28 września 2008

szalone dzwony

Całą noc próbowałyśmy zasnąć, ale okazało się, że za oknem jest kościół, a dzwony biją z dziwną nieregularnością… np. raz dawały koncert przez 45 minut wydzwaniając różne melodie po kolei. Potem co 15 min, czasem 30 czy 45 znowu dzwoniły albo melodią albo wybijając godzinę po krótkim „dżinglu” (ale w Amsterdami życie płynie swoim czasem, bo te szalone dzwony biły np. 8 razy o godzinę 7.30, a o 7 i 8 był tylko „dżingiel”… więc uznałyśmy ,że ksiądz ustawił te dzwony tak po to, by dzwoniły w sumienie grzeszników otwierających szklane drzwi)… ale wróćmy do naszej historii…

Niemka rano się wyprowadziła, a za chwilę pojawił się Amerykanin… typowy Amerykanin. Białe zęby i wszystko było cudowne. Było ich dwóch, ale brak wolnych miejsc, więc jednego dali do nas, a drugiego do pokoju ośmioosobowego. I tu ciekawe porównanie. Ja wyjechałam na miesiąc i miałam ze sobą sporą walizkę plus dwie torby podręczne… a on: jeden plecaczek, nawet nie plecak. Nie miał śpiwora czy choćby kurtki, a ciągle było mu zimno… a do Europy wybrali się na miesiąc. Ale plusem nowego współlokatora i jego kolegi był fakt, że mieliśmy nowych współtowarzyszy wycieczki (tym bardziej, że jeden z nich był już kilka razy w tym mieście)… Poszliśmy więc na kawę zrobić plan wycieczki… i okazało się, że Amerykanie są jeszcze mniej zorientowani w tym mieście. Ale wspólnymi siłami ustaliliśmy pierwszy cel: browar, czyli ‘heineken experience’… na żadnej mapie nie był on oznaczony, więc trochę czasu nam zajęło znalezienie go, ale się udało… pocałować klamkę, bo : sorry, we are closed. Remonty, remonty. Ruszyliśmy więc spowrotem do centrum, ale rozdzieliliśmy się, bo my poszliśmy jeść (i wcale nie był to MC Doland’s!), a oni… nie byli głodni.

Wróciliśmy do hostelu i próbowałyśmy odnaleźć Red Lights District. Jest to najsłynniejsza dzielnica w Amsterdamie: czerwonych latarni… Ale na żadnej mapie nie była zaznaczona. Uznałyśmy więc, że poszukamy jej jutro… Wiola ostrzegała nas, że jest tam niebezpiecznie i lepiej samemu tam nie chodzić, a tym bardziej nocą. Jednak nie wiedziałyśmy gdzie jest, więc póki co problemu nie było. Więc zamiast do latarni postanowiliśmy pójść we czwórkę od klubu. Pojawił się też nasz Amerykanin, drugi padł zmęczony w swojej ósemce, więc zebraliśmy się do klubu. Pan z portierni powiedział gdzie warto iść i wybraliśmy się… i szliśmy i szliśmy i klubów nie widać (te ulice wyglądają tak samo, szczególnie nocą… kamienice i kanały… wszystko takie samo)…, ale w końcu dotarliśmy i… okazało się, że wszystko już zamykają. Była dopiero 1 w nocy… no może trochę później, a jedyny dłużej otwarty klub był pusty i chcieli 10 euro wstępu na te pare chwil nim zamkną… więc wyjście do klubu znowu nam się nie udało… zostalo tylko zwiedzanie miasta nocą i robienie zdjęć... przy kanale, a potem grzecznie wróciliśmy do domu spać.

Brak komentarzy: