30 lipca 2004

bmw, honda, mazda

wczoraj zerwalysmy sie z pracy:) w sumie to nie tak do konca,ale wynik jest taki,ze nie pracowalysmy, ale od poczatku:)

mialysmy pracowac wczoraj na wieczorna zmiane,no wiec grzecznie przyszlysmy. (chcialysmy wziasc ze soba aparat,by zrobic sobie zdjecie z chlopakiem ,ktory pracuje na host i na dniach jedzie do domu,do irlandii,wiec juz go wiecej nie spotkamy...no ale zapomnialysmy aparatu z pospiechu). no wiec przyjechalysmy i okazalo sie,ze jest nas strasznie duzo...za duzo kelnerek, wiec niektore kelnerki moga isc do domu...nie pierwszy raz sie pytali,ale my nigdy nie chcialysmy isc do domu, (ba,raz nawet przyszlysmy za kogos na zmiane),no wiec tyle bylo powodow by isc do domu...ze poszlysmy:) po prostu czasem trzeba sie zerwac z pracy,by odreagowac:)

postanowilysmy wrocic tu z aparatem i usiasc jak narmalni klienci,by tym razem nas obslugiwali:) tak,wiec w dobrych humorach wrocilysmy do domu.a w domu spotkalysmy izke,ktora wlasnie skonczyla telefoniczne interview,bo chce zmienic prace.tak,wiec cale popoludnie opowiadala jak to interview wygladalo,jakie pytania zadawali itd. a firma ta jest w chicago,wiec jak dostanie prace,to sie przeprowadza... no ale wrocil marcin i znowu to samo o interview:( wiec my postanowilismy pojechac po nasz samochod (sparaw wyglada tak,ze nie mamy teraz samochodu,bo honda, ktora jezdzilismy zostala sprzedana i facet ma nam dac w zamian inny samochod, tyle,ze nie ma czasu nam go przywiesc,no wiec postanowilysmy pojechac same). marcin i izka nie mieli czasu i zbytnio glowy ,by jechac z nami,wiec wyslali nas same (a trzeba tu dodac,ze ta okolica jest strasznie nieciekawa:w rowach leza zardzewiale autobusy szkolne i wozy strazackie, pelno hal bez szyb w oknach,za plotem jezdza pociagi co chwila,a zdezelowanymi samochodami jezdza tylko murzyni i meksykanie...no ale nie bylo wyboru,wiec pojechalysmy same)

i okazalo sie,ze ma dla nas bmw z otwieranym dachem i wszystko cacy,tyle,ze jak sie nim przejechalam, to starsznie sie nim jechalo i gasl co chwila,no ale powiedzial,ze on to naprawi...ale obok stala taka sama honda,ktora my mialysmy,tyle,ze jeszcze nic o niej nie wiedzial, bo dopiero ja dostal...wiec spytalysmy sie,czy mozemy dostac honde, bo bedzie latwiej sie jedzic,bo wszystko tak samo,no i poza tym,w pracy,by sie nie dziwili,ze co chwila innym samochodem przyjezdzamy (bo jak nie mialysmy zadnego,to bralysmy marcina honde).no a facet powiedzial,ze hondy,to nie bo musi ja najpierw sprawdzic,ale moze nam dac mazde...hmm,mazde:) mazda ta wygladala calkiem, calkiem,no i palila duzo mniej niz bmw i jezdzila tez ladnie:) a ze facet mial (jak to kaska mowi "pady" na nia,(a z tymi padami,to jest tak,ze proponowal jej malzenstwo i ze nawet moze za nia do polski pojechac ,ze jak zasypia czy robi zakupy,to mysli o kasce i w ogole takie glupoty gadal, ze az sie wystraszylysmy),to bez problemu dal nam mazde...

problem byl tylko taki,ze mazda ta nie miala paliwa,a my do domu mialysmy daleko i tylko highway'ami. no wiec kaska jechala marcina honda,ja mazda i modlilam sie tylko,zeby starczylo paliwa:) jechalysmy tak i jechalysmy, wszyscy nas wyprzedzali,a ja na kazdej dziurze mialam wrazenie,ze rura wydechowa lub cos innego odpadnie,bo cos strasznie zawsze gruchotalo:( (z tymi jego samochodami to jest tak,ze on jest dealerem,ktory kupuje samochody tanio,bo sa kiepskiej jakosci,naprawia je,wymienia silnik i sprzedaja drogo...a jak widac czasem wypozycza)... cudem dojechalam na stacje (kaska mowila,ze jak jechala za mna,to malo ze smiechu nie pekala, ze znowu mamy takie przygody z samochodem,ktory ledwo jedzie i to na samych oparach)...na stacji mozna placic na zewnatrz ,np karta lub w srodku.my wybralysmy inside,by placic gotowka, no wiec jak juz zatankowalysmy i poszlysmy placic,to okazalo sie,ze ja nie mam portfela,a kasce pomylily sie banknoty i okazalo sie,ze nie ma tyle gotowki...na szczescie miala karte kredytowa:) zatankowalysmy i wrocilysmy do domu,by zostawic jeden samochod i pojechac w koncu do naszej restauracji,by nas obsugiwali i by poprawic sobie humor...

no i tak:na host byl inny chlopak (niesympatyczny typ,bo jak sie go prosi,by cos podal co wisi wysoko-bo on jest strasznie wysoki-to zawsze sie obraza,ze to dyskryminacja,ze on jest taki wysoki i w koncu nic nie podaje..hmm!? )no wiec weszlysmy i usiadlysmy sobie w kacie...troche to trwalo nim ktos do nas przyszedl,chyba nie zauwazyli,ze przyszlysmy... nasza kalnerka byla crystal (w sumie ja malo znamy,ale od razu zaproponowala nam,ze musimy gdzies wyjsc dzis wieczorem,bo ona i kilka kelnerek idzie do klubu i ze mozemy nocowac w jej apartamencie jak nie mamy jak wracac i w ogole byla sympatyczna:) no ale przejdzmy do zamowienia: wiemy,ze nie mozemy pic w miejscu pracy,ale ten zakaz odwolali kiedys,ale potem chyba znowu byl aktualny, wiec spytalysmy sie crystal,czy mozemy piwo,czy nie,a ona,ze tak,ze mozemy pic,no wiec zamowilysmy picie i zarcie,i najpierw przyszlo picie...siedzily ,gadamy z crystal i przychodzi ta wiedzma w kreconych wlosach,co byla kiedys moja trenerka i przynosi zarcie i bez slowa odeszla i ...poszla do menagera na skarge,ze pijemy w miejscu pracy...a to wiedzma! mogla nam powiedziec,ze nie mozemy,a nie od razu na skarge...no wiec przyszedl menager i zabral nam picie,a crystal wycofala je z zamiwienia,wiec nie musialysmy placic,chociaz juz cos wypilysmy:)

dobrze,ze ten menager w sobote przenosi sie do innej restauracji,to nie bedzie nieprzyjemnych sytuacji:) ale i tak nie bedzie,bo jak on przyszedl,to crystal od razu powiedziala,ze to jej wina,bo powiedziala nam ze mozemy pic, ech... no ale i tak nam nic nie zrobia,bo do papierow nie wpisza (przeciez to nie nasza wina,bo my i tak na spotkaniach przed kazda zmiana,to rozumiemy tylko polowe z tego co oni gadaja przez kilkanascie minut),a z pracy nas nie wyrzuca,bo niby dlaczego, no i przeciez my tam jestesmy atrakcja z akcentem:)no wiec wszystko dobrze:)

nie wiadomo tylko jak z tym autem,bo trzeba wykupic ubezpieczenie,a facet powiedzial,ze ma byc na izke,a my nie mamy zadnych papierow na ta mazde,wiec jak temu dealerowi sie zechce to moze zadzwonic na policje,ze mu ukradlysmy samochod, wiec wyglada na to,ze zawieziemy ta mazde z powrotem i powiemy ,by oddal kase i bedziemy liczyc na laske marcina albo bedziemy pracowac tylko w weekendy,albo wypozyczymy od normalnego dealera z licencja na wypozyczanie,albo wyjasnimy to...ech ,jak widac nie zawsze jest rozowo...

ewa_w szarej rzeczywistosci

24 lipca 2004

o modzie i urodzie,pracy i cukierkach

to znowu ja:) i znowu o pracy:

zauwazylam dziwna rzeczy...no moze nie dziwna,ale fakt jest taki,ze do naszej restauracji przychadza ciagle ci sami ludzie. oczywiscie sa tez nowicjusze,ale jest grupa ludzi,ktora jest stala,a co najsmieszniejsze,bo maja oni swoje ulubione kelnerki, wiec od razu w drzwiach pytaja sie,czy dzis pracauje taka a taka i ktore sa jej stoliki.a jak ma juz wychodzic,to sie upewnia kiedy bedzie znowu, bo chce tylko do tej kelnerki. Ja z kaska tez juz mamy swoich stalych klientow:) (pewny gosc to pewne napiwki).sa tez klienci ,ktorzy nie maja ulubionej kelnerki,bo lubia wszystkie i przychodza z innych powodow. np,wczoraj przyszedl znowu candy man.

Facet ten przynosi zawsze pelna torbe roznych cukierow,a co najgorze,to wszystkie sa pyszne. Prosi ,by przyszla kazda kelnerka i wziela jakie i ile chce cukierkow. Wcale nie ma sklepu z cukierkami, po prostu lubi sprawiac ludziom przyjemnosc i mowi,ze to dobry sposob do rozpoczecia rozmowy i poznania ciekawych ludzi.czasem nawet nic nie zamawia;rozdaje tylko cukierki, pogada i idzie,hmm!?:) to jest nawet mile w porownaniu do innego faceta,ktory codziennie przychodzi przynajmniej raz dziennie i zawsze z aparatem,by zrobic sobie zdjecie z kelnerkami. fakt,ze ktos robi sobie z nami zdjecie,to nic nowego,bo codziennie ktos chce i na scianach pelno wisi zdjec kelnere ze znanymi ludzmi (nawet z davidem coperfildem). wiec jak widac ,w pracy sie nie nudze:)

inna ciekawa rzecz, tez zwiazana z praca,to to,ze ostatnio dzwonilysmy do glownej siedziby biura CIEE zajmujacego sie wyjazdami zagranice. biuro znjduje sie w bostanie,wiec jak latwo sie domyslic trzeba gadac po angielsku. Musialysmy tam zadzwonic,bo zmienialysmy prace,wiec trzeba tam bylo kogos o tym poinformowac. no wiedz dzwonimy i kaska mowi: hello, this is Katarzyna Krawczyk and Ewa Witkowska. We are exchange students from Poland... a facet w sluchawce na to:from where? ...POLAND! ,no to facet mowi: o,to mozemy mowic po polsku:) hihi, jak widac polakow na swiecie jak psow,choc szczerze mowiac,to to nie byl polak, ale po polsku swietnie mowil,choc z rosyjskim akcentem. ech,dzwonilysmy tam juz nie raz i zazwyczaj odbierala kobieta ,ktora mowila po angielsku,ale z chinskim czy japonskim akcentem,a tym razem po polsku z rosyjskim akcentem...hmmm,dziwni ludzie tam pracuja,chyba sami exchane students.

a co nowego...dzisiaj jedziemy na zakupy,bo jest wielka wyprzedaz w wielkim sklepie, wiec moze sie oblowie.musze sobie nakupowac ubran,bo tutaj wygladam niemodnie.w sumie,to mi wisi,co o mnie tu wysla,bo tu nikogo nie znam,ale po prostu przywiozlam malo ubran z polski,a tu po przecenie sa tanie i oryginalne.W ogole,to tu maja dziwny styl ubierania.np w kansas nie wypada nosic jeansow bez kieszeni na tylku,bo to sa wtedy spodnie kowbojskie,a tu jest duzo kowboi.co do kolorow,to ludzie ubieraja sie duzo bardziej kolorowo niz w europie.jak ktos nosi cos czarnego,to najwyzej spodnie. Ogolnie,to ludzie ubieraja sie luzno ,pomijajac tych,co pracuja w biurac,np izka.bo chociac stara baba nie jest,to musi sie ubierac jak stara baba,bo tak wypada,wiec codziennie do pracy w spodniach i eleganckiej koszuli.a jak my raz z kaska pojechalysmy ja odwiedzic,to tez musialysmy sie przebrac,bo w jeansach,by nas nie wpuscili...no i dlatego ja zostalam w samochodzie...

w sklepach jest pelno ubran w stylu zony  kennedy'ego. Sukienki do kolan lub troche za,zazwyczaj w grochy lub kwiatki.a sweterki i koszulki zawsze z duzym dekoltem lub szerokim wycienciem...ale jakby tak popatrzyc na ulice,to te sukienki,a'la kennedy to tylko nosza gwiazdy na czerwonym dywnie,a normalni ludzie,to wola koszulki bez rekawa(jakis top czy cos na wzor podkoczulki ale najczesciej z bohaterem kreskowki), krotkie spodenki najczesniej z materialu takiego z jakiego sie robi bluzy dresowe,a jak nie spodenki do mini,ale czy mini czy spodenki,czy nawet spodnie,to obowiazkowo spuszczone bardzo nisko na pasie,by bylo widac majtki,czy cokolwiek,co jest pod spodem.a buty... laczki czy japonki czy innego rodzaju klapki sa uwielbiane tutaj przez kobiety...ech,to tyle o strojach kobiet,a co do facetow,to koszule z kolnierzykiem, hawajska lub zwykla, krotkie spodenki z kieszeniami i skorzane sandaly...chyba,ze pracuje w biurze, to wtedy jasna koszula i eleganckie spodnie,albo garnitur... a jak sie wybira na basen,to obowiazkowo spodenki (bron boze kapielowki) no i obowiazkowo w kwiatki.....

no to tyle o modzie i urodzie. nie,jeszcze jedno.reklamowek sie tu nie nosi.reklamowki dostajesz tylko w sklepie i zawsze firmowe,a gdziekolwiek idziesz i cokolwiek masz na sobie,to zawsze torebka musi byc na ramieniu. jak masz duzo rzeczy,to duza torba, czasem sportowa,jakby sie szlo na silownie,albo cos bardziej eleganckiego w kwiatki. no a jesli jestes facetem,to nic nie masz,znaczy masz wszystko,ale w kieszeniach, a jak sie nie miesci,to jakas aktowka,jesli pracujesz w biurze,ale i tak zazwyczaj wszystko zostaje w samochodzie.

ech...to tyle na dzisiaj,dziekujemy za uwage i zapraszamy nastepnym razem.byli z panstwem:ewa witkowska i kasia krawczyk (kaska duchem,ewa cialem,ale kaska zapewne pozdrawia jak zawsze)

...

22 lipca 2004

ihha!

ostatnio nasz komputer padl juz do konca,wiec nie moglam odbierac i wysylac poczty,ale marcin sie zlitowal i kupil nowy komputer:)glownie dlatego,ze on tez z niego korzysta...no wiec juz nadrabiam zaleglosci:

western day...hmm,przyjechalysmy juz o 9 do pracy,choc mialysmy byc na 11,ale po pierwsze placili duzo wiecej za godzine w ten dzien,no i prosili,by ktos przyjechal i pomogl robic dekoracje. no wiec przyjechalysmy,ale o dziwo prawie wszystko bylo juz zrobione (chyba nie wierzyli,ze ktos przyjedzie wczesniej). no wiec tak sie poobijalysmy przez godzine,az w koncu powiedzili, ze mozemy zawiesic jakies ozdoby na klimatyzacji.

Wystruj naszej restauracji na ten dzien sie bardzo zmienil.Nad wejsciem wisial napis...cos tam,cos tam saloon, po knajpie byly rozrzucone snopki siana,wszedzie wisialy papierowe ozdoby kowbjskie (buty,gwiazdy szeryfa, pistolety itp), byly siodla, kapelusze i okrzyki ihhha! przed wejsciem byl box dla konia...z koniem w srodku (tylko kuc oczywiscie). na podlodze w boxie byla rozrysowana plansza tak jak do statkow i robili zaklady,gdzie kon postawi placka:)W srodku byly trzy stoly do blackjacka, jeden do ruletki i jeden nie wiem do czego,ale rzuca sie koscmi. Krupierami (czy jak sie nazywa ten,co jako jedyny moze dotykac kart, byly kelnerki, ktore przeszly przyspieszony kurs blackjacka, ruletke prowadzil jeden z menagerow, a to nie wiem co,to buss (ten co sprzata ze stolow puste talerze).wszyscy oczywiscie odpowiednio przebrani i z zielonymi daszkami. oprocz tego bylo jeszcze kolo :try your luck for a buck (czyli sprobuj szczescia za dolara) :placisz dolara i krecisz kolem i albo wygrasz firmowa koszulke albo zarcie, albo taniec z kelnerka,albo musisz krzyknac ihhha!albo zaspiewac piosenka z dzikiego zachodu itp... rozrywek bylo duzo.

Ja z kaska i kilkoma dziewczynami bylysmy przebrane z cowgirl (na tle inny przebran,to nawet calkiem niezle wypadalymy,tyle,ze mialysmy strasznie wysoki obcasy jak na buty kowbojskie, wiec lekko stac nie bylo). Inne dziewczyny byly przebrana za indianki,a jeszcze inne za saloongirl, czyli ladacznice w koronkach i piorach (obowiazkowo kabaretki). Za ladacznice byly przebrane tylko starsze kelnerki (cale szczescie,bo jako jedyne musialy wypozyczyc stroj,bo inny, to sami kombinowali). Jedna menagerka,czy nie wiem kto to jest (kurde,ciagle czegos nie wiem),w kazdym razie jakas wazna kobieta tez przebrala sie za ladacznice,a pozostali menagerowie za prawdziwych kowboi.jeden to bardziej misia polarnego przypominal,a drugi ,co chwila wynajdowal dziwaczniejsze i bardziej kowbojskie spodnie i tanczyl i skakal i spiewal (czasem mysle,ze ten jeden menager jest crazy,ale ona sam tak uwaza:)

muzyka leciala jak z saloonu (poki cos sie z kaseta nie stalo i bylo trzeba wrocic do stalych nagran czyli lata 70-90). oprocz tego zwykle kelnerki tez byly,a te przebierane,czyli miedzy innymi ja i kaska,to tylko chodzilismy po podlodze i sie usmiechalysmy i gadalysmy z klienatmi...do czasu,az przyjechal autobus!

wyczekiwany od tygodni autobus ,w ktorym siedzialo same szefostwo,ktore wybiera ktora restauracja z tej sieci jest najlepsza. no wiec jak kolorowy autobus zajechal,to wszyscy musielismy
wyjsc na ten upal i sie usmiechac,bo oni wszytko krecili i robili zdjecia.a potem co chwila wychodzilismy znowu na podrowko,bo bylo trzeba sobie zrobic zbiorowe zdjecie przy autokarze z jednej strony,potem z drugiej i to z okrzykiem...ech. znaczy ihha! podobalo mi sie,bo bylo inaczej niz zawsze i co chwila ktos robil zdjecie...ale ja zapomnialam aparatu:( ale mamy jedno,bo jeden staly klient zrobil sobie zdjecie ze mna i kaska i potem przyniosl pokazac i dal nam jedno:) ech,dzialo sie dzialo. ale z tego co pamietam,to nikt nie wygral w gownianej grze,bo nikt nie obstawil kwadrata,w ktorym kon zrobil kupe,ale w blackjacka,to jeden facet chyba fortune zbil...bylo milo,ale sie skonczylo i nasteny dzien byl juz normalny...ale przygody nas tu nie omijaja:) wiec do napisania:)

ewa_ihha!

19 lipca 2004

nieudane zakupy

sobota...w sobote poszlysmy do pracy na rano i ...ja wygralam zabawe,wiec ja wybieralam pierwsza sekcje,wiec mialam bardzo dobre stoliki:) dzien sie toczyl i toczyl do konca zmiany az pod koniec zmiany przyszedl menager i spytal sie czy nie mozemy zostac na wieczorna zmiane,bo trzy dziewczyny nie przyszly, a wyglada na to,ze bedzie busy.hmm,hmm no i sie zgodzilysmy (zgodzilysmy sie,zanim zorientowalysmy sie,ze to oznacza,ze mamy pracowac jeszcze 8 godzin) boze...ale sie te godziny wydluzaly! a za to,ze zgodzilysmy sie zostac i uratowalysmy ich od rychlej zguby,to mialysmy zarcie do wyboru ,do koloru i za darmo:) a jakie byly napiwki:) ho,ho,ho:) wszystko fajnie,ale pod koniec pracy,to moje nogi byly jak z kamienia,a prace skonczylysmy o 1 w nocy,wiec dopiero o 2 poszlysmy spac,a o 7 musialysmy wstawac,bo na 8 spowrotem mialysmy byc w restauracji na jakies classy.

Polprzytomne dojechalysmy do restauracji,a tam pustki...menager powiedzial,ze spotkanie jest,ale nie w tej restauracji (szkoda,ze nas nikt nie uprzedzil),no wiec narysowali nam mapke na serwetce i ruszylysmy w droge. Droga prowadzila przez highwaye,wiec martwilysmy sie,ze nasz samochod moze nie przezyc tak zawrotnej predkosci i to w takiej ilosci,bo ta druga restauracja byla w innym miescie.no wiec ruszylysmy ,ale nie umialysmy trafic. kilka razy zjezdzalysmy z highway'a myslac,ze to juz ten zjazd,ale zawsze to byl nie ten. jak juz nam pozostal ostatni skret,bo dotrzec do celu,to nie moglysmy nigdzie znalesc tej ulicy. pytalismy sie ludzi,oni nam mowili, ale okazywalo sie,ze to podobna nazwa,ale nie ta.szukalysmy tak przez 2 godziny,az w koncu zrezygnowane wrocilysmy do naszej restauracji i powiedzialysmy menagerowi,ze nie moglysmy trafic i czy mozemy wziasc te classy kiedy indziej. oczywiecie sie zgodzil i powiedzial,ze tym razem bada w naszej restauracji:) a na dodatek,to nam paliwo sie skonczylo. nie az tak, zebysmy stanely na srodku drogi,ale jezdzilysmy juz na oparach. tak wiec niewyspane i zagubine wrocilysmy do domu z nadzieja na sen...ale nie!

marcin juz na nasz widok krzyczal,ze jedziemy do sklepu.(jak sie ostatnio wszystko rozmrozilo przez to spiecie,to cale zarcie bylo do wywalenie,no i w koncu trzeba bylo je wywalic i kupic nowe ,no i ten dzien przyszedl dzisiaj) .spowrotem wsiadlysmy do auta (tym razem marcina auta) no i ruszylismy na zakupy. Po drodze musilismy zajechac na stacje benzynowa,bo kaska musiala kawe,a ja goraca czeklolade,bo inaczej dlugo bysmy nie wytrzymaly z otwartymi oczami...no wiec pojechalismy na duze zakupy zarciowe. tyle tego nakupowalismy,ze mam nadzieje,ze starczy na miesiac.

wrocilismy do domu no i pojawil sie nowy problem...przeciez musimy sobie wykombinowac stroje na cowgirls! tym razem same pojechalysmy do sklepu...i to byl blad. jeansy mialysmy,ale koszule i buty musialysmy kupic. z koszula to nie bylo wiekszego problemu,bo mniej wiecej sobie wyobrazamy jak wyglada cowgirl'ska koszula ,ale buty?! buty znalazlysmy tylko jednego rodzaju i to za duze,ale co bylo robic...kupilysmy. w domu okazalo sie,ze to meskie buty i za obsolutnie sie nie nadaja,a izka poszukala w szafie i pozyczyla nam swoje buty,ktore jak sa do polowy zasloniete przez nogawki,to moga uchodzic za cowgirl'skie. no wiec buty musimy oddac.na szczescie tu nie ma problemu z tym ,by oddac cos do sklepu (wystarczy miec rachunek). tak wiec w najblizszym czasie je oddamy(na szczescie ,bo kosztowaly 25$). a co do koszulki,to ja nie odrywalam metki i tez ja bede chciala zwrocic i pewnie bez problemu sie uda,wiec wyjdzie na to ,ze kupilam tylko huste za dolara:) no to tak wygladaly nasze nieudane zakupy,a wieczorem marcin pojechal z nami na stacje zatankowac,bo tu nie tak latwo zatankowac! teraz juz wiem co i jak zatankowac,a co do westernowego dnia w naszej restauracji,to...do napisania:)

17 lipca 2004

kilka słów o pogodzie

ok, troche o pogodzie... fakt,ze nie pisze o upalach,nie znaczy,ze upalow nie ma,bo sa.Po prostu siedze w domu albo w pracy ,a tam jest klimatyzacja...ide do sklepu: klimatyzacja...ide do restauracji: klimatyzacja...i tak na okraglo i wszedzie...a na dodatek, jak podaja picie (sok czy wode),to jak sie nie powie,ze bez lodu,to dadza lod...zawsze daja (kolejna fajna rzecz,to ze raz kupujesz np. iced tea,a kelner ciagle pilnuje bys mial pelna szklanke...a woda jest za darmo). Tak wiec w kazdym zamknietym pomieszczeniu jest zimno.wychodzi sie z niego,a tu upal udarza po twarzy,a oprocz upalu,to wilgoc taka,ze sie oddycha nie da,wiec biegiem do samochodu, gdzie jest klimatyzacja. Jak widac,co chwila przechodze szok termiczny. (takie upaly,a to dopiero poczatek czerwca). Co dziwne i malo spotykane, ostatnio czesto tu pada...no ale jak juz pada,to solidnie...a najciekawsze sa tornada i fakt,ze wszyscy sie do nich przyzwyczaili.

Ostatnio bylismy w meksykanskim bufecie i stamtad mielismy jechac pochodzic na plaza (plaza, to tak jakby starowka... najladniejsza czesc miasta) ...no ale jak wyszlismy z knajpy, to zobaczylismy, ze zawierucha jak...hohoho.drzewa sie uginaly i lamaly sie galezie, kropil deszczyk i bylo nieciekawie... ale najwazniejszy jest ten wiatr...bo jak wieje,to dobrze,bo znaczy,ze tornadno nie jest az tak blisko, bo jakby bylo,to by nie wialo,bo tornado pochlania wiatr (czy cos takiego mi tlumaczli), no wiec jak wieje,to sie ciesze:) ale ciagle nie moge sie przyzwyczaic,ze w tv pokazuja gdzie :watch tornado, a gdzie watch flood...bo wtedy znaczy,ze jest blisko...no ale przeciez nie zawsze musi zejsc na ziemi,no i jak cos,to mam biec do piwnicy (poza tym syreny wyja ,jakby ktos nie zauwazyl,ze pora uciekac)...

no ale jak juz mowilam, wszyscy sa juz przyzwyczajeni,ze tornada sa blisko, ale jakos na szczescie nas omijaja...ja powoli tez juz przestaje na mnie zwracac uwage... gadka-szmatka,a z tornada narazie widzialam tylko czarne niebo. tak wiec upaly nie sa juz taka atrakcja,bo przy tornadach nie maja szans:)

ewa_wasz korespondent w sztormiaku

16 lipca 2004

cowgirl

ech...dzisiaj dobrze wypadlysmy w grze,wiec mialysmy dobre sekcje:) dzisiejsza gra polegala na tym,ze jedna dziewczyna zebrala wszystkie name tag (tabliczki z imieniem), wlozyla do kubka, wymieszala i rzucila na podloge. Kaski poleciala najdalej, potem moja i reszty dziewczyn.wiec kaska wygrala,ja bylam druga itd. tak wiec moglysmy sobie wybrac dobre stoliki.kaska wziela te co ja chcialam... no ale moje tez byly bardzo dobre:) lepsza sekcja= lepsze napiwki:) wiec dzis zarobilysmy wiecej:)

ale co to bedzie w poniedzialek...przyjedzie jakas komisja,ktora wybiera ktora restauracja z tej sieci jest najlepsza.no i z tej okazji wystroj naszej restauracji jest na western. mamy sie poprzebierac, bedzie stol do hazardu, bedzie kon przed dzwiami i takie tam. wszystkiego nie zrozumialam co mowili,wiec opisze po fakcie,jak juz bede widziala jak to wyglada. tego dnia ja z kaska nie pracuje jako kelnerka tylko jako cowgirl. tak,mamy sie przebrac za kowbojki. nie bedziemy kelnerowac, tylko bedziemy chodzic miedzy stolikami i gadac z ludzmi.na szczescie beda nam za to wiecej placic:) no i na szczescie tych cowgirls bedzie wiecej:) troche trudno mi sobie wyobrazic, nasza restauracje przerobiona na saloon... we will see.

w ogole to w poniedzialki mamy miec militarne dni (poza tym,ze najblizszy poniedzialek bedzie westernowy,to pozostale beda militarne),wiec znowu bede inne stroje. na szczescie na militarne, to nam dadza stroje.bedziemy wygladac tak samo,tyle ze w moro,a w ten najblizszy poniedzialek to na wlasna reke mamy sie poprzebierac...ech,dziwnie bedzie. dobrze,ze nie pracuje w zadnej powaznej restauracji, wiec jak cos pomyle czy nie zrozumiem,to nie ma problemu:) ok,no to ide
szukac przebrania...

ewa_cowgirl

13 lipca 2004

zalegle informacje

no wiec zyje:) ze nie pisalam ostatnio,to nie znaczylo,ze cos sie stalo,tylko po prostu nie bylo kiedy. No wiec jestem,no wiec pisze.

W pracy jest roznie.Roznie to znaczy, raz jest ciezko,a raz mozna sie zanudzic na smierc.I tak np dzis mialam zajete tylko trzy stolik (glownie dlatego,ze to byla zmiana na lunch). Mialabym wiecej,ale ludzie sie przesiadali.

Wyglada to tak. Przy drzwiach ktos wita gosci i mowi,zeby siedli gdzie chca. Czasem jesli jest maly ruch,a chcesz zarobic,to sama ich prowadzisz do dwojego stolika.No i tak wlasnie ja zrobilam dzisiaj dwa razy. Zaprowadzilam ich,a oni mowia,ze tu jest za glosno i czy moga zmienic stolik...no i zmienili. No i potem znowu innych zaprowadzilam i znowu bylo im zbyt glosno. Powidzialam menagerowi, by zrobil cos z tym glosniekiem, no ale bylo juz za pozno,bo lunch sie konczyl,a klientow jak widac za duzo nie mialam...w przeciwienstwie do ostatniej niedzili.

W mojej sekcji bylo 5 stolikow 6-osobowych. W niedziele nie ma zazwyczaj duzego ruchu,ale nie tym razem. W telewizji byl resling,czy cos takiego (box,tyle ,ze sie glupio przebieraja i udaja,ze sie bija). Normalnie,to by musieli placic za ten kanal w domu,a u nas w restauracji jest pelno telewizorow, a ogladanie za darmo,wiec byly tlumy.Ja sie nie wyrabialam,musieli mi pomagac. Zreszta zawsze wszyscy sobie pomagaja i podkreslaja,ze jestesmy team,ale dla mnie ten wieczor byl okropny. Tego samego zabieganego wieczoru spotkalam jednego faceta,ktory byl mna zachwycony ...hmm!? powiedzial,ze pracuje w budownictwie,wiec ja mu na to,ze ja studiuje budownictwo...no i sie zaczelo. pogadalismy o polsce ,o tym,czemu polscy studenci rzucaja studia i przyjezdzaja do usa zarabiac i takie tam. I jak zwykle to bywa,gdy sie dowiaduja co studiuje, powiedzial,ze jestem inna niz pozostale kelnerki.Ze jestem madra i takie tam (ech,czasem to tu naprawde mozna sie dowartosciowac). pytal sie kiedy bede pracowac,bo on musi ze mna jeszcze koniecznie porozmawiac,bo duzo ciekawych rzeczy sie ode mnie dowiaduje.a jak mu powiedzialam, ze w tym tygodniu mam tylko na rano,a ze on moze tylko przyjsc wieczorem,to byl zawiedziony. ech, smieszni ci ludzie.powiesz dwa slowa o sobie,to chca wiedziec wiecej i wiecej...i zachwycaja sie naszym akcentem.

co do pogody,to dzis jest 40 stopni...nie da sie oddychac. wczoraj bylo podobnie,wiec poszlam z kaska na basen po pracy(po pracy czyli ok 4).nauczona ostatnimi zdobyczami,a mianowicie czerwona skora, pierwsze co to posmarowalam sie kremem z najwiekszym filtrem i co... skora mi schodzi calymi platami:( a woda...jak zupa. nic nie chlodzila,az sie nie chcialo plywac:(

a co do kasy,to troche juz zarobilysmy,a zeby nas nie korcilo,to dzis od razu po pracy zajechalysmy do banku . znowu mialysmy problem,kiedy skrecic,by trafic do tego banku,ale w koncu od razu skrecilysmy dobrze:)wplacilysmy co mialysmy i zostawilysmy sobie w portfelu tylko po 5 $. wiecej nam w sumie nie trzeba,bo przeciez jutro znowu do pracy i znowu beda napiwki.mam nadzieje,ze jutro bede miala lepsza sekcje niz dzis. wybor sekcji zalezy od gry. najpierw sekcje wybiera headwaitress,czyli glowna,a potem,te co sa na dwie zmiany(jesli jakies maja),a pozostale graja w gre. gra codziennie jest inna.raz gramy w golfa na korytarzu,innym razem rzucamy naszymi tabliczkami z imieniem do celu, czasem gramy w kosza,a dzis zgadywalysmy o ktorej godzinie urodzila sie kelnerka,ktora miala dzis urodziny. ja bylam trzecie co do kolejnosci trafien,ale najpierw wpisala sie head, potem trzy byly podwojne, dwie przede mna i mi nic ciekawego nie zostalo.no coz...

co jeszcze...!? mielismy male spiecie w domu i kontakty przestaly dzialac w jednym pionie,np w garazu,gdzie stoi zamrazalnik. ale nikt nie zauwazyl,ze nie dziala i wszystkie pierogi i kurczaki poplynely:( no wiec znowu jemy tylko platki na mleku(dzis rano,to myslalam,ze zwymiotuje,gdy znowu musialam wcinac je na sniadanie), wiec po pracy zrobilam sobie jajka na miekko:)

o,i jeszcze co do pracy. okazalo sie,ze te testy co nam dali do domu,bysmy sie nauczyly zanim podejdziemy drugi raz do tego testu z zarcia,to ...dali tylko nam do domu...hmm!? pewnie dlatego,ze czasem nawet nie rozumialysmy polecen,wiec nie umialysmy odpowiedziec poprawnie, wiec sie zlitowali i dali nam do domu. no i dlatego my zdalysmy na 100% jako pierwsze.ale co najdziwniejsze, to tylko my i Jody,ktora nam dala te testy ,wiemy, ze zabralysmy je do domu.no coz...ich strata,niech mysla,ze jestesmy takie doskonale:)

z nowinek,to adam juz wrocil do swojego holywood'u ,a izka pojechala dzis do polnocnej karoliny albo gdzies dalej...nie pamietam,ale na pewno gdzies sluzbowo.za trzy dni wraca i potem znowu bedzie jechac do san francisco czy las vegas (nie wiem,ale fajnie,to brzmi:sluzbowo do las vegas:) jak my wiecej zarobimy kasy,to tez polecimy do vegas,a moze i do L.A (los angeles),ale poki co
to tylko zarabiamy i glodujemy,by wiecej zarabiac.

to chyba juz wszystki zalegle informacje...do napisania

7 lipca 2004

zakwas

co nowego?! ech,ciagle sie cos dzieje.co do pracy,to ostatnio mialysmy juz wiecej stolikow.ja mialam 9,a kaska 8. Bylo to w niedziele,wiec powiedzili,ze duzego ruchu nie bedzie,wiec powinnysmy sobie poradzic z taka iloscia stolikow.trzeba dodac,ze te stoliki,to sa albo 4- ,albo 6-,albo 8-osobowe,wiec lekko nie jest. No ale przez pierwsze godziny,to nikogo nie bylo...przynajniej przy moim stoliku,bo byly zajete wtedy ok 4 stolki,no i akurat nie moje. Nikogo nie bylo,bo to byla niedziele,a poza tym byly wyscigi samochodowe,a poza tym byl 4 lipca,czyli swieto niepodleglosci dla amerykanow,no i w niedziele czy inne swieta modne sa rodzinne barbecue w ogrodzie.no wiec nikogo nie bylo...

no ale w koncu ktos sie pojawil...meksykanie...nie lubie meksykanow,bo oni daja male napiwki:( no ale ich obslugiwalam. potem przyszli kolejni meksykanie i kolejni...no i w koncu przyszedl jakis amerykanin do mojego stolika, a nawet dwoch. Jeden byl jakims szycha w budownictwie.gdy mu powiedzialam,ze studiuje budownictwo,to byl zachwycony,ze jaka ja madra itd. i zdziwiony,ze dziewczyna na budownictwie...no i czy po studiach przyjade budowac ameryke...oczywiscie,ze nie:) no ale to nie byl moj udany dzien,bo... jedni meksykanie zamowili wings...no i one byly niedogotowane, wiec musialam swiecic oczami,no i byl nizszy napiwek:( a amerykanin, ktory jadl ostrygi (tak,ostrygi i krewetki i inne swinstwa tez serwujemy) dostal jakies surowe czy z jakims glutem wsrodku.w kazdym razie znowu to ja niby bylam winna,bo ja podalam,wiec byl maly tips:( na szczescie menager przyniosl mu nowe. o, i jeszcze mialam problem z karta kerdytowa jednego meksykanina, bo...nie dzialala.menager pierwszy raz sie z czyms takim spotkal...na szczescie mieli za soba gotowke,wiec zaplacili.

ech...ciezko bylo,ale kasce tez latwo nie szlo,bo u niej usiedli izka,marcin i jeszcze 5 innych osob,bo na 4 lipca byl mini zjazd rodzinny.a ze marin chcial,by kaska pocwiczyla jezyk,to co chwila marudzil, ze jednak inny sos,ze jednak zamieni...ech, lekko nie miala. no wiec jak widac kazdy dzien jest inny. teraz idziemy do pracy w czwartek.mam nadzieje,ze bedzie fajnie:)

to tyle o pracy,a co to reszty,to jak juz wspomnialam byl mini (bardzo mini jak na goralow-marcina rodzice,to gorale) zjazd rodzinny,no i jeden z tych kuzynow mieszka u nas. Nazywa sie Adam i przyjechal z Los Angeles,gdzie studiuje aktorstwo. Jak mowi po polsku ,to wiecej mamy z tego smiechu niz zrozumienia,bo nie dosc,ze kiepsko mowi,to z amerykanskim akcentem no i jeszcze troche po goralsku. no wiec ja teraz mieszkam razem z kaska (przez tydzien) w jednym pokoju... no i z lola.bo kaska jest zakochana w tym psie,wiec sypia razem z nim.wiec musze uwazac, by go nie rozdeptac po ciemku (a to czarny pudel).

a nowinek,to jeszcze bylismy wczoraj na silowni (ja,kaska i adam). Ja z kaska mamy darmowa silownie (nie kazda,ale ukurat ta,ktora jest najblizej domu i jest calkiem-calkiem wyposazona). mamy za darmo,bo nasza restauracaj nam to zapewnia, wiec do silowni sieci gold's gym mamy za darmo wstep. wiec my za darmo weszlysmy,a adam...tez,bo pierwszy raz,ale next time bedzie placil 10$.

ale przejdzmy do naszego treningu...lekko nie bylo,bo robilismy wszyscy to samo,a terenerem byl adam.ojej. na poczatek byla bieznia.hehe, dzwinie sie na niej bieglo no i na koniec odlecialam do tylu,bo nie umialam zatrzymac (kaska tez:) a potem przez 2 godziny zaliczalismy wszystkie przyrzady.ech,ile ich tam bylo. mieli nawet bieznie ze schodami,ze zamiast po schodach na klatce, to biegasz po schodach na biezni (hmm?!) doslownie wszystko tam bylo.nawet 3 boiska do racketball - cos podobnego do skuasha,tyle,ze walisz po wszystkich scianach,nawet po syficie,no i masz wieksza pilke i grasz w cztery osoby (choc pewnie w 2 tez mozna).ale na racketball poszlismy juz po cwiczeniach. w sumie nie poszlismy,a slanialismy sie,bo taki intensywny trening mielismy,ze mnie to juz skurcze lapaly,a kaska byla bliska padniecia...tak wiec z trudnoscia przychodzilo nam trafianie w pilke:)

Po tak intensywnym treningu wrocilismy do domu najesc sie protein. a wieczorem poszlismy do baru i gralismy w cos,co nawet nei wiem jak sie nazywa,ale wyglada podobnie jak bowling (nie pamietam czy to sie tak nazywalo,ale wygladalo to tak,ze ktos puszcza po lodzie wielka kule a inni ze szczotkami biegna kolo kuli i zamiataja) no wiec to byla barowa wersja bowlingu,bo zamiast lodu byl stol posypany czym co wygladalo jak cukier,ale bylo woskiem lub czyms podobnym,no i kuleczki bylu malutkie.rzucalo sie z jednego konca stolu tak,by zatrzymalo sie na koncu (jakos nigy nie chcialo sie zatrzymac wlasnie tam). potem przeciwnik rzucal tak,by zapchnac z toru kulki przeciwnika i by jego kulka zostala. w sumie to fajna gra. Ja byla w druzynie z adamem,a kaska z marcinem. adam byl nie zadowolony,ze musi ze mna grac,bo na poczatku,to mi nic nie wychodzilo. ale koniec konicow wygralismy,no i glownie dzieki mnie,bo potem juz wyczulam jak to trzeba rzucac,wiec zdobylam troche punktow:)

no a dzisiejszy poranek...kaska nie mogla sie podniesc z lozka...zakwasy,a ja...e,nie jest tak zle, tyle ze mam problem by podniesc kubek lewa reka,bo troche sie wtedy trzesie,albo musze sobie pomoc druga,ale kaska,to nawet bez kubka ma problem z obydwiema rekami,hehe:)

o,i jeszcze na basenie bylismy ostatnio.ja teraz jestem cala czerwona,a kaska narzeka ,ze sie w ogole nie opalila. poszlysmy dopiero po 4 na basen,ale jak widac slonce jeszcze bralo...przynajmniej biale twarze, takie jak ja:)

no to koncze,bo moje zakwasy sie odzywaja jak tak dlugo pisze...


ewa_zawkaszona

3 lipca 2004

ewa i kataranna

ech,co to byl za dzien...jechalysmy do pracy i szukalysmy banku. ja nie mialam pojecia gdzie moze byc,ale kaska byla pewna,ze wie,wiec jechalysmy i zgadywalysmy, ktory to moze byc skret. W koncu skrecilysmy,bo kaska byla pewna,ze to tu... szukamy banku... szukamy...to nie tu.a kasa byla nam potrzebna,bo nie mamy paliwa,wiec trzeba zatankowac.no ale skoro bank zniknal,to wrocilysmy na nasza ulice i pojechalysmy dalej do pracy.a przy kazdej zmianie biegow (mamy automatyczna skrzynie biegow, ale "czuc",gdy sa zmieniane) zastanawialysmy sie czy dojedziemy i czy najpierw sie grat rozpadnie czy zabraknie paliwa. no ale dojechalysmy.

Na poczatek okazalo sie,ze w piatek jest inny uniform (czarny),wiec znowu bylo sie trzeba przebierac. a potem poszlysmy po nasze nowe tabliczki z imieniem,wiec ja juz jestem ewa (czytaja: Eła),a Kaska: Kataranna :) Wczesniej byla katarana,wiec juz poprawili:) Kaska dala za wygrana i powiedziala,ze moze byc Kate ,bo i tak nikt nie wymowi Katarzyna.a ja kolejny raz (chyba piaty) mowilam,ze jestem zle zapisana w systemie,bo ciagle jestem ewa witowska,ale oni chyba nie slysza jak do nich mowie, wiec tez juz dalam spokoj,moge byc witowska...

Po wizycie w biurze dostalysmy test z zarcia i poszlysmy go napisac.oczywiscie test bylo co do pytania taki sam jak ostatnio,bo tu nikomu nie chce sie utrudniac zycia innym.marcin mowil,ze nie zna osoby,ktora zdawalaby na prawo jazdy 3 razy:) tak wiec test zaliczylysmy...oczywiscie na 100% a co bylo dziwne,to menager nam gratulowal,bo pierwszy raz ktos zaliczyl na 100% ...co za problem nauczyc sie 100 pytan na pamiec, tymbardziej,ze to glownie test wyboru.no wiec zaliczylysmy i dostalysmy treningowo po 1 stoliku,ale obslugiwalysmy juz same...ech i wtedy sie zaczelo:)

Na poczatku siedzial u mnie 1 facet,ale szybko skonczyl i potem przyszlo 6, potem 4, potem znowu 6, potem 2 i tak co chwila ktos przychodzil,bo moj stolik byl na widoku,wiec ,gdy tylko sie zwalnil,to zaraz byl zajmowany...w przeciwienstwie,to Kaski,ktora sie wynudzila.a ja nie  nadazalam...kolejne piwo,kolejny sok,kolejne piwo,a czy wszystko dobrze smakuje,a moze deser,czy podac czek!? ale niektorzy naprawde byli fajni. tak sie z nimi zagadywalam,ze potem pytali kiedy pracuje,bo przyjda znowu,a napiwki to dawali mi po 10-20 dolarow...szkoda,ze skoro jestem na treningu,to musze oddawac tips...choc jakby ta moja trenerka byla sympatyczniejsza, to moglaby mi oddac moje napiwki...no ale w niedziele juz bede pracowac na wlasany rachunek... nie wyobrazam sobie jak mam sie wyrabiac z 6-8 stolikami jak ja przy 1 mialam problem... szczegolnie przy komputerze,bo wszystko po angielsku,wiec troche to trwa,az znajde i sie upewnie, ze jest ok. no a poza tym gadalam tez z ludzmi przy innych stolikach,bo jak ktos sie dowiedzial,ze jestem z polski....raz jeden fotgraf powiedzial,ze ma modelke z polski i zadzwonil do niej i pogadalam po polsku,hehe:) i chcial nam tez zrobic sesje,ale powiedzialysmy, ze raczej nie,ale dal swoje namiary,by zobaczyc w internecie jego zdjecia.nie wiem jak kaska,ale ja na ta sesje nie pojde, mimo,ze facetowi dobrze z oczy patrzylo. ech,przygod bylo co nie miara,az tyle,ze nie sposob pamietac wszystkich.np raz przy moim stoliku usiadl facet, ktory, gdy skonczyl skladac zamowienie,a ja juz mialam odejsc,to on do mnie:dziekuje po polsku gada...no wiec znowu mialam z kim i oczym gadac.bo okazalo sie ,ze mieszka w NY ,a na green poincie jest pelno polakow,wiec zna kilka slow,jak prosze,dziekuje,na zdrowie i spier...laj .co to za fenomen,ze kazdy jak sie uczy obcego jezyka,to zawsze umie poprosic,przeprosic i przeklnac!?

Tego wieczoru odwiedzili nas znowu izka,marcin i tym razem z kolezanka izka z pracy shelly. Oczywiscie przyczepilam im baloniki (w tej knajpie,komu chcesz mozesz przyczepic balonik i napisac na nim co chcesz,najczesciej robi sie to jak sa dzieci,albo jak ktos ma urodziny).w ogole,to tego wieczoru tyle sie nagadalam po angielsku,ze doslownie mialam potok slow. ciagle gadalam i gadalam i nawet jak czasem cos po polsku mowilam,to nieswiadomie zaczelam wkladac angielskie slowa. tak mi dobrze szlo,ze nawet nie widzialam roznicy czy bede mowic po polsku czy po angielsku, bo i w tym i w tym dobrze mi sie mowilo:) no i jeszcze ten usmiech...nie wiem czy to ta praca i ciekawi ludzie ktorych poznaje (np ekipe z wysigow samochodowych obslugiwalam.nie kierowcow,ale tych co pracuja przy samochodzie... a jeden z nich jest narciarzem:)...czy ten samochod,ktory nie wiem czy sie nie rozpadnie,wiec smiechu jest duzo,ale jak mialam swoj stolik i tak biegalam i po angielsku gadalam,to usmiech mi nie schodzil z twarzy...hm...izka powiedziala, ze bede nie do poznania po powrocie,bo jak ten usmiech mi zostanie,to...to bedzie inna ewa...we will see,no to tymczasem:)

ewa_inna ewa

2 lipca 2004

a mialo byc tak pieknie

a mialo byc tak pieknie... nie mamy leksusa,a mamy honde,bo nie maja jakies czesci, by cos tam naprawic w klimatyzacji,wiec na razie dali nam honde,ale pewnie juz ja bedziemy mialy do konca,bo mniej pali,jest mniejsza i ma wspomaganie kierownicy ...a poza tym nie da sie otworzyc drzwi pasazera z przodu od srodka,tylko od zewnatrz,bo od srodka nie ma klamki...ale poza tym to nie jest zle.

poza tym,to zauwazylysmy,ze na pierwszym czeku odciagneli nam nie te podatki,a nie odciagneli tych co mieli.dzis pojechalysmy po nastepny czek,no i tym razem odciagneli i te co mieli i te co nie mieli,wiec trzeba teraz dzwonic i odkrecac,bo jak juz tam nie pracujemy,to sa dla nas nie mili i nic nie da sie zalatwic, na szczescie mamy napisane,ze jak pracodawca odciaga nie te podatki,to jak samemu sie nic nie wskora, to mozna zadzwonic do CIEE (to organizacja zalatwiajaca wyjazd) i oni juz to zalatwia... ech,no to ide szukac numeru telefonu,by zadzwonic do hotelu,by poprawili...czesc

ewa