hihihi,w sobote byl TANI dzien:) zaczela sie od tego,ze ja rano ogladalam sobie jakis horror 'sleepy hallow' czy jakos tam,bo podobno fajny,a w nocy,to ja nie mam nerwow ogladac takie filmy, kaska sie bawila z lola i szykowala do pracy,izka sie pakowala,bo o 4.50 leciala do san francisko, a marcin troche ogladal ze mna,troche zalatwial hotele w san francisko,bo cos sie pogmatwalo... no i tak nam czas lecial az do ok 4,gdy izka z marcinem pakowali sie do samochodu, by jechac na lotnisko,a kaska w pospiechu szukala zapasowego kluczyka do hondy marcina,bo skoro nie potrzebna mu dzis honda,to kaska woli marcina samochodem jechac niz nasza nieubezpieczona mazda. no wiec kaska w koncu znalazla kluczyk i pojechala ,a izka pytala sie czy jade z nimi... ale ja bylam w proszu,bo dopiero wyszlam z wanny, nie jadlam, i w ogole niewyjsciowo wygladalam...no ale w koncu dalam sie namowic,pomimo,ze mialam 3 minuty,bo doprowadzic sie do stanu uzywalnosci...wlosow oczywiscie nie wysuszylam i niezabardzo wygladalam, ale pojechalismy...
na lotnisku kazali biec do gate,bo juz pozno...no to poszlismy,a tam juz prawie nikogo nie ma... stoimy,stoimy...a tu nagle ze sto osob z bagazami wyszlo spowrotem z odprawy,bo cos tam sie stalo i musza jeszcze raz przejsc kontrole... stoimy, stoimy...marcin poszedl izce kupic kawe i gazety... stoimy...kolejka sie przesuwa,izka przepusza ludzi i czeka na marcina... stoimy,stoimy... w koncu marcin sie znalazl ,ale bez kawy,ale chociaz z gazetami... stoimy,stoimy... biegna jakies panie-oficerki... stoimy,stoimy... kazali zdjac buty... stoimy,stoimy...ok,izka zniknela za gate, a my poszlismy...a izka miala tylko 30 min w denver na przesiadke,a ze miala opoznienie przez ta podwoja i szczegolowa kontrole,to nie zdazyla w denver i czekala dwie godziny...a w tym czasie ja z marcinem zamowilismy dormowy obiad u marcina w hotelu (bo on jest menagerem,wiec ma za darmo,a ja bede gosciem:) zamowilismy przez telefon i pojechalismy do sklepu:)
kilka razy slyszlam o tym sklepie i marcin mowil,ze ludzie sie nim zachwycaja,ze taki wielki i w ogole,no wiec pojechalismy,bo to bylo po drodze...na parginku stal wielki tir promujacy jakas telewizje czy cos takiego,w kazdym razie mozna bylo za darmo pograc sobie w wyscigi samochodowe na play station, no wiec zagralismy (glownie to polegala na tym, kto kogo bardziej stuknie:)potem poszlismy do sklepu...ale to nie bylo nic nadzwyczajnego, wiec nie wiem czemu sie ludzie tak ekscytuja tym sklepem... potem poszlimsy do innego sklepu (no ten,to byl...inny). bylo to polaczenie muzeum przyrody i sklepu. na scianach wisialy wypchane trofea.co rusz jakies
inscenizacje walki zwierzat...gdy patrzylam na to wszystko,to bylam bliska przejscia na wegetarianizm.fu!
ze sklepu ruszylismy w strone marcina hotelu na obiad...ale zadzwonil do szefowej i okazalo sie ,ze nie musi juz jechac do pracy,wiec na obiad tez nie pojechalismy,bo pojechalismy do domu na szybkie siku i by wziasc kupon na lody (kupujesz jeden,a drugi gratis). no wiec siku,kupon do reki i na lody...ech, pyszne byly te lody:) zamowilismy po jednej galce,ale pol jeden smak i pol inny smak... ale te kulki byly takie duze,ze pol truskawkowej bylo jak normalne dwie...a w srodku byly prawdziwe cale truskawki:) tylko troche zmarzniete:) ale z lodziarni pojechalismy na wesole miasteczko...
wesole kosztuje 17 dolcow,a my postanowilismy wejsc za darmo:) jak sie wchodzi i potem wychodzi, to stawiaja pieczatke na rece,by nie placic drugi raz za wejscie.wiec plan byl taki... idziemy i jak beda chcili sprawdzic czy mamy pieczatki,to mowimy,ze sie zmyly...myslalam,ze lekko pojdzie,ale jak sie dowiedzialam,ze te pieczatki sa z farby ultrafioletowej,to nawet nie wiadomo na ktorej rece stawiaja.a poza tym,to sie trudno zmywa,ale o tym to mi marcin powiedzial jak juz bylismy przy wejsciu... o.nie,ja sie nie bede narazac na dodatkowy stres i to na wlasne zyczenie...
by nie zwracac na siebie uwagi przeszlismy obok i ja usiadlam na lawce ,a marcin kombinowal... zobaczyl,ze jest jakas droga,ktora chodza pracownicy...no wiec poszlismy nia...mijali nas rozni pracownicy,ale nikt nie zapytal sie co tu robimy,no wiec sobie idziemy i idziemy,a tu zakret i nie widac co jest za zakretem...wiec jak tam bedzie jakas kontrola,to szukamy jakiegos faceta,ktory tu pracuje,a ja udaje ze nic nie rozumiem:) tymbardziej,ze mialam koszulke z kortowiady,wiec i tak nikt nie mogl przeczytac co to za znaczki mam na koszulce. no wiec skerecilismy za zakret...a tam nikogo ni ma..no wiec sobie idziemy i :juz!?a marcin:tak juz, juz jestesmy w srodku... hehe, juz nigdy nie bede placil ,bo bede tedy wchodzil:) no wiec poszlismy do wejscia, postawili nam pieczatke i juz bylismy legalnie:)
poszlismy na parking przestawic samochod,bo stal w strefie pick up,wiec mogl tam stac tylko chwile, by kogos zabrac lub cos takiego. no wiec poszlismy do tych,ktorzy stali na bramie i wpuszczali smochody na parking,czyli do tych,ktorym sie placilo za praging...no i marcin zagadal,ze nie moze znalezc siostry i czy moze postawic na parkingu,bo boi sie,ze tam gdzie stoi ,to moga mu swisnac...no wiec wkoncu facet na bramie zorientowal sie i zapytal :to nie chcecie placic!? tak! no i sie udalo,bo bylo juz pozno i za 4 godziny zamykali, wiec wpuscili nas za darmo...ech:)
no wiec bylismy na wesolym:) kolejek,karuzel itp bylo pelno,ale za niektore bylo trzeba dodatkowo placic,np za tor cartingowy,scianke wspinaczkowa czy latanie na linie. na poczatek poszlismy na kelejke...uuu,troche to trwalo nim sie dostalismy,bo to byla sobota,wiec bylo pelno ludzi,a w dodatku tutaj,to ostatni weekend wakacji.po jakis 45 min bylismy w kolejce... ruszyla... o,boze, najpierw powoli na sam szczyt,a potem pedem w dol i to pod takim katem, ze bylam pewna, ze wylece z wagonika,a marcin jeszcze...aaa,rece do gory (wariat!),a jak juz zjechala na sam dol,to potem do gory...myslalam,ze glowe zgubie...no i tak kilka razy...potem pod mostem, wiec myslalam, ze rece polamia tym,ktorzy je wystawili,potem nagle flesze i robia zdjecia,a potem gwaltownie zachamowal! uuu,trwalo to tylko minute,ale przezyc mialam tyle,ze ho ho.
z kolejki poszlismy zobaczyc jak wyszlismy na zdjeciach...tu komentarz jest niepotrzebny... potem poszlimsy na lodki(takie okragle pontony,gdzie wszyscy siedza w kolko i trzmaja sie poreczy z przodu,a ponton plynie na falach i co chwila ktos jest mokry,a na koniec byl wodospad,wiec wszystkich rowno oblalo.ale najgorze bylo ,to ze juz bylo pozno i zimno,a my bylismy cali mokrzy (ja to bylam tak mokra,ze nawet mi gacie zafarbowaly od jeansow). po lodkach na kolejna kolejke... a na kazdej kolejce... nim ona sie rozpedzi :milo bylo cie poznac i aaaa! a ta kolejka ,to byla taka,ze raz sie jechalo narmalnie,a raz do gory nogami,a potem wszystko to samo,ale jadac do tylu...uuu. potem wrocilismy na pierwsza kolejke ,bo byla najfajniejsza,ale cos sie popsulo i byla chwilowo nieczynna, wiec poszlismy na samochidzki, hihi,troche sie pozdezalismy:) a w drodze na samochodziki spytalismy sie jakies kobiety,ktora chodzila ze zmiatka,jak trafic na te samochodziki... a ona miala tabliczke z imieniem: eva,a ponizej bylo napisane:czech republik... hmm,ale swiat maly,no wiec marcin do niej,ze ja jestem z polski,a ja na to,ze tez ewa...ale jakas ona niekumata byla,bo sie nawet nie usmiechnela.a w ogole,to na tym wesolym,to glownie grubasy i murzyni... hmm.no ale podsumowujac: bylo fajnie i za darmo:)
ale jak wrocilismy do samochod,to od razu wlaczylismy podgrzewanie fotela,bo ciagle bylismy mokrzy... i pomyslec,ze kaska w tym czasie latala miedzy stolikami...no i ze ja tez moglabym sie tak meczyc..hihi
ewa_na wakacjach
16 sierpnia 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz