27 kwietnia 2008

Petra

Kolejne dwa dni wycieczki spedzilismy w Petrze... czyli nowym Cudzie Swiata... Trzeba przyznac, ze robi wrazenie... Jest ogromna, a bilety sa do kupienia nawet na okres trzech dni zwiedzania (jakby się chcialo zajrzec w kazda dziure, to nawet te trzy dni mogą nie wystarczyc)

Zwiedzania było duzo, wiec staralismy się wstac w miare wczesnie i szybko dotrzec do Petry... czyli na miejscu byliśmy ok. 11... i to był blad (za pozno). Upal był taki, ze już za brama wejsciowa umieralismy z goraca. Szybko skonczyly nam się zapasy wody pitnej i było trzeba szukac straganow z napojami... ale jak na zlosc, wszedzie sprzedawali tylko wisiorki, paciorki i inne swiecidelka... wiec nim dotarlismy do jakiegos budelkowanego zrodla wody, wysuszeni byliśmy bardzo:/

Na szczescie po pierwszym odcinku na sloncu, weszlismy miedzy skaly, gdzie było przyjemnie chlodno... Dlugi, waski i bardzo wysoki korytarz skalny zaprowadzil nas prosto do Chazne zwana przez Beduinów "Skarbcem Faraona" – wykuta w skale piętrowa budowla bedaca sztandarowym i najsłynniejszym zabytkiem Petry (posłużyła w filmie 'Indiana Jones i Ostatnia Krucjata' jako świątynia chroniąca Świętego Graala)... Przed Chazne były zaparkowane wielblady... wiec dlugo zastanawiac się nie musielismy... trzeba było tylko potargowac o cene i jazde na wilbladach mamy zaliczona:) a wracajac obejrzelismy amfiteatr, groby krolewskie, swiatynie i co tam jeszcze było... pamietam tylko, ze tak slonce grzalo, ze prawie udaru dostalismy i musielismy kupic sobie chusty, które beduini zawiazali nam na glowie tak profesjonalnie, az jeden z nich chcial potem dokonac z Lukasze wymiany: Marlene i mnie za wielblady. Jednak odpowiedz, ze jestesmy jego zonami i nie jestesmy na sprzedaz ucieła tranzakcje... choc przy cenie tysiaca wielbladow Lukasz się... zawachal, jednak ostatecznie nas nie wymienil...

Drugiego dnia byliśmy już madrzejsi... budziki nastawilismy na 6 rano, a sniadanie zjedlismy na parkingu przed Petra... oj, bardzo zimno było rano i nawet deszcze padal przez cale 3 minuty... ale oczywiscie pozniej znowu był upal nie do wytrzymania:/

A na drugi dzien mielismy zaplanowane wspinanie do klasztoru... Sciezka gorska mimo, ze waska i mimo, ze... gorska, glownie skladala się ze schodow po ktorej poza turystami i beduinami chodzily tez taksowki w postaci osiolkow, co po paru godzinach powodowalo dodatkawa trudnosc na trasie (slalom miedzy oslili odchodami)... ale to i tak nie przycmilo urokow i widokow gorskich... A na szczycie? Sklep z bizuteria, a w nim beduinski sprzedawca czestujacy beduin whisky. Tak, ten sprzedawca był glowna atrakcja tego punktu widokowego. On i jego motto zyciowe: enjoy your life, forget your wife!

Potem wycieczka spowrotem w dol i spowrotem przez cala Petre do wyjscia... i tu spotkalismy polska wycieczke... dziwne, ze polska, bo nie wiedziec czemu prawie wszystki wycieczki sa z Wloch. Wloski jest tu czesciej slyszany wśród turystow niż uniwersalny angielski... czy Petra, czy srodek pustyni, czy plaza czy sklep: Wlosi! Tak wiec minelismy polska wycieczke i kilka wloskich i wrocilimy do domu, by wieczorem pojechac na zachod slonca do Malej Petry, czyli znowu wspinanie się po gorach, co kosztowalo mnie jedna pare butow... ale mam jeszcze dwie na szczescie... ale to dopiero poczatek wycieczki...

A slonce zachodzilo przy dzwiekach dziwnego beduinskiego instrumentu, bo kilka skal dalej jakis maly beduin gral i spiewal:)

Brak komentarzy: