Kolejny cel to Amsterdam, ale… okazało się, że najtaniej jest kupić bilet całodniowy, dwuosobowy i to w pierwszej klasie niż jednoosobowy w drugiej klasie i tylko do Amsterdamu, więc postanowiłyśmy zwiedzić Rotterdam, a dopiero wieczorem zajechać do Amsterdamu… a że bilet był dwuosobowy, a nas była trójka, to Wiola zdecydowała się pojechać z nami.
Zapakowałyśmy walizki i z samego rana ruszyłyśmy w stronę dworca kolejowego. A że była to sobota, to na drodze byłyśmy tylko my i nasze wielkie walizki, które ciągnęłyśmy za sobą po ulicy, a dokładniej po pasie wyznaczonym dla rowerów (w końcu dwa kółka też miałyśmy)… i nagle bum! Moja walizka stała się dwa razy cięższa… Prawdą jest, że w czasie podróży bagażu przybywa (przynajmniej w moim przypadku), ale nie tak nagle i nie na ulicy, a raczej w sklepie… Okazało się, że walizka nie wytrzymała… jedno kółko się przegrzało i łożysko się wygięło ( za dużo by tłumaczyć, a fakt jest taki, że zamiast na kółku to z jednej strony walizka jechała na części kółka i części obudowy)… więc było trzeba się więcej namęczyć, by walizka jechała tylko na jednym kółku… a przecież do domu jeszcze daleko… Idziemy więc dalej dzielnie, a tu zza pleców wyłania się mój wybawca na białym rumaku… a dokładniej Wiola na czarnym rowerze… Wzięła więc walizkę na bagażnik i był system kombinowany (nożno-pedałowy) i tak dotarłyśmy do dworca… a tam biegiem na peron, bo zaraz był odjazd… a wagon z pierwszą klasą był oczywiście na końcu… i jedziemy.
Rotterdam! Miasto Erasmusa, bo przecież Erazm z Rotterdamu… i kolejne kłopoty, a raczej atrakcje urozmaicające wycieczkę, czyli automatyczna przechowalnia bagażu działająca tylko na holenderskie karty kredytowe…ale i tu pojawili się wybawcy… co prawda bez rumaków, ale… z holenderską karta, czyli z tym co było nam potrzebne. Wybawcami były trzy holenderki… i mimo, że one po holendersku, my po angielsku, to słowa: ‘no’, ‘karta’ i ‘ok’ są w miarę międzynarodowe, a dodać do tego gestykulację, to mamy porozumienie:) One zapłaciły kartą maszynie przy przechowalni, a my im gotówką, czyli ruszamy zwiedzać Rotterdam.
Na początek wizyta w informacji turystycznej. Mamy mapę, mamy trasę wycieczki to …biegniemy:) Czasu było mało, a do przebiegnięcia dużo… ale już za pierwszym zakrętem był przystanek, bo trafiłyśmy na sklepy… i kolejne sklepy… i MC Donaldy… Do sklepów oczywiście zaszłyśmy, ale MC Donaldy omijałyśmy, bo było dosłownie co sto metrów, więc uznałyśmy, że zajdziemy później. Biegniemy dalej…
ewa_przewodnik po biegach po Rotterdamie
PS Wieczorem dotarłyśmy do Amsterdamu. Przez Internet znalazłyśmy jakiś niedrogi (jak na to miasto) hostel i udałyśmy się w celu obadania go. Okazał się całkiem, całkiem, więc wzięłyśmy private room dla czterech osób mając nadzieję, że ta czwartą osobą nie będzie jakiś stary zboczeniec-narkoman. Byłyśmy tylko we trzy… padłyśmy zmęczone na łóżka (w końcu normalne warunki do spania), a Wiola poszła spotkać się z innymi Erasmusami, którzy też przyjechali do Amsterdamu na jeden dzień, więc z nimi wróci… Obudziła nas Niemka… Starsza Pani emerytka, która miała być naszą współlokatorką tej nocy. Niemka była miła i sympatyczna choć trochę dziwna… A że już się obudziłyśmy z wieczornej drzemki, to wybrałyśmy się zobaczyć Amsterdam by night (by tradycji zwiedzania stolic nocą stało się zadość)… i tu szok!!! Jeszcze nigdy nie czułyśmy się tak niebezpiecznie, tak nieswojo i tak szybko szukałyśmy drogi powrotnej… Na ulicach byli tylko faceci i zapach trawy. A jedyne kobiety były w oknach, a w sumie w szklanych drzwiach podświetlonych na czerwono (że były skąpo ubrane chyba nie musze dodawać)… A to wszystko wśród ciemnych, małych uliczek, na których są tylko sex shopy, hostele, coffee shopy, sex shopy, sklep z prezerwatywami, coffee shopy, sex shopy, znowu hotele i znowu sex shopy…plus kościół, czyli mamy ciekawe sąsiedztwo. Tak więc chętnie wróciłyśmy do hostelu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz