25 września 2008

w poszukiwaniu MC Donaldsa

Kolejnym plusem Holandii jest jej rozmiar, bo wszędzie jest blisko. Wybrałyśmy się więc na wycieczkę do Belgii, a konkretnie do Brukseli. Wysiadłyśmy na dworcu i …i nic. Na Belgie zdecydowałyśmy się w ostatniej chwili przed wyjazdem z Polski, więc nie byłyśmy przygotowane przewodnikowo i mapowo. Uznałyśmy, że w stolicy, a tym bardziej w stolicy Europy będzie na dworcu informacja i jakieś mapki (nawet w warszawie są.. nikogo nie obrażając)… ale mocno się rozczarowałyśmy. Znalazłyśmy kiosk z gazetami i mały przewodnik z mapą, ale… po francusku… więc odpada. Po dłuższych poszukiwaniach udało nam się jednak znaleźć punkt informacyjny, a dokładniej tablice informacyjną, a będąc dokładniejszym, to była to mapa metra, ale udało nam się odnaleźć na niej jedną atrakcję, którą chciałyśmy zwiedzić.

Zapakowałyśmy się więc do metra i pojechałyśmy hen, hen… a Hen, hen było Atomium, czyli wielki model atomu żelaza, który pozostał po Expo 58. Jednak panoramy miasta nie mogłyśmy podziwiać z najwyższej kuli, bo była mgła, ale za to widok samego Atomium był bardziej kosmiczny.

Po podróży w kosmos wróciłyśmy na dworzec, bo to był nasz punkt orientacyjny, bo nadal nie miałyśmy mapy. Niestety na dworcu nadal punkt informacyjny się nie pojawił, więc postanowiłyśmy pójść na żywioł, czyli wyjść z dworca i ruszyć przed siebie… i na dzień dobry znalazłyśmy drogowskazy do ciekawych miejsc w Brukseli. Tyle, że każda atrakcja było w zupełnie inna stronę, a my nie miałyśmy pojęcia jaką obrać strategię. Poszłyśmy więc do tego co było najbliżej. Była to katedra i całe szczęście, że właśnie ona, bo można tam było kupić różne dziwne rzeczy takie jak wisiorki, zapalniczki czy przewodniki:) Tak więc miałyśmy już przewodnik, więc dalej poszliśmy zgodnie z trasą zalecaną w przewodniku (a dokładniej, to w przeciwnym kierunku, bo według przewodnika, w katedrze wycieczka się kończyła). „Zaliczyłyśmy” wszystkie obowiązkowe miejsca w Brukseli, a po drodze wyglądałyśmy taniego jedzenia, czyli MC Donaldsa… i jedyne co znalazłyśmy to sklepy z belgijskimi czekoladkami, w których była degustacja:D mniam:D a MC Donaldsa nie było… ani na dworcu, ani na starym mieście, ani tam gdzie dotarłyśmy, a dotarłyśmy prawie wszędzie… i poszło nam to tak sprawnie, że wróciłyśmy wcześniejszym pociągiem, a zjadłyśmy na dworcu w barze z kanapkami, bo tylko takie Fast foody są w Belgii.

A wieczorem… już w Holandii… party… tym razem już nie tylko w teorii i rowerami, hahaha … W sumie to nawet wygodne. W jedną stronę jedzie się trzeźwym, a wracając, jeśli za bardzo wieje, zawsze jest coś co pomaga trzymać pion… poza tym, jest wszędzie płasko, więc nic dziwnego, że wszyscy śmigają na rowerach.

ewa_też rowerzystka

PS a w Belgii na stacjach metra gra muzyka:) stare, dobrze znane przeboje:)

Brak komentarzy: