No i zaczelo sie...to moze zaczne od poczatku...lotnisko...3 w nocy...mial po mnie wyjsc znajomy Kamili, ktorego widziałam tylko na zdjeciach...on tez mnie wczesniej nie widzial... chodze po lotnisku..i chodze... nikt nie wola Ewa...zrezygnowana siadam i otwieram ksiazke.. W koncu sie pojawil, ale nie podszedl do mnie myslac, ze skoro czytam ksiazke to nie moga byc osoba ktorej szuka, bo jestem zbyt dobrze przygotowana do czekania, ale w koncu sie odnalezlismy...
Weekend spedzilam na aklimatyzowaniu sie... mozna przezyc szok przylatujac z Polski gdzie juz od dawna jest temperaturowa jesien, a tu...jest cieplej niz latem w Polsce (przynajmniej tego lata)... Poza brataniem się z klimatem, bratalam się takze z „tubylcami". Znajomy Kamili to Irish, a reszta...nawet nie wiem, ale angielsko jezyczna (jak większosc, bo nawet napisy w sklepie, reklamy czy filmy,a nawet pani z autobusu miejskiego jest grecko-angielsko jezyczna)... a bratanie?! Zaliczam do udanych...a nawet smacznych, bo po wizycie w tawernie i zamowieniu meze (mnostwo tradycyjnego jedzenia i wina, ktore ciagle donosza i donosza, az brakuje miejsca na stole i w zoladkach) poznalam pare tutejszych tancow (nie tylko Zorbe), gdyz trafilismy przypadkiem na wieczor panienski i kawalerski.
W koncu nadszedl sadny dzien... od 7 bylam juz spakowana i czekalam az po mnie przyjada... (3 osoby jechaly autem z Polski) ech...wstepnie umowilismy się o 7.30.. . ale cisza...telefon wylaczony...dopiero przed 8 sms z innego telefonu, ze statek ma opoznienie...ok., poczekam dluzej... ale juz kolo 11 zaczynam sie denerwowac, wiec pisze spytac się gdzie sa...sms nie dotarl... dopiero kolo 12 potwierdzenie, ze sms dotarl i odpowiedz: na granicy w Nikozji... okolo 13 tel, ze ciagle sa na granicy ( te historie opowiem pozniej)...a dodac musze, ze do 14.30 było czynne biuro, gdzie musialam sie zglosic po klucz do mieszkania, wiec jak nie zdaze, to bede bezdomna... szukam tel na taxi, bo na autobusy miejskie nie mozna liczyc (nigdy nie sa punktualne, poza tym nie ma rozkladu na przystankach)...numeru na taxi nie mam, pisze do Kamili...moze ona zna numer...nie odpowiada.... pisze do znajomego z Limasol (tez Cypr), ale on nie zna, mowi, ze poszuka na necie, ale ja nie mam takiego luksusu jak:czas. Za 30 min stane sie bezdomna... wiec wychodze na ulice... spotykam cypruske (wiem, że mówi się cypryjke, ale cypruska lepiej pasuje J(mialam wyjatkowe szczescie spotkac kogos na ulicy...normalnie to sie nie zdarza) ale on na migi i po grecku na pytanie czy z tego przystanku dojade do Campusu mowi, ze:Ne ,wiec tylko pokazala mi taxi...a raczej reklame taxi...wiec poszlam dalej (potem zdalam sobie sprawe, ze przeciez Ne oznacza Tak:/) ale akurat jechala taksowka, wiec machnelam reka, a ona sie zatrzymala... facet oczywiscie nie mial pojecia jak dojechac na campus, bo on tylko do Larnaki na lotnisko jezdzi...ale kazal mi wsiadac, ze zawiezie mnie do biura niedaleko, a tam mnie przejmie ktos inny i zawiezie na campus...ech... w pewnym momencie myslałam, ze gdzies mnie wywozi, bo mialo byc blisko, a jade i jade...no ale w koncu gdzies trafilam, tam przejal mnie inny i zawiozl...5 minut przed zamknieciem Housing office, wiec bede miala gdzie spac...a tam spotkalam, tych, ktorzy jechali autem...
Drzwi otworzyla francuska bez stanika... zdaj sie, ze w pizamie... ale mimo, ze francuska...to na moje oko wyglada na niemke...no ale nie poddawajmy sie stereotypom... pewnie ona wie lepiej skad pochodzi....( Pozniej okazalo sie ,ze mialam sporo racji w swoich spostrzezeniach, bo jest ona w polowie niemka... wiec stad ta niemiecka uroda) Nazywa się Ann-Lise... nazwiska nawet nie bede probowac powtorzyc... Ann-Lise jest tu juz od sierpnia...studiuje angielski i uczy sie greckiego oraz (lucky me) zglasza wszystkie braki w mieszkaniu...wiec mam juz gaz, a ciepla woda moze bedzie wkrotce, wiec moze pralka zacznie dzialac no i brakuje paru uchwytow w szafkach a u Ann-Lise roleta się popsula, a swiatlo w kuchni dziala, jesli trzyma sie palec na wlaczniku, bo inaczej gasnie... (ja pstryczek do swiatla juz naprawilam: wcisnelam papierek: Polacy zawsze byli dobrzy w prowizorkach) a dzis dodatkowo woda w zlewie przestala splywac...na szczescie mamy 2 lazienki...a poza tym mam najwiekszy pokoj w mieszkaniu, klimatyzacje, dzialajace rolety, ogromne lustro i loze malzenskie...i mnostwo szafek i polek, wiec jak czegos szukam, to nie wiem gdzie jest i musze zagladac do kazdej:/
W mieszkaniu mamy 2 lazienki, wielki stol w wielkim salonie, duza kuchnie, nie wiem ile balkonow, ale poki co doliczylam sie dwoch...no i w ogole mamy chyba wszystko...
Ma mieszkac z nami jeszcze hiszpanka, ale poki co nie pokazala sie...
Zauwazylam juz czego mi brak... mimo, ze jest goraco i przyjemnie jest chodzic na boso po terakocie...to pozniej nog nie mozna domyc... brak deszczu robi swoje....podobno tu nie padalo od 2 lat... tak powiedzial jeden nauczyciel, wiec temat deszczu dolaczyl do grona tematow zakazanych takich jak sens granicy i stosunkow grecko-tureckich. A wlasnie, skoro juz jestesmy przy tym temacie...Ja przyleciała tu samolotem, ale byli tacy, co wymyslili, ze przyjada autem... road trip był udany...do momentu az dojechali do granicy w Nikozja (ostatniej podzielonej stolicy)...okazalo sie ,ze przyplyneli do nielegalnego portu (Grecy go nie uznaja, bo jest na terenie okupowanym przez Turkow)...wiec po dlugich rozmowach i tlumaczeniach i rozmowie z ambasada polska...pozwolili im zabrac najpotrzebniejsze rzeczy i przejsc granice na piechote... innym wyjsciem (poki co, jedynym) jest powrot do Turcji, potem do Grecji i stamtad poplynac statkiem do Larnaki, czyli portu na Greckim Cyprze....ech... szczegolow nie znam, ale i bez tego brzmi egzotycznie...hehe, a my narzekamy na nasz rząd...jak widac, w innych krajach tez maja bezsensowne przepisy....
Pogoda?! Z ta pogoda to jest dziwnie... bo tu wszyscy jezdza autami z klimatyzacja, w pomieszczeniach jest klimatyzacja...w autobusach tez...wszedzie...no ale jesli idziesz piechota, bo jestes erasmusem i raczej nie stac Cie na wynajecie samochodu, to grzejesz sie na słoncu i zasuwasz codziennie na glowny campus...cale szczescie, ze stamtad jada autobusy szkolne i nie trzeba piechota isc na nowy campus, bo to by zajelo przynajmniej godzine...a w takim sloncu....nie do zniesienia... no ale wracajac do pogody...to ubieram sie lekko, bo przeciez ide na piechote, ale jak dojde na zajecia, to pozniej siedze i marzne...bo inni z klimatyzowanych aut sie przenosza do klimatyzowanych sal i nawet nie pomysla, ze erasmus marznie:/ (oni w trampkach czy innych zabudowanych cichobiegach oraz dlugich spodniach, a ja w sandalach i w letniej kiecce, bo mniej juz nalozyc nie moge) ...i oczywiscie zaraz po dotarciu na miejsce szukam lazienki, bo sie jakos ogarnac, bo z daleka widac ,ze wracam z pustyni...
a jeszcze inny przejaw dyskryminacji dotyczy pieszych... tu chodniki nie sluza do chodzenia... tu sluza za miejsca parkingowe, miejsca dla smietnikow i smieci wkolo a nawet za kawalek ogrodka, bo na mojej ulicy ktos wyjal niektore plytki i posadzil drzewa na srodku chodnika... PELNA DYSKRYMINACJA!!!
A co ciekawego tu jest...ano to, ze odkad tu jestem to poznalam ludzi z Wloch, Hiszpanii, Francji, Gruzji, Slowacji, Irlandii i wielu innych krajow, a takze z wielu innych jeszcze poznam... poki co najwiecej znam Polakow... i nie tylko erasmusów, ale polskich erasmusów to juz chyba 10 poznalam...a zadnego cyprusa... pomijam nauczycieli, ale fakt jest taki, ze ich sie nie da poznac...oni sa bardzo mili i pomocni, ale zeby sie z nimi bratac!? Nie da rady:/
Czyli jak do tej pory jest: inaczej, cieplo i miedzynarodowo... a wlasnie przyszedl hydraulik... wiec koncze i do napisania...
17 września 2007
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz