Nastepnego dnia wylatywaly Krawczyki do Polski,wiec atrakcje zaczely sie dopiero po ich odlocie... (a tak sie trafilo,ze pani,ktora robila im kontrole paszportowa,to byla polka:) ...ale wracajac do atrakcji dnia nastepnego, to tak nam sie spodobalo latanie na falach,ze i tego dnia postanowilismy pojechac na plaze... ale tym razem do Malibu:) ale,ale...zanim do malibu, to pojechalismy najpierw zobaczyc Hollywood sign... szczerze mowiac, to myslalam, ze podjedziemy blizej, niz na jakis punkt widokowy, z ktorego w oddali widac ten napis...ale Adam nie wiedzial jak tam trafic, a poza tym -jak zwykle-nie mielismy zbyt duzo czasu, wiec szybko trzy zdjecia i spowrotem do auta...po Marcina i na plaze...
Malibu...w Malibu tez zjedlismy,ale ze to bylo meksykanskie zarcie, to ja oczywiscie mialam znowu sensacje zoladkowe od tego swinstwa! ...fale...fale byly w miare, ale bylo zimno, wiec tylko Adam z marcinem poszli plywac,a my owiniete w recznikach i ubrane w co bylo ,konczylysmy nasze meksykanskie zarcie...ja juz nie moglam, wiec takie bezsmakowe chipsy,to rzucialam mewom... ojej,nagle sie pelno mew zlecialo... wiec rzucialam jeszcze troche, by porobic zdjecia,jak
sie bede bily o ten kawalek:) ale jak juz przestalam rzucac,to one nie chcialy odleciec tylko staly tak wszystki wkolo nas jak sepy...a tu nagle przyjechal zolty samochod ratownika...a izka powiedziala, ze dokarmianie mew jest zabronione, wiec schowalam zarcie i udawalam glupia,a samochod stana niedaleko nas i nic... stal i czekal chyba az zaczne karmic mewy... a ja nic...a oni nic...no i w koncu pojechali dalej...uff!
po powrocie do LA postanowilismy cos zjesc... Marcinowi i Adamowi marzylo sie seafood (tak na ludzi wplywa nadoceaniczny klimat),ja z izka nie bardzo mialysmy ochote cokolwiek jesc,bo i mi ,i izce te meksykanskie zarcie dobrze nie zrobilo,a kaska...kaska zawsze jest glodna... no wiec trafilismy do jakies eleganckiej restauracji...jakos wsyzscy ludzie w miescie na wieczor ubrali sie elegancko, tylko my jakos tak nie bardzo pasowalismy do otoczenia... ale zbytnio nam to nie przeszkadzalo:) zarcie jak to zarcie bylo nie dobre,a atrakcja wieczoru byl aktor! tak,aktor! co prawda do dzisiaj nie wiemy jak sie nazywa,a marcin i adam,to go nawet nie poznali,ale aktorem slawnym na pewno byl,bo wszyscy wkolo sie na niego gapili, pokazywali palcem i szeptali... ech,Kaska byla zadowolona...w koncu spotkala jakas (no wlasnie "jakas")gwiazde...
i tak minal kolejny dzien... nie wiedziec jak,ale te dni jakies krotkie byly podczas tej wycieczki... ale,ze krawczyki wyjechaly,a pokoj byl wynajety i tani,i juz w nim izka z marcinem mieszkali i mieli wolne duzo lozko...(duzo tych powodow)...to ja z kaska przenioslam sie do hotelu...a ze pozno juz bylo,to i adam zostal z nami w hotelu...sam klopot z nim byl:polozyl sie na lozku w poprzek i zasnal ,i za nic nie dalo sie go ruszyc...ani do zrzucic z lozka, ani przesunac...jak kamien! pol godziny probowalysmy z nim walczyc,ale na darmo...trzeba dodac,ze izka z marcinem juz dawno spali,tylko my nie moglysmy...w koncu jednak dalysmy spokoj i polozylysmy sie ,jak sie tylko dalo...ale ze sie nie dalo,to po jakims czasie znowu zaczelysmy z nim walke az do skutku... w koncu sie udalo!i w koncu poszlismy spac!
31 sierpnia 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz