Podróżowanie tanim kosztem odwiedzając znajomych bywa czasem bardzo bolesne. Bo noc w autokarze, czy na podłodze nie zawsze jest szczytem luksusu. A ostatniej nocy padło na podłogę i na otwarte okno. Czyli skończyło się to bólem wszystkiego, bo było twardo oraz katarem. Mam więc teraz takie ciśnienie i zawroty głowy przez ten katar, że nie potrzebne mi już żadne używki, które w Holandii są legalne... po prostu mam swoją własną jazdę:/ Więc pierwszy dzień w Holandii spędziłam na pociąganiu nosem i łapaniem internatu na korytarzu u Wioli w akademiku.
A wieczorem... party... hahaha, jak zwykle w teorii. Plan był taki, że erasmusy miały wybrać się do klubu, bo następnego dnia mają mniej zajęc. Więc wyszykowayśmy się na wieczór i czekamy... a tu cisza... My nastawione na wyjście i na drogie drinki, otworzyłyśmy żołądkową, by przy okazji dać spródować obcokrajowcom... ale... plan zmienił deszcz. Deszcz ma tu większe wpływy niż ksiądz czy prezydent, bo deszcze jest poważnym utrudnieniem przy jeździe na rowerze,a tu na rowerze jeżdżą wszyscy i wszędzie (także erasmusy na imprezy). Tak więc erasmusy jednak znalazły coś do nauki na jutrzejszy dzień, bo głupio im było mówić, że to tylko przez deszcz ,a w sumie mżawkę...
Tak więc wystrojone, zmarnowałyśmy żołądkową i poszłyśmy spać... ale żeby nie było aż tak dołująco to trochę sie zintergowaliśmy z innymi erasmusami w akademiku i dzięki temu znalazł się wolny materac (a raczej karimata), więc kolejna noc była trochę bardziej miękka:)
23 września 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz