31 sierpnia 2004

wycieczka - San Diego

Na drugi dzien zaplanowalismy wycieczke do San Diego na plaze. Dowiedzielismy sie, ktora plaza jest najladniejsza i w droge... z dwie godziny sie jechalo az w koncu dotarlismy na te plaze. Zadowoleni upatrzylismy sobie ladny kawalek piasku i zaczelismy rozkladac lezaki, ktore lezaly na kupce...ale jak juz rozlozylismy wszystkie, to przyszedl jakis pan i powiedzial,ze to plaza prywatna i ze musimy isc dalej...wrr,nie mogl tego powiedziec zanim nameczylismy sie z tymi lezakami!? no ,ale znowu pozbieralismy sie do kupy i poszlismy na inny kawalek piasku... hm... szaro...troche smierdzi i niezbyt ciekawie... hmmm. Ustalilismy,ze poszukamy innej plazy. Adam z Marcinem dowiedzieli sie, gdzies tu blisko jest fajniejsza ,wiec spowrotem zapakowalismy sie do auta... taaaak... zyc, nie umierac... ta plaza byla cudna... piasek, piasek i fale (niby nic nadzwyczajnego, ale chociaz nie smierdzialo w porownaniu do poprzedniaj).

Tak wiec wypozyczylismy boogieboard i na zmiany chodzilismy na fale... (te deski,to cos podobnego jak maja serferzy, ktorzy czekaja na fale,a jak fala przyjdzie,to wskakuja na deska, schylaja sie, rece na bok i plyna na fali...ta deska jest troche krotsza, ale szersza i nie stoi sie na niej,a lezy...ale tez jest fajnie, gdy sie wyczuje,w ktorym momencie trzeba wskoczyc na fale:) Zamin przyszla moja kolej na deske,to poszlam sie kapac bez deski... uuu,fale byly duze...co fala, to mi gumka z wlosow spadala nizej i niezej,wiec wiazalam mocniej i mocniej... az przyszla fala i zabrala mi gumke i od tej pory ,to malo widzialam, bo kazda fala ukladala mi inna fryzure,ale kazda fryzura zaslaniala mi pole widzenia:( ech...ale w koncu dostalam deske... ho,ho,ho... ale mialam jazdy...takie dlugie, ze lecialam do samego brzegu... az mi sie nudzilo na tej desce,tak dlugo plynelam czasem. Szkoda tylko,ze zanim sie zebralismy, dojechalismy i znalezlismy odpowiednia plaze,to juz bylo popoludnie i juz zaczynalo byc zimno,a ludzie zamiast przychodzic, to wychodzili juz z plazy...ale my bylismy twardzi! oczywiscie do czasu...jak juz bylo pozno i zimno, to w koncu sie ubralismy i poszlismy cos zjesc.

Wybralismy restauracje...ta sama w ktorej kaska pracuje,a ja pracowalam... a tak, dla porownania... no i porownalysmy... w LA maja wieksza i jeszcze stare menu i inne gadzety do kupienia, ale stroje te same! Po zarciu pojechalismy obejrzec downtown...i wszyscy sie zachwycali... to co najbardziej europejskie, najbardziej sie wszystkim podobalo. Byly tramwaje,a raczej metro naziemne, byly ryksze, byly alejki i byl europejski nastroj... wszyscy powiedzieli, ze moga przeprowadzic sie do San Diego... wcale sie nie dziwie:) to sobie pochadzilismy po miescie, zaszlismy do hotelu na siku,a tam za szyba bylo widac baseny (oczywiscie nie w lazience,a w holu) ...ale jakie baseny... ladne:) ech...a potem do auta i do domu spac...

Brak komentarzy: