oj,dzialo sie,dzialo... na poczatku zaspalismy na samolot...Planowo mieslismy wstac o 4,o 5 wyjachac,o 6 byc na lotnisku,zdac bagaze,pojsc na sniadanie i o 7.30 odleciec... ale kicha. Wtaslismy o 5,zaraz przyjechal Marcina tata, zawiozl nas na lotnisko, zdalismy bagaze o 6.45 i pani powiedziala, bysmy juz szli do gate,bo jak samolot bedzie pelen wczesniej,to odleci bez nas...ale marcin sie uparl,ze musimy pojechac do hotelu obok na sniadanie i zapewnial ja ze w pol godziny sie wyrobimy... no i poszlismy na sniadanie. Jesc bylo trzeba w locie,az zarcie w przelyku stawalo... ale bylo w miare,w miare,jak na amerykanskie warunki:) Potem znowu biegiem do samochodu i na lotnisko i juz byla 7.15 i juz wszyscy czekali na nas w samolocie. Jeszcze marcin pomarudzil,ze chce inne miejsce,by mogl sie polozyc (bo w noc przez wylotem poslzismy na piwo do pubu i pozno wrocilismy)...w koncu lecimy...
okazalo sie,ze dolecimy o godzine wczesniej,wiec wszystko sie ladnie ukladalo:) Lecielismy nad wielkim kanionem...ale byly chmury,wiec malo go bylo widac... a wiekszosci czasu,to lecielismy nad pustynia. Lecielismy, lecielismy, az dolecielismy.a lotnisko w LA...uuu.dawno nie bylo odnawiane (przynajmniej ta czesc,w ktorej wysiadalismy). Kaska pierwsze co,to juz na lotnisku zaczela sie rozgladac za kim slawnym. Ale Marin jej powiedzial,ze gwiazdy maja prywatne samoloty, wiec raczej tu ich nie spotka... Odebralismy swoje bagaze ,zadzwonilismy po izke, adama i izki rodzicow,ze juz jestemy i czekamy...a oni,ze juz jada...i tak jechali trzy godziny,bo jeszcze musieli zajechac wypozyczyc samochod, i jeszcze izka zgubila telefon...wiec troche im zeszlo.w miedzy czasie widzielismy jak sie samochody stuknely,jak baba dostala mandat, jak facet sie wymigal od mandatu (mielismy dobry punkt obserwacyjny).
W koncu przyjechali :hug,hug (bo amerykanie na powitanie i pozegnanie sie sciaskaja; hiszpanie, meksykanie i paragwajczycy sie caluja 2 razy,a jak wiadomo polacy 3 razy).no to jak juz sie wszyscy wysciskali, to zapakowalismy sie do auta adama i do wypozyczonej toyoty i ruszylismy na podboj zachodniego wybrzeza. Nie pozwolili nam nawet zajechac do hotelu zostaliwc rzeczy i przebrac sie,bo juz pozno bylo (a w ogole to w californi czas jest 2 godziny do tylu w porownniu z kansas; inne porownanie to powietrze:w kansas jest przerazliwa wilgoc w powietrzu ,a tu susza taka,ze az lzy z oczy plyna jak wiatr zawieje;no i te palmy... w kansas nie bylo,a tu jest pelno palm o i jeszcze jedno:tu jest pelno azjatow,a mniej murzynow, przez to nie bylismy jedyni z aparatem:)
...no ale wrocmy do wycieczki:na poczatek pojechalismy na plaze w Santa Monica. ech...jak to plaza: piasek, piasek i woda,woda. Z ta roznica,ze pierwszy raz,to nie bylo morze baltyckie czy wilkies jeziora,ale Ocean Spokojny,Pacyfik czy jak kto woli.Na plaze szlo sie droga,na ktorej po bokach byly waskie chodniki.Zatrzymywalismy sie ,by popatrzyc lub zrobic zdjecie,ale zaraz ktos krzyczal zza plecow: korek,korek! i trzeba bylo keep going. A na plazy byl np. walec! Takie duzy,a na nim byl fragment planu los angeles,bo jakby sie komus znudzilo budowanie zamkow, to moze pozyczyc walec i odcisnac miasto aniolow. I jeszcze byly te budki ratownikow ze slonecznego patrolu. hehe,i nawet mieli takie same zolte samochody, ktorymi jezdzli po plazy patrolujac... ale przygoda z samochodem bedzie w malibu.o,a jeszcze co ciekawe w Santa monica, to na molo bylo ogromne wesole miasteczko, ale ogromne, ale nie poszlismy na nie. Tak wiec zobaczylismy plaze w Santa monica i pojechalismy cos zjesc,a po drodze pozwiedzac Beverly Hills, Rodeo Drive (slynna,droga ulica,gdzie sie tylko wystawy oglada), widzielismy tez budynek policji w Beverly Hills... wyglada jak zamek... przynajmniej z zewnatrz. Zrobilismy kilka zdjec,zarcie i znowu do auta i tym razem do Universal City
UC (miasteczko firmy Universal, czyli wszystko co zwiazane z filmem tej firmy: Shrek, Flintstones, spiderman, jurasic park, mumia, van helsing, apollo 13 i wiele innych. Miasteczko bylo ogromne,a na najciekawsze show byly ponad godzinne kolejki... ale z nami byl adam:) Adam-kuzyn Marcina-studiuje aktorstwo w Los Angeles, mieszka w Hollywood i z tej racji do Universal Studios ma wejsciowke dla vipow.byl tylko problem by przemycic nasza szostke, bysmy nie musieli placic kilkadziesiat dolcow za wejscie. Znalezlismy wejscie dla pracownikow i Adam szedl z przodu,a ja z kaska i kaski mama szlysmy krok za nim i on machal rekoma,ze niby nas oprowadza i tak probowalismy przesc kolo okienka, gdzie pani pilnowala czy aby na pewno wszyscy to tylko pracownicy...a dokad to!? no wiec adam pokazuje,ze sie tu uczy,wiec go wposcila, a my to goscie i on nas oprowadza,wiec kazala mu wpisac sie do ksiazki i dopisac nazwiska osob ,ktore wprowadza.no i jakos poszlo... my we trzy poszlysmy dalej,a adam sie wrocil po reszte i znowu wyprobowal ten sam trik,ale tym razem do ksiazki wpisal tylko marcina... i tak nikt nie patrzyl co sie tam wpisuje.no wiec wszyscy bylismy w srodku i znowu za darmo:)
W srodku atrakcji bylo tyle,ze mozna bylo sie pogubic,wiec slepo szlismy za adamem,bo on juz tu byl i wiedzial, gdzie najciekawiej. Szlismy (poprawka bieglismy) obok zywego Shreka,ktory ustawial sie do zdjec, obok Van Helsinga, obok domku Flintstonow, Spidermana i innych bohaterow,ktorych nawet nie rozpoznawalam. Dobieglismy do ruchomych schodow i w dol...i natepne schody w dol...i jeszcze jedne...i jestesmy:) Po prawej Mumia,a po lewej Jurasic Park. Obydwa,to byly ride,czyli siadasz do wagonika i jedziesz. Na poczatek poszlismy na Mumie. Po drodze pani dala nam monete do schowka,by zostawic torby,bo podobno latwo zgubic.No wiec bez aparatow i toreb poszlismy na Mumie. Kolejka bylo ponad godzinna,ale my poszlismy do wejscia dla vipow,bo przeciez Adam byl vipem:) na kazdej bramce adam pokazywal swoja wejsciowke, mowil,ze te szesc osob jest z nim,oni zawsze marudzili, ze tak nie mozna,ale tym razem wpuszcza, ale to ostatni raz... no i zawsze wpuszczali. No wiec minelismy kolejke i wsiedlismy do pierwszego wagonika... tak wyszlo,ze ja bylam w pierwszym rzedzie,wiec mialam najstraszniej. Wagonik ruszyl,bylo ciemno,nie bylo wiadomo,czy jedziemy w gore,czy w dol, czasem to prawie glowy pogubilismy,co chwila jakis kosciotrup wyskakiwal z pojekiwaniem,cos strzelalo, cos pryskalo,a potem wagonik jechal do tylu... ech,fajnie bylo:)
Po mumi poszlismy na Jurasic Park.To tez byl ride,tyle,ze wagonik plywal po wodzie, wkolo byly dinozaury,co chwila lala sie na nas woda,a gdy mial byc stromy zjazd w dol,to niektorzy podniesli rece do gory ,by bylo fajniej...no i izka prawie nie wypadla z wagonika,bo naprawde bylo stromo. Ze prawie wypadla ,to poczulam na wlasnej skorze,bo jak juz zaczela wylatywac,to tak sie mnie zlapala,ze ledwo moglam oddychac (akurat siedzialam obok). A jak juz skonczylismy spadac,to wpadlismy znowu do wody,ale tym razem bardziej chlapalo...
Po dinozaurach poszlismy zobaczyc jak kercili film... nie pamietam amerykanskiego tytulu,ale po polsku,to bylo"podmuch ognia" , "ognisty podmuch" czy jakos tak. Pokazywali na filmie jak wszystko wygladalo od kuchni, a potem bylismy na planie (oczywiscie specjamnie przygotowanym, bo film juz dawno nagrali,bo ja go nawet ogladalam w polsce)...no wiec byla to jakas stara fabryka,my szlismy mostkiem i pokazali jak sie zaczelo...najpierw cos sie zapalilo w biurze, potem powoli wyszlo z biura i nagle wszystko wkolo sie palilo i strzelalo i rusztowania spadaly i bylo goraco i fajnie:)
ech...to chyba byly wszystki atrakcje w tej czescie miasteczka,wiec wrocilismy schodami na gore...po drodze zdjecie z druzyna apollo 13,a obok stal ich statek...no nie ich, ale jakis kosmiczny, a za nim byl widok na makiety, ktore przedstawiaja miasto (prawdziwy plan filmowy). Pozniej poszlismy na "podroz do przyszlosci",to film,w ktorym podrozuje sie samochodem i lapie jakiegos faceta. Tym razem wsiedlismy do samochodu i okazalo sie, ze to symulator. Zgasly swiatla i pojawil sie przed nami ekran i tak jakbysmy tam byli. Samochod sie ruszal,a my latalismy po ekranie:) to tez bylo cool:) w kazdym razie... przy bramce jak wchodzilismy tam,to stala kobieta, ktora znowu powiedziala, ze tak sie nie robi,ale tym razem nas wpuszcza... ale tym razem ona mowila po polsku! a ja wychodzilismy z tego samochodu, to jakis chlopak krzyknal do mnie: czesc, ja tez nie jestem stad! (krzyknal wlasnie do mnie,bo miala koszulke ,na ktorej byly napisy po polsku... nie wiem kiedy on to zdazyl zauazyc,bo tylko kolo niego przeszlam, a jak krzyczal,to juz go nie widzialam... hmm... co to,chicago,ze polakow jak psow!?)
...dalej byl Shrek.Najpierw sie talo i ogladalo jak lustro gada,a potem weszlismy do sali kinowej, nalozylismy trojwymiarowe okulary i ogladalismy jak to porwali zone Shreka. Jak ktos kichnal na erkanie,czy jak padal deszcz,to i na nas padalo z sufitu, jak Shrek jechal na koniu,to i nami trzeslo, bo krzesla sie ruszaly itd,itp...a na koniec elf wylecial z ekranu i uderzyl w reflektor na widowni, ale nogi z reflekora wystawaly prawdziwe:) co potem...?
potem poszlismy na "Van Helsing",to bylo cos w rodzaju domu strachow. Wszystko bylo by do zniesiania, gdyby nie te zywe osoby,ktore wychodzily z ciemnosci i stawaly tuz przed nami. W polowie,to kaska stanela mi za plecami i zrobila sobie ze mnie tarcze i musialam wszystkie potwory brac na siebie...ale jakos poszlo. Na koniec... bo juz malo czasu zostalo poszlimy na tour ,ktory mial zjechac na dol na plany filmowe ,by poogladac z bliska i porobic zdjecia...no i mieslimy dylemat,bo to byl juz ostatni tour,a w miedzyczasie mial sie zaczac show:waterworld. pytalismy sie ludzi o tour,ktore show jest lepsze,bo zdazymy tylko na jedno. Jeden facet powiedzial,ze wodny swiat,a jeden ze tour...no i glosowalismy,no i nic z tego glosowania nie wyszlo,ale w koncu postanowilismy pojsc na watherworld.
fajne bylo:byla sobie osada na wodzie i byla akcja, jezdzili na motorowkach i na skuterach i znowu cos wybuchalo i do wody skakali i na linach jezdzili i znowu bylo cool:) no i to chyba wszystko na co zdazylismy pojsc w Universal city...ech...fajnie bylo...potem znowu spakowalismy sie do auta i pojechalismy zobaczyc aleje gwiazd...
nie myslalam,ze ona taka dluga,ale ciagnie sie i ciagnie przez kilka blokow. Na niektorych odcinkach, to lezy juz gwiazda na czarnym tle,a wkolo jeszcze stary chodnik...oprocz gwiaz byly tez odciski butow, rak i czego popadnie...to tez jakby gwiazdy,bo kazdy odcisk byl podpisany przez slawna osobe. Byl tam tez smok na scianie,ale nie wiem o co z nim chodzilo,ale za to wiem o co chodzilo z kodak theatre ...to wlasnie to miejsce, gdzie oscary rozdaja:) znaczy te schody,do tych drzwi,za ktorymi odbywa sie ta uroczystosc,bo teatr byl zamkniety o tej porze. Byly jeszcze jakies posagi, napisy na chodniku, cytaty maryli monroe i duzo rzeczy tam bylo... ale my juz zbytnio sily nie mielismy, ale dzieki temu, ze bylo tak pozno,to byl w miare maly ruch na chodniku i mozna bylo robic zdjecia gwiazdom,bo za dnia,bylby z tym problem.
A po alei gwiazd Krawczyki i mlodzi Grusznisowie wrocili do hotelu, a my w koncu do Adama apartamentu, by sie rozpakowac(bo ja z kaska nocowalam u Adama,by nie placic za hotel).ale ten dzien sie wcale dla nas nie skonczyl... zostawilismy bagaze i pojechalismy na punkt widokowy nad miastem... ech,mi to sie juz tam oczy zamykaly (co widac na zdjeciach). Niestety oswietlone LA na zdjeciach nie chcialo wyjsc,wiec glownie nas na zdjeciach widac...ale jakby przygod bylo malo,to punkt widokowy byl juz zamkniety,wiec musielismy skakac przez plot...a nie byl niski! ...no i to byla ostatnia atrakcja tego dlugiego dnia,bo potem to tylko do domu i spac.Tak wygladal pierwszy, ciekawy, ale wyczerpujacy dzien w Los Angeles...
31 sierpnia 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz