24 września 2007

przygody po tureckiej stronie

postanowilismy wybrac sie do Famagusty na plaze...czyli na Turecka strone...a przy okazji sprobowac sprowadzic auto na strone grecka...

Granice przeslimy pieszo bez problemu... oczywiscie pieczatki postawili nam na specjalnych karteczkach,a nie w poszportach,bo przeciez czesc polnocna jest okupowana, wiec w sumie wszystko jest nielegane itd,itp... po sronie tureckiej wsiedlismy w auto...i ahoj nad morze:)

Famagusta... martwe miasto... znaczy nie cale... ale czesc na plazy... z powodu okupacji grecy musieli pozostawic hotele i domu i ...wyniesc sie stad. Teraz na plazy strasza opustoszale hotele i domy... czasem widac,ze robotnicy zeszli z budowy i po prostu na nia nie wrocili nastepnego dnia... co wiecej... do tych hoteli na plazy nie mozna sie dostac... jest to teren ogrodzony i pilnuje do straznik...a moze zolnierz...zreszta... po stronie tureckiej co chwila widac tabliczki,ze zakaz wstepu a obok stoi zolnierz z karabinem...a ty idziesz sobie na plaze poplywac...

a plaza...ech...jesli chodzi o lazienki zamykane na klodke i odstaszajace przebieralnie ( a wszystko zardzewiale) to malo zachecajace... ale jesli chodzi o wode...ech...zupa... goraca strasznie....ze az nawet nie chodzi... woda przezroczysta... niedaleko wystaja ponad tafle wody skaly,na ktore mozna wejsc... po prostu jak w raju...

ale to co przeraza po tureckiej stronie jest fakt,ze tam nie ma kobiet... znaczy... pewnie gdzies sa,ale nie wiem gdzie i opatulone po czubek glowy... ( w odroznieniu do ludzi z mojej uczelni,bo tam sa chyba same kobiety...a nieliczni faceci chodza ze mna na zajecia, bo to przeciez meski kierunek)... tak wiec... wybralam sie z Ania (Marlena, Lukasz i Michal woleli siedziec i grzac sie na plazy)... i to byl blad ,ze wybralysmy sie same... bez zadnego faceta...

po pierwsze z plazy na stare miasto trzeba bylo kawalek sie przejsc piechota... wiec oczywiscie bez trabienia na nas sie nie obeszlo... potem zaszlysmy cos zjesc.... po malych problemach z dogadaniem sie z obsluga, a dokladniej z tym,czy mamy juz to jesc czy czekac na reszte... w koncu dostalysmy co chcialysmy... i Ania wyciagnela swoja butelke picia... i nagle wlasciciel sie zerwal... ja krzycze do Ani,by schwala... ale okazalo sie, ze pan przybiegl by dac nam szklanki... hehe... no ale jak skonczylysmy przyniesli do naszego stolika kawe...hmm... jedna kawe... a my nie zamawialysmy kawy... poza tym bylysmy we 2, wiec czemu jedna...!? powiedzialysmy, ze to nie do nas... i wtedy inny pan krzyknal, ze to jego... ale co sie okazalo... ten Pan... zamowil ja dla mnie i chcial ze mna porozmawiac (wszystko fajnie,gdyby nie fakt, ze to pan po 60 i ze sztuczna szczeka)... hehe... no ale to byl jedyny... pozytywny przejaw sympatii... bo potem jak szlysmy to co chwile zaczepiali nas jacys "tubylcy"... i bylo to do zniesienie do poki nie zaczal nas przesladowac jeden czerwony samochod... jezdzil ciagle kolo nas.... zatrzymywal sie... cos sie pytali (po turecku chyba), chcieli nas podwiezc.... wiec jak szlysmy prosta droga...to oni co chwila jechali obok nas... albo zatrzymywali sie przed nami i czekali na chodniku...potem zawracali autem i znowu kolo nas przejezdzali... a wkolo pusto...tylko my dwie...i 4 chlopa w czerwonym aucie... ale na szczescie udalo nam sie ich zmylic i jak oni pojechali zawrocic,to my skrecilysmy w bok i udalo sie dotrzec spokojnie do reszty naszego stada... ale...

jak poszlysmy sie kapac...i przez chwile bylo tak, ze znowu ja z Ania bylam sama.... to z brzegu obserwowala nas grupa facetow... potem jeden z nich wszedl do wody... i dyskretnie zaczynal plywac coraz blizej nas... az w koncu cos zagadal... my oczywscie dyskretnie go olalysmy i poplynelismy do naszych... ale potem kolejny "tarzan" wszedl do wody i juz dwoch krazylo wkolo nas... (a to nie jest tak jak nad polskim morzem... ani nawet tak ja po greckiej stronie... my tu w wodzie bylysmy w sumie same... bo i na plazy prawie nikogo nie bylo) a jak by sie rozejrzec...to znowu... tylko my a reszta to faceci na calej plazy... i to tacy, co chyba kobiet nie widzieli... bo czy na plazy czy w sklepie czy gdziekolwiek to ciagle bylysmy pod obstrzalem meskich spojrzen... i to wcale nie jest komplement... nie w takiej dawce!

to na koniec jeszcze cos o przemyscie auta... jak pisalam wczeniej... auto stalo po tureckiej stronie, a turcy nie chcieli go wpuscic na grecka strone... nie wiem czy fakt, ze auto przedostaloby sie na grecka strone mogloby oznaczac wiezienie dla przemytnikow czy inna kare... ale postalowilismy sprobowac w Famaguscie, skoro w Nikozji nie wyszlo...

Zebralismy nasze paszporty razem (moj i Ani na wieszchu, bo my nie mamy w paszporcie tych pieczatek, ktorych nie uznaja grecy i ktore wlasnie stanowia problem w sprowadzeniu auta. Michal zabral paszporty i pobiegl do okienka po pieczatki (ktore robia na kartki,a nie do paszportu). przybiegl ,wsiadl i ruszylismy szybko za innym autem by nie widzieli naszej rejestracji...ale jakis pan zamachal do nas i kazal sie cofnac:/ ech... nie powiodlo sie... Pan pyta o paszportu , sprawdza czy mamy pieczatki na kartkach... na szczescie nie zauwazyl tych w paszporcie,wiec pozwala jechac dalej... granica grecka (obslugiwana przez brytyjczykow czy jakos tak)... Pan pyta ile czasu bylimy po tureckiej stronie, skad jedziemy... mowily,ze tylko 1 dzien i tylko na plazy i bylo ladnie, a ze mielismy jeszcze morke wlosy... chyba nam uwierzyl i nie przygladal sie zbyt uwaznie paszportom, wiec jedziemy dalej.... dalej.... dalej.... UDALO SIE! przemyscilimy samochod:)

Brak komentarzy: