26 marca 2008

misja: lotnisko

Drugi turnus się skonczyl, a dokladniej 2/3 tego turnusu skonczyla wygrzewac się na wyspie i musiala wracac... wiec postanowilismy (Marlena, Wiola, Dajana i ja) pojechac na lotnisko, by ostatni raz ich zobaczyc...

Nastawilysmy budziki, by zdazyc rano na busa, który wyjezdzal o 7.30. Mocno się sprezalysmy rano i wydawao nam się, ze bylysmy na czas,ale... czekamy i czekamy... 8.00... czekamy i czekamy...8.30... Dajana zaproponowala, by pojsc do hotelu obok i tam wypozyczyc auto, bo ona wczesniej już tam wypozyczala... albo spytac się czy ktos nie jedzie i po prostu nie z nim zabrac... ale, ale... auto można wypozyczyc, ale na min dwa dni plus depozyt ,czyli nie będzie taniej niż busem... nikt tez nie chcial jechac na lotnisko, a juz na pewno nie miał miejsca na az cztery osoby... no wiec wrocilysmy na przystanek... zadzwonilysmy do firmy busikowej, by spytac co się stalo... powiedzieli, ze musialysmy się spoznic, bo bus na pewno był... wiec po poltorej godzinie w koncu przyjechal...klejny bus... no to jedziemy...

Larnaka... po pierwsze: piekarnia, bo chcialam kupic tureckie ciastka dla taty... wiec szukamy piekarni ...i znalazlysmy... obowniczy:) heh...no coz...4 dziewczyny...sa jakies... priorytety zakupowe:) ale do pierkanie tez trafilysmy.. starczylo nam nawet czasu na odwiedzenie innych sklepow kierujac się w strone lotniska... ba, nawet na piwo zdazylysmy pojsc do pubu przy plazy, gdzie samochody zawracaja na plecach, a pozniej biegiem na postoj taxowek... ale po drodze jachala jakac taxi-limo, wiec zapakowalysmy się i kazalysmy się zawiesc na lotnisko... no i Pan wzial nas za stupid turists, bo jak dojechal, to powiedzial 10 euro, a widzialysmy wczesniej, ze wyswietlilo się 6 euro, wiec wszystkie zaczely delikatnie tlumaczyc, ze 10... Pan zaczal sciamniac i w koncu zaplacilysmy 6...heh...

A na lotnisku tlumy znajomych... już przed wejsciem spotkalam Dave’a ( Irish, u którego mieszkalam na poczatku... znajomy Kamili... dobry Irish:) ...wlasnie czekal na Kamile, bo wrocila po swietach z Polski.... pozniej spotkalam tate i ciocie... (to było w planie)... potem znajoma z Limassol... a potem mielismy spotkac znajomego Lukasza i z nimi wrocic, ale... kolega spoznil się na samolot (podobno sniezyca w Poladzie była)... wiec pobieglysmy, bo zaraz miał odjezdzac bus... pobieglysmy, ale bus... znowu nam zwial, bo mialysmy rozklad z see front, a z lotnista odjezdza 20 min wczesniej, czyli... uciekl nam, czyli... Dajana podeszla do jakiegos faceta, który stal przy samochodzie i pyta się czy jedzie do stolicy...TAK... to czy możemy się z nim zabrac...TAK...to zapakowalysmy się, samochod na chodzie...a Pan poszedl... ale zarazwrocil i ... ahoj przygodo!

Zaraz za lotniskiem zatrzymalismy się (na srodku ronda), bo nie mogl się odnalezc ze znajomym z innego auta... a jak w koncu się znalezli to poszli gadac... i tu jest chwila by opisac naszego wybawce...

Zacznijmy od auta...duze! Nie wiem co to było, ale jak się wysiadalo ,to się wypadalo, tak wysoko było... Poza tym było biale... uznalysmy ,ze to przykrywka, bo rosyjska mafia jezdzi przeciez czarnymi... no wlasnie... mowil po rosyjsku (ale okazal się cyprusem)... miał oryginalnego rolexa i zlote karty kredytowe, które nam zostawil wychodzac... wiec... albo dobrze trafilysmy, albo wywiezie nas ho ho daleko i sprzeda za wielblady czy inne towary wymienne:/ ...wracajac do wybawcy... okazal się wlascicielem restauracji w Nikozji... zaprosil nas nawet na obiad do siebie do knajpy, ale grzecznie podziekowalysmy.. free obiad nie był wart ryzyka handlu zywym towarem... wiec „wyrzucil” nas po drodze, poszlysmy na kawe i do domu na kanapki...koniec wycieczki:)

Brak komentarzy: