Niemka rano się wyprowadziła, a za chwilę pojawił się Amerykanin… typowy Amerykanin. Białe zęby i wszystko było cudowne. Było ich dwóch, ale brak wolnych miejsc, więc jednego dali do nas, a drugiego do pokoju ośmioosobowego. I tu ciekawe porównanie. Ja wyjechałam na miesiąc i miałam ze sobą sporą walizkę plus dwie torby podręczne… a on: jeden plecaczek, nawet nie plecak. Nie miał śpiwora czy choćby kurtki, a ciągle było mu zimno… a do Europy wybrali się na miesiąc. Ale plusem nowego współlokatora i jego kolegi był fakt, że mieliśmy nowych współtowarzyszy wycieczki (tym bardziej, że jeden z nich był już kilka razy w tym mieście)… Poszliśmy więc na kawę zrobić plan wycieczki… i okazało się, że Amerykanie są jeszcze mniej zorientowani w tym mieście.
Wróciliśmy do hostelu i próbowałyśmy odnaleźć Red Lights District. Jest to najsłynniejsza dzielnica w Amsterdamie: czerwonych latarni… Ale na żadnej mapie nie była zaznaczona. Uznałyśmy więc, że poszukamy jej jutro… Wiola ostrzegała nas, że jest tam niebezpiecznie i lepiej samemu tam nie chodzić, a tym bardziej nocą. Jednak nie wiedziałyśmy gdzie jest, więc póki co problemu nie było. Więc zamiast do latarni postanowiliśmy pójść we czwórkę od klubu. Pojawił się też nasz Amerykanin, drugi padł zmęczony w swojej ósemce, więc zebraliśmy się do klubu. Pan z portierni powiedział gdzie warto iść i wybraliśmy się… i szliśmy i szliśmy i klubów nie widać (te ulice wyglądają tak samo, szczególnie nocą… kamienice i kanały… wszystko takie samo)…, ale w końcu dotarliśmy i…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz