Znowu zmienił nam się skład wycieczki. Jedna Ania pojechała do innego miasta, Karina planowała się uczyć, a ja z Anią (tą do której przyjechałam) postanowiłyśmy pójść do muzeum. I jak na inżynierów przystało, pół dnia spędziliśmy przyciskając co się dało (a wiele się dało) i czekając na reakcję… ale to nie tak, że cos psułyśmy, po prostu wiele doświadczeń można było robić samemu. I zajęło nam to tyle czasu, że nie zdążyłyśmy już nic więcej zobaczyć, trzeba było wracać n zupkę chińską i puree, by zdążyć na Octoberfest, bo o 23 już go zamykali.
Octoberfest… hmm, to trzeba przeżyć… Dziwne, że taka fajna impreza jest u sztywnych Niemców, choć faktem jest, że większość ‘zwiedzających’ to obcokrajowcy, a szczególnie włosi (lub byli najgłośniejsi, więc tylko ich się zauważało). A poza tym… wielkie wesołe miasteczko. A między karuzelami stragany z precelkami i piernikowymi sercami, które potem zawiesza się na szyi były namioty piwne. Wielkie namioty. Każdy browar ma swój namiot. W środku na środku gra orkiestra, a wkoło tylko stoły i ławki, a na ławkach śpiewający i pijący piwo z wielkich kufli ‘uczestnicy festynu’… było ciekawie;)
PS Monachium czyli Bawaria, czyli Bawarczycy, czyli śmieszne bawarskie stroje. I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że oni chodzą tak ubrani na co dzień (przynajmniej w Octoberfest).

Oczywiście nie wszyscy, ale na ulicy zawsze paru się znajdzie. Czy młody czy stary jadąc metrem do pracy, do klubu czy oczywiście na Octoberfest ubiera się w regionalny strój. Wygląda to zabawnie. To tak jakby u nas chodzili przebrani w stroje krakowskie czy warmińskie. A stroje te są tak popularne, że można je kupić także w dobrych sklepach. Są na wystawach, na reklamach, wszędzie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz