31 sierpnia 2004

wycieczka - Las Vegas

W niedziele, z samego rana ,planowalismy wczesnie wstac,szybko zjesc i wyjechac do Las Vegas... takie byly plany i na planach,to sie glownie skonczylo! Rzeczywistos byla taka,ze zanim wstalismy, zanim zjedlismy, zanim sie spakowalismy...to juz pol dnia minelo! ale w koncu siedzielismy w samochodzie i ruszylismy w droge...a po drodze mielismy zajechac na ulice Santi Alli (nie pamietam jak sie pisze,ale tak sie czyta),bo izka bardzo chciala sobie nakupowac torebek... no wiec chodzimy po tej Santi Alli, a tam...gorzej niz na Stadionie Dziesieciolecia!!! Bylo tak ciasno, ze sie bylo trzeba przedzierac miedzy ludzmi, by zrobic choc krok do przodu. A Najdziwniejsze bylo to, ze wszyscy ci sprzedawcy krzyczeli po hiszpansku!? Ale kupic tam mozna bylo wszystko: kaska kupila okulary gucci, marcin kupil 5 filmow po 4 dolce na dvd (a w domu sie okazalo,ze to nie byly skopiowane filmy,tylko po prost nagrane w kinie,wiec dziwiek byl kiepski i czasem ktos wstawal w rzedzie przed),a izka...izka byla w niebie... nakupowala tych torebek mnostwo i usmiech jej z twarzy nie schodzil...a potem znowu do samochodu i znowu w droge...

oj, z cztery godziny sie jechalo...az bylo trzeba zrobic przerwe na szybkie siku. Zajechalismy na jakas stacje gorszej jakosci (bo lepsze przegapilismy),a tam... kibel zapchany, papieru nie ma,a paliwo tankuje limuzyna... hmm... wychodze ze stacji,a tam marcin gada z facetem, ktorego mijalam w drodze do kibelka...skonczyl gada, wraca i mowi:pytam sie jego:ty jestes Jimi Navarro?! a on na to nie!,to sie zdziwiliem,bo to na pewno on... Patrzymy, limuzyna odjezdza, a Marcin... o,kurde! no pewnie, ze nie Jimi, a Dave Navarro, ale on musi mnie niec za idiote,ze jestem fanem,a nawet jego imienia nie znam!!! hmm...i w ten sposob spotkalismy nastepna gwiazde:) ...jedziemy dalej ,a wkolo tylko pustynie i pustynia... wyjechalismy juz z Californi i jestesmy w Nevadzie,a tu dalej pustynie i pustynia...o i gory!a nagle... jak fatamorgana ...pojawia sie Las Vegas na srodku pustyni! hmm, dziwnie to wyglada...piasek ,gory,piasek i nagle setki ...ba,tysiace swiatelek, wysokie hotele, wieza Eiffla, stautua wolnosci, piramida, a przed nia sfinks...ech,dziwne to Las Vegas:)

Pierwsze co,to znalezlismy nasz hotel:Alladin (wysoki,tak jak inne:) Wszystko fajnie, elegancja, francja... ale moj,adama i kaski pokoj byl daleko, daleko od marcina i izki pokoju (bo oni wzieli lepszy,a co za tym idzie drozszy)... no ale przynajmniej mielismy na tym samym pietrze.ale okazalo sie,ze w pokoju grusznisow nic nie dziala... ale powiedzieli, ze sie przemecza, ale za to nam chcieli zmienic pokoj... wiec dali nam klucz i poszlismy zobaczyc ten pokoj... troche byl fajniejszy, ale kilka pieter nizej,wiec daleko by bylo biegac do izki i marcina, wiec zostalismy przy starym pokoju... a gdy my ganialismy za pokojami,to przyszedl marcina kolega ze studiow z dziewczyna, ktory tutaj mieszka i do ktorego w odwiedziny przyjechala dziewczyna z paragwaju (on tez jest z paragwaju)... wiec jak juz sie wszyscy do kupy zebralismy,to wybralismy sie na bufet, by cos zjesc,a potem do jakiegos klubu...

najpierw poszlismy do "studio 54" (byl taki film"klub 54",to wlasnie o tym klubie... ale ten klub na filmie byl w nowym yorku,ale mu poszlismy do hotelu new york,new york ,bo tam jest to samo co w oryginalnym NY.no wiec zagladamy przez drzwi...a tam pusto...chyba dlatego, ze niedziela, bo chyba nie daltego,ze nam nic mi w tej ameryce nie wychodzi!? szukamy dalej... nastepny klub:10$ wejscie i muzyka nieciekawa... nastepny:20$ i facet gra na pianinie, a kaska chce potanczyc, wiec znowu odpada...no to Pablo (kolega z paragwaju) powiedzial, ze jest fajny klub na miesie "the beach" i tam na pewno bedzie fajnie...wiec idziemy ulica i probujemy zlapac taksowke na siedem osob... zatrzymala sie jedne, ale az 7, to nie wezmie... idziemy dalej... jakis facet na ulicy mowi, ze ma wejsciowki do klubu w hotelu obok... no to wzielismy od niego siedem wejsciowek i poszlismy... oj,mnie to juz buty obcieraly od tego chodzenia... doszlismy... a tam grupka osob napiera na wejscie ...hmm?! okazalo sie, ze nasze wejsciowki, to nie wejscowki, a tylko ulotki,wiec dolaczylismy do grupki i tez napieramy... nie wpuszczaja... bokiem wejsciem dla vipow wchodza...vipy, a my dalej napieramy. w koncu zaczeli wpuszczac, ale tylko lokalnych, czyli jak nie masz znajomosci albo kogos w srodku, to nie wejdziesz, ale dalej napieramy... jakis wysoki murzyn wchodzi, a za nim jeszcze wyzszy murzyn... w koncu rezygnujemy z napierania i idziemy obmyslic nowy plan...(a pozniej sie okazalo,ze ten nizszy muryn,to byl Michael Jordan)...

obmyslamy plan, ale ciezko nam to idzie, wiec izka postanowila, ze ona musi sie dostac do tego klubu i poszla napierac... obmyslamy plan dalej... kaska tez poszla napierac z izka... obmyslamy... Pablo powiedzial,ze oni juz musza isc,bo on jutro do pracy idzie... wiec Pablo z Letisja(ciekawe jak sie pusze jej imie!?) poszli,a ja z adamem i marcinem poszlam sprawdzic jak idzie napieranie... o,kaska z izka sa juz przy wejscu i juz maja wchodzic, bo sie zgadaly z jakimis facetami, ze sa razem i wejda... ale to nie mialo wiekszego sensu,bo nie wpusciliby reszty naszej wycieczki... wiec wycofaly sie z kolejki i postanowilismy pojechac do tego klubu "the beach".

A tam...dziewczyny wejscie za darmo (za okazaniem dowodu tozsamosci, bo jak sie nie ma 21 lat, to nie wpuszczaja do klubow), a faceci...ee, nawet nie wiem ile, ale placic musieli... a w srodku... na ziemi byl syf! pelno papieru toaletowego i innych dziwactw, ktore wczesniej spadly z syfitu i teraz ciagle bylo trzeba patrzec pod nogi,by sie nie zabic... a ludzi... nie da sie ukryc, ze tlumow nie bylo! a na stole dj'a co chwila byl konkurs: kto szybciej wybije piwo... ale nie z butelki... byl lejek,a do niego przyczepiona rurka... i kto szybciej z tej rurki wypije... ten przechodzi do nastepnego etapu... i co chwila jedna dziewczyna startowala i co chwila wygrywala... no i ledwo na nogach sie trzymala... na parkiecie ludzie wybrawiali rozne akrobacje, a kelnerzy chodzili w kapielowkach, by zrobic klimat plazy... a pod sciana staly kelnerki w strojach kapielowych i sprzedawalu piwo... hmm... dziwny lokal. Znowu bylo kilka przygod,bo znowu jakis koles chcial tanczyc z izka i wcale mu nie przeszkadzalo, ze ona wlasnie tanczyla z mezem... a jak sie z izka nie dalo,to sie do marcina dobieral... ech, bezwstydni ci ludzie... na szczescie za chwile zamykali lokal, wiec zebralismy sie i poszlismy ostatni raz sprobowac dostac sie do tego klubu, gdzie byl Michael Jordan...

za 5 min. mieli juz go zamykac,wiec izka liczyla na to, ze pozwola jej chociaz wejsc i zobaczyc jak tam jest w srodku...ale nie! no wiec wrocilismy grzecznie do hotelu i do lozeczek... oprocz adama i kaski, bo oni poszli na spacer po Las Vegas... ja sie nie dalam namowic, bo juz mialam bable na stopach i spac mi sie strasznie chcialo, a izka z marcinem,to od razu po powrocie zasneli...

ja spie... wrocila kaska z adamem... tez poszli spac... spimy... piata rano, a tu kaska mnie budzi, ze przed chwila ktos wszedl do pokoju i ze teraz sie swiatlo pali, a ona na pewno zgasila i gdzie jest jej torebka... no to mialysmy nocna akcje szukania kaski torebki... na szczescie sie znalazla, wiec zgasilismy swiatlo i poszlysmy spac dalej... spimy...ktos dobija sie do drzwi... ja wstalam, poszlam od drzwi, a tam housekeeping... w srodku nocy!? i ona mowi,ze ten pokoj mial byc pusty! no tak, mial, jakbysmy sie przeniesli, ale sie nie prznieslismy do nowego pokoju, wiec tu mieszkamy, wiec spimy! no,to przeprosila ,a ja poszlam dalej spac! nie na dlugo, bo zaraz bylo rano i trzeba bylo korzystac z wycieczki...

ale znowu...zanim sie zebralismy ,to minelo juz pol dnia... w miedzy czasie izka z marcinem zmienili juz pokoj i sie przeniesli do pokoju na przeciwko nas, bo w ich pokoju coraz wiecej rzeczy nie dzialalo. (a marcin jak jechal na front desk, powiedziec, ze chce zmienic pokoj, to spotkal ludzi z pokoju, ktorzy tez narzekali na ten pokoj i jeden facet powiedzial, ze u niego w pokoju kibel nie dzialal ,wiec tak sie wkurzyl, ze zrobil kupe na srodku pokoju! fuu! no, ale wrocimy do wycieczki...

na sniadanie pojechalismy do jakiegos taniego bufetu, ktorego ogloszenie znalezlismy w tutejszej gazecie. A bufet ten znajdowal sie w Sam's town... to takie miasto w miescie,a dokladniej: miasto w budynku, bo z zewnatrz, to normalny duzy budynek, ale jak sie wejdzie do srodka... ho,ho,ho... miasto: na srodku zamiast patio ,to jest park, wodospad, sklepiki, a wkolo bloki i ratusz... fajny pomysl ktos mial:) tak,wiec poszlismy zjesc,a po jedzeniu faceci poszli grac do kasyna,a my... przejsc sie po miasteczku... akurat zaczal sie koncert fontan... ech... woda sie lala:) ciekawe to bylo, ale ladniejsze widzielismy w nocy z pokoju hotelowego, bo przed hotelem na przeciwko tez byl koncern fontan ,a ze bylo ciemno,to fantanny byly podswietlone, co dawalo jeszcze lepszy efekt... ale w sam's town tez bylo fajnie:)

Po fontannach poszlismy do wenecji... co ciekawe, to ta wenecja tez byla pod dachem...plywaly sobie gondole, gondoljerzy spiewali, wkolo sklepiki i domy, na suficie namalowane niebo i nawet byl plac swietego marka! chcielismy poplywac gondola, ale byla dluga kolejka ,a zapisy byly na kilka godzin do przodu:( wiec faceci znowu poszli grac (hazardzisci),a my poszlysmy do Madame Tussauds wax museum. ech... kogo tam nie bylo... w sumie to duzo osob tam nie bylo,a raczej nie znalam, bo bylo duzo gwiazd amerykanskich, np baseballistow, prezenterow telewizyjnych... ale znalazlam tez cos dla siebie:) a nawet wzielysmy udzial w Idolu... mozna bylo tez spiewac,ale mi wystarczylo zdjecie:)

Po wenecji wrocilismy do hotelu i my poszlysmy na basen,a faceci poszli kupic bilety na jakis show, bo w poniedzialki sa o pol ceny tansze, a jakis show bedac w Las Vegas obejrzec trzeba... ech, basen... Slonce prazy... wkolo, jak w caloforni, pelno azjatow, a my mamy widok: z lewej na Nowy York, a z prawej na Paryz:) ech...jaki ten swiat maly:) szkoda tylko,ze za chwile zamykali juz basen:( ale i tak zaraz wrocil adam z marcinem i przyniesli bilety na show: Splash (cokolwiek to znaczy).

a show ten... hmm... zaczal sie dziwnie...kobiety w wielkich piorach na glowach, w szpilkach i zlotych strojach machaly nogami... o,zapomnialam dodac, ze nie mialy koszulek... tak,tak, z golymi cyckami na wierzchu (to dlatego na bilecie bylo napisane: od lat 18!) izke to zamurowalo,a ja nie moglam powstrzymac sie od smiechu... szkoda,ze kaska akurat poszla po picie, bo pewnie tez miala by skrajna reakcje... tylko marcin z adamem gapili sie jak w obrazek... no ale to byl tylko poczatek. potem tanczyc Jackson, byli bebniarze, lisa minelli spiewala o kabarecie, lyzwiaze z rosji, cyrkowcy z meksyku, a na koniec faceci na motorach... ech,to bylo najlepsze: byla mala kula metalowa, do ktorej wjechalo trzecha na motorach i jezdzili w niej w kolko i do gory nogami i zgaslo swiatlo i im szprychy sie swiecily i bylo fajnie... i potem przyjechal jeszcze jeden na motorze i wjechal do kuli i sie nie pozabijali ,i potem jeszcze jeden wjechal i w piatke jezdzili sobie po glowach... ech, to bylo najfajniejsze:) no to tyle o show,bo wiecej nie napisze, bo to trzeba samemu zobaczyc:)

Po show pojechalismy do Pabla na barbecue...pozno juz bylo,a my oczywiscie mielismy problemy by tam trafic,ale w koncu sie udalo...wow! ladna dzielnica, duzy dom z widokiem na miasto w dole, z basenem i kaktusem przed domem... zyc nie umierac... ale oczywiscie, to nie byl dom Pabla, a jego wujka, ktory akurat teraz mieszka w innym swoim domu i Pablo mieszka u niego... ladnie tam bylo... tosmy sie najedli, nagadali i zaraz do hotelu wracali,bo pozno juz bylo... ech,i tak minal ostatni dzien wycieczki.

Nastenego dnia, to tylko poszlismy zjesc...po drodze mijalismy luk triumfalny:) i zaraz na samolot... a ze w samolocie nie mielismy ustalonych miejsc, tylko kto pierwszy ten lepszy...a my bylismy ostatni,to nie siedzielismy razem... ja siedzialam kolo jakies babci, ktora pyta sie: skad jestes? no to ja, ze z Poland... a ona: o,bylam tam macie piekne... nie zrozumialam tego fragmentu, ale grzecznie przytaknelam:) ale cos mnie tknelo,ze chyba mnie zle zrozumiala i mowie: ale ja jestem z Poland, a nie z Holland (amerykanie czesto slysza Holand, gdy sie mowi o Polsce) ...i dodalam... ale w Polsce tez jest ladnie... a ona tylko: aha... no i co!? no i koniec wycieczki... w Kansas czekala na nas ta tutejsza nieznosna wilgotnosc w powietrzu i zycie zaczelo sie toczyc po staremu...

ewa_obiezyameryka

PS jeszcze o LA...Trzeba dodac,ze w LA sa ciagle korki.Gdziekolwiek chcesz jechac ,o jakiejkolwiek porze, to zawsze sa korki. Raz to stalismy tyle w korku,ze juz bylismy bliscy porzucenia samochodu i pojscia piechota. Byl wtedy jakis koncert gdzies w Los Angeles, wiec cale miasto bylo zakorkowane (zreszta zawsze jest ,ale tym razem to wyjatkowo)... przez pol godziny nie ruszylismy sie w ogole! a jak sie
ruszylismy to o metr..wrrr! ta strona LA jest straszna!

Brak komentarzy: