1 maja 2008

Jerash , Amman

Kolejny dzien, kolejne ruiny, tym razem Jerash i tym razem podzieilismy się na dwie grupy, bo czesi i wloszka już tam byli, bo przylecieli do Jordanii trzy dni wczesniej. Wiec nasza piatka pojechala ogladac Jerash, a reszta podrzucila Piero (wlocha, który przylecial z nami) do Jerash i pojechali dalej ogladac jakis zamek.

Pierwsze co się rzucilo nam w oczy, to bramka do wykrywania metali... nigdy wrzesniej przy ruinach takich bramek nie było, ale widocznie już kiedys znalazl się jakis odwazny z kawalkiem matalu... Przechodzimy przez bramke i atakuja nas sprzedawcy... have a look, very nice... Z trudem przedarlismy się przez ten gaszcz straganow i doszlismy do budki z biletami... ale budka sobie, turysci sobie... wiec przeszlismy i poszlismy dalej... kolejna budka, tu dodatkowo można było kupic bilety na inscenizacje walki rzymian, ale cena była odstraszajaca (pierwszy raz cos było warte dwie cyfry, wszystko inne było tanie jak barszcz), wiec poszlismy dalej.... Idziemy razem z wloska wycieczka, która tez biletow nie kupowala (bo nie musiala, bo już mieli z gory zaplacone) ...idziemy...zadowoleni z siebie i swojej przebieglosci ...a tu nagle: plot i bramka, i policja turystyczna sprawdzajaca bilety... heh, przeslizgnac się nie dalo... a wracac się do kasy po bilety było daleko i nie wydawaly nam się warte az tyle ile za nie chcieli... wiec tu skonczylismy zwiedzanie Jerash, a zdjecia wezmiemy od ekipy w druim aucie... Wrocilismy się do drugiej budki, by chociaz na inscenizacje udalo nam się za darmo wejsc... ale Pan Pilnowacz ganial nas po murach i nie dalo się ogladac... szczególnie jak przeszedl mu z pomoca jakis rzymski legionista... to się poddalismy i grzecznie poszlismy cos zjesc...

Knajpa wygladala ciekawie... wejscie przez ogromna beczke, wodospady, rzeczka, kaczki i gesi (mam nadzieje, ze jak się taka zamowi ,to nie biora prosto ze stawu na talerz) ... wiec usiedlismy gdzie nam kazano i czekamy.... wygladalo na to, ze dopiero otworzyli, bo pusto było i dopiero przygotowywali wystroj... czekamy.... w koncu pan przyniosl menu... przyniosl i poszedl.... czekamy.... w menu nie ma cen, wiec o kazda pozycje trzeba pytac, a pana nie ma... w koncu pan przyszedl... na pierwsze pytanie ile cos kosztuje... poszedl sobie... wrorcil po dluzszym czasie i okazalo się, ze jest maly problem... bo nie ma pana, który ustala ceny, hehe, wiec już wiem, ze wybierajac się do restauracji z Jordanii trzeba zle i tanio wygladac, to ceny będą nizsze, skoro ustalane sa indywidualnie dla klientow... no ale nic, czekamy dalej... czekamy, czekamy... o, jaki dziwny posag w tamtej fontannie... czekamy... o, glodna jestem... czekamy.... wstajemy, wychodzimy... goni nas Pan (ten co przyniosl menu) i krzyczy ,ze zaraz nam wszystko przyrzadza... ale ile można czekac... heh, poszlismy...

I tu pojawil się kolejny problem... nas jest 6, a drugie auto jeszcze nie wrocilo z zamku, wiec...zapakowalismy się po jordansku do auta (z tym,ze nikt w otwartych drzwiach nie stal), tylko zzipowalismy się bardzo i jakos tak wyszlo, ze mi przypadl najmniejszy kawalek kanapy:/ i tak skompresowani wrocilismy do Ammanu... Po drodze zatrzymalismy się na kawe w jednej z tych smiesznych przydroznych kawiarenek (a czasem się zdaza, ze kawiarenka jest jedna osoba, która chodzi z termosem na plecach i zapasem kubkow na pasku... dodatkowo jest wystrojony w kwiatki i arabskie stroje, by być latwo zauwazonym).

A w Ammanie... hohoho... hulaj duszo, a raczej portfelu... centrum Ammanu to jeden wieki bazar... kilometry ulic, na których sa tylko sklepy i stragany, a wszystko wbrew pozorom dobrze uporzadkowane. Bo jest pare ulic (obok siebie), gdzie sa tylko przyprawy, sa ulice tylko z warzywami, tylko z ubraniami, czy tylko swiecidelkami... a wszyscy sprzedawcy tak samo wolaja: welcome, have a look, very nice... wiec ruszylismy na wydawanie dinarow.

Co do welcome, to slyszy się to slowo wszedzie... z kim by się nie rozmawialo i o czym nie mowilo, to rozmowa zawsze konczy się : welcome to jordan. Co wiecej... jordanczycy to poligloci, ale oczywiście tylko z pozoru, bo... co prawda już z daleka wolali do nas po rosyjsku i co drugi miał kiedys dziewczyne z Polski, wiec znal pare slow czy miast polskich, a w jednym sklepie z przypawami, to pan dal mi nawet polska rozpiske tego co sprzedaje (oczywscie ceny były w arabsich zygzaczkach albo nie było ich wcale, a jak się pytalam ile, to mowili, ze dla mnie specjalna cena, heh... ci to maja gadane)... ale wracajac do watku ,który zaczelam to chodzi mi o to, ze z tymi jezykami obcymi to u nich jest tak, ze jak maja napisac to co mowia, to pozniej wychodzi tak, ze w witrynie skepowej wisi napis: Iec cream, verey nice... hmm... i probuj zgadnac o co chodzi?!

Podsumowujac... Jordania ladna i ciekawa; ludzie zakryci, sympatyczni i pijacy duze ilosci herbaty...

Straty w ludziach: kilka zadrapan i otarc po plywaniu w morzu czerwonym, bo rafa koralowa była od razu przy brzegu, a jezowcow było tyle, ze az cud, ze nikt na zadnego nie wszedl...

Straty w sprzecie: dwie pary butow (jedne nie przezyly gor, drugie nie przezyly pustyni)... Jednak japonki to nie najlepsze rozwiazanie na taka wycieczke, mimo, ze klimat sprzyja.

Na tym koniec arabskiej przygody. Pora wracac na europejskiej rzeczywistosci i znow być niezalezna kobieta bez obaw, ze facet obok będzie chcial Cie sprzedac za wielblady...

Brak komentarzy: