Lastovo – Spokojna wyspa, którą oglądaliśmy tylko z pokładu jachtu. Do 1989 roku Lastovo ze względów militarnych było zamknięte dla turystów zagranicznych, gdyż była tu baza jugosłowiańskiej marynarki wojennej. Wykute w skale bunkry nie są dziś używane i udostępniono je turystom. Mieszkańcy trudnią się uprawą winorośli i oliwek oraz rybołówstwem. Rybacy lastovscy znani są też z połowu licznie występujących tu ogromnych langust. To właśnie od włoskiego określenia langusty pochodzi nazwa wyspy. Wyspiarski charakter Lastova przejawia się również w występującym tu unikalnym dialekcie języka chorwackiego oraz oryginalnej architekturze…ale wróćmy do naszej wycieczki:
Dzień jak zwykle rozpoczął się od kąpieli w morzu…co prawda między torpedami, bo staliśmy w porcie, ale na kotwicy, więc nie było tak źle…no i wyruszyliśmy. Cel: wyspa Mljet zwana Zieloną Wyspą. Powierzchnia 100 km2 jest w 72 % pokryte lasami, które stworzyły z wyspy Mljet jedną z najbardziej zaleśnionych wysp w Adriatyku. Faunę wyspy dziesiątkują mangusty, które zostały przyniesione tu celowo, by wytępiły gady, lecz wraz z nimi zostały zabite również liczne inne gatunki zwierząt. My dobiliśmy do miasteczka Pomena na zachodnim brzegu wyspy (Miasto to zamieszkuje zaledwie około 50 mieszkańców) i stanęliśmy…w knajpie!
Cumowanie było gratis, jeśli zjemy w tej knajpie. Tak więc obiecaliśmy, że zjemy i ruszyliśmy na podbój wyspy. Oczywiście nikt nie wiedział którędy iść, a dojść chcieliśmy do tutejszej atrakcji czyli słonych jezior: Małe i Wielkie otoczonego gęstym lasem sosnowym.

Jednak większą atrakcją okazały się Fiaty 126 cabriolety ucharakteryzowane np. na psa czy kota. Po sesji fotograficznej przy „maluchach” ruszyliśmy na poszukiwanie Jezior… i jakimś cudem je znaleźliśmy. Co prawda trochę zabłądziliśmy i trochę więcej czasu nam to zajęło niż pisano w przewodniku, ale za to za darmo. Bo okazało się, że to Park Narodowy i trzeba kupować bilety wstępu… ale my przypadkiem znaleźliśmy darmowe wejście Tak więc z 5 kuna w kieszeni doszliśmy do Jeziora. A tam było wiele atrakcji: rejsy stateczkiem, wypożyczalnie łódek i rowerów oraz… bezwstydne golasy kąpiące się nieopodal. Jednak my za najbardziej atrakcyjne uznaliśmy możliwość chodzenia, bo na łódce nie ma za dużo miejsca i ruszyliśmy drogą wzdłuż Jeziora. Doszliśmy do benedyktyńskiego klasztoru z XII wieku położonego na wyspie św. Marii, a raczej do miejsca widokowego na klasztor, więc zrobiliśmy kilka zdjęć i ruszyliśmy z powrotem. Oczywiście była też obowiązkowa kąpiel w jeziorze i biegiem na łódkę. Biegiem, bo wszyscy głodni… Ech, głodni, ale jeść nie mogliśmy, bo załoga po drodze się zgubiła, a zanim się znalazła to już 9 wieczór była. No ale w końcu zjedliśmy w „naszej” restauracji …a nad morzem, to co innego jak nie seafood?! Małże! A po małżach, co innego jak nie śliwowica?! No i wszystko poszło gładko…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz