byl adam.ojej. na poczatek byla bieznia.hehe, dzwinie sie na niej bieglo no i na koniec odlecialam do tylu,bo nie umialam zatrzymac (kaska tez:) a potem przez 2 godziny zaliczalismy wszystkie przyrzady.ech,ile ich tam bylo. mieli nawet bieznie ze schodami,ze zamiast po schodach na klatce, to biegasz po schodach na biezni (hmm?!) doslownie wszystko tam bylo.nawet 3 boiska do racketball - cos podobnego do skuasha,tyle,ze walisz po wszystkich scianach,nawet po syficie,no i masz wieksza pilke i grasz w cztery osoby (choc pewnie w 2 tez mozna).ale na racketball poszlismy juz po cwiczeniach. w sumie nie poszlismy,a slanialismy sie,bo taki intensywny trening mielismy,ze mnie to juz skurcze lapaly,a kaska byla bliska padniecia...tak wiec z trudnoscia przychodzilo nam trafianie w pilke:)
Po tak intensywnym treningu wrocilismy do domu najesc sie protein. a wieczorem poszlismy do baru i gralismy w cos,co nawet nei wiem jak sie nazywa,ale wyglada podobnie jak bowling (nie pamietam czy to sie tak nazywalo,ale wygladalo to tak,ze ktos puszcza po lodzie wielka kule a inni ze szczotkami biegna kolo kuli i zamiataja) no wiec to byla barowa wersja bowlingu,bo zamiast lodu byl stol posypany czym co wygladalo jak cukier,ale bylo woskiem lub czyms podobnym,no i kuleczki bylu malutkie.rzucalo sie z jednego konca stolu tak,by zatrzymalo sie na koncu (jakos nigy nie chcialo sie zatrzymac wlasnie tam). potem przeciwnik rzucal tak,by zapchnac z toru kulki przeciwnika i by jego kulka zostala. w sumie to fajna gra. Ja byla w druzynie z adamem,a kaska z marcinem. adam byl nie zadowolony,ze musi ze mna grac,bo na poczatku,to mi nic nie wychodzilo. ale koniec konicow wygralismy,no i glownie dzieki mnie,bo potem juz wyczulam jak to trzeba rzucac,wiec zdobylam troche punktow:)
no a dzisiejszy poranek...kaska nie mogla sie podniesc z lozka...zakwasy,a ja...e,nie jest tak zle, tyle ze mam problem by podniesc kubek lewa reka,bo troche sie wtedy trzesie,albo musze sobie pomoc druga,ale kaska,to nawet bez kubka ma problem z obydwiema rekami,hehe:)
o,i jeszcze na basenie bylismy ostatnio.ja teraz jestem cala czerwona,a kaska narzeka ,ze sie w ogole nie opalila. poszlysmy dopiero po 4 na basen,ale jak widac slonce jeszcze bralo...przynajmniej biale twarze, takie jak ja:)
no to koncze,bo moje zakwasy sie odzywaja jak tak dlugo pisze...
ewa_zawkaszona
7 lipca 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz