Dziś będzie kilka słów o Holendrach. Na początek miłe zaskoczenie w autobusie... bo...
Chciałyśmy trafić w jedno miejsce, a nie bardzo wiedziałyśmy jak się tam dostać. Wsiadłyśmy więc do autobusu i spytałyśmy się kierowcy czy jedzie w tamta stronę... i ustaliliśmy, że mniej więcej jedzie. Usiadłyśmy więc na końcu i jedziemy... jedziemy i jedziemy... i nagle autobus się zatrzymał, a kierowca idzie w naszym kierunku... i wcale nie sprawdzać bilety czy wrzucić nas z autobusu za złe zachowanie, ale... by powiedzieć nam, że tu możemy wysiąść i jak mamy dalej iść... więc cały autobus czekał, aż nam kierowca wyjaśni... heh, tym Holandia mnie miło zaskoczyła. Że tu wszyscy są wyluzowani.
I tym, że wszyscy, dosłownie wszyscy Cię wkoło witają. Od Wiolki znajomych z akademika, których pierwszy raz na oczy widzę po Pana malującego drzwi wejściowe... ciągle wkoło słychać Hello, Hello...
A typowy Holender... blondyn. I po których poznałam czy widziałam mogę jeszcze dodać, że Holendrzy są wysocy i chudzi i mają średnio długie nażelowane włosy... bardzo nażelowane. A Holenderki? Są niskie niskie... a przynajmniej nie tak bardzo wysokie jak Holendrzy.
A holenderskie piwo? hahaha, podają je w czymś wielkości szklanki do herbaty, czyli kelner cały czas chodzi po pubie/klubie/dyskotece i zbiera te małe szlaneczki, które tak szybko sie opróżniają... choć może i lepiej, że są małe, bo jakby podawali je w takich wielkich kuflach w jakich serwuja piwo na Octberfest, to powroty z imprez na rowerach raczej kiepsko by się kończyły...
24 września 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz