31 marca 2008

aim: Golden Beach

Wiekszosc erasmusow wyjechala do Istambulu, wiec mniejszosc ,by się nie nudzic tez postanowila zorganizowac mala wyprawe... Hiszpanka Bea zostawila swój samochod „pod opieka” ,a drugie auto miał Lukasz... były tez dwa skutery...ale ostatecznie zrezygnowaly.
No wiec ekipa się zebrala, zapakowala i pojechala. Jedno auto to: Nico (fr) , Krassi (bul), Martin (cz), Magda (pl), a drugie: Wiola, Marlena, ja, Michal i Lukasz (czyli nie było problemow... jezykowych - czyt.:pl), a cel: Golden Beach, czyli podobno najladniejsza plaza na Cyprze.

...ostrzegam: to będzie dluga bajka... niekoniecznie z happyendem...

Pierwszy przystanek: paliwo, drugi przystanek: paliwo dla nas, trzeci przystanek: tzw. zapasy zywieniowe... no i jedziemy:) Po drodze mijamy kolumnade wojskowa... wygladalo to jakby wojna sie wlasnie zaczela: czolgi, dziala, zolnierze, a wszystko w duzych ilosciach... ale wrocimy do naszej wycieczki... Nie wiem jak drugie auto, ale byliśmy dobrze zorganizowanie... Na poczatek Sweet Bitter ze spritem (kulturalnie w kubeczkach)... nie wiedziec czemu szybko się skonczyl... jakos droga się wydluzyla, wiec było trzeba siegnac do bagaznika po zapasy: żubrowka (czyli prezenty z Polski zostaly obalone już na poczatku)...

Nasza podroz trwala dlugo, bo zanim dojechalismy do Golden Beach, to najpierw pojechalismy na najbardziej wysuniety cypel Cypru: Cape Andreas... zatrzymujac się tez przy ladnych widokach lub przy stadzie koz:) ...A cypel... jak zwykle u turkow: oflagowany... co nam wcale nie przeszkadzalo: kolejne tlo do naszych zdjec:) a ze kazdy miał aparat, to wyszla z tego duza i ciekawa sesja zdjeciowa... a po sesji: kierunek woda!

Nie wiem czy była ciepla czy zimna... po prostu do niej wskoczylismy, heh, ale fale były:) a pozniej wrzucilismy tez Magda do wody... bo nie wziela kostiumu i twardo twierdzila, ze nie będzie się kapac... mylila się, sesese

Wykapani, najedzeni i naslonecznieni ruszylismy na poszukiwanie noclegu...i wtedy się okazalo, ze drugie auto nie chce spac w hotelu, tylko na plazy przy ognisku, a pozniej w aucie (my nauczenie doswiadczeniem z wrzesnia i spania na plazy w Ayia Napie namawialismy ich na hotel... pokoj nie był drogi, dawali jeszcze snidanie... ale oni twardo, ze nie... wiec my poszlismy się wypakowac do pokojow i zjesc kolacje, a oni pojechali szukac miejsca na ognisko.

Rozpakowalismy się, zjedlismy, zaczelismy i skonczylismy whisky ,a ich nie ma... Było już ciemno jak zapukali do drzwi, ze już wszystko gotowe... nie wiem co tak dlugo robili, bo miejsce na ognisko znalezli ok. stu metrow od hotelu, a drewna na ognisko tez w sumie nie było... wiec zebralismy się i poszlismy po drewno... hmm... drzew za duzo nie było, tylko pola i gory... a plot był gleboko wbity w ziemie (pewnie nie pierwszy raz ktos probowal puscic go z dymem i teraz wlasciciel wkopal glebiej... wiec plot stal jak stal... wiec trzeba było isc dalej, a dalej znaczy ciemniej... latarka Nico była tyko jedna i w dodatku na korbke, wiec trzeba było swiecic oczami lub telefonami... jakos się udalo... a wracajac, ja jechalam autem za nimi i oswietalam im droge...

...a pozniej znalazlo się kilku harcerzykow, by rozpalic ogien... i zaczelismy się integrowac.. hehe . Na poczatek kulturalnie, czyli każdy spiewal w swoim jezyku popularna piosenke ( polakow było wiecej, wiec u nas wyszedl chor, a inni musieli dawac solo... a im pozniej tym wiecej solowek było...

...a pozniej padlo haslo: do wody! naked! I może by to wpalilo na wieksza skale, gdyby woda była cieplejsza... a tak to tylko nieliczni się kapali i nie zawsze naked ... hehe.. a pozniej swiecili bialymi tylkami przy ognisku...ale zdjec nie pokaze... top secret!

...a pozniej skakali przez ognisko...

a pozniej zgubili kluczyli do swojego noclegu (auta)... wiec happyendu nie mieli... szukali pare godzin w nocy... i od rana znowu (spali w aucie Lukasza)... i nie znalezli... wycieli (wyrwali) troche krzakow twierdzac, ze musza tam być... przeszukali caly teren ogniska... przegrzebali ziemie... i nic...

zadzwonili wiec po lawete i wrocili na granice laweta... tam zostawili auto i zabronili nam o tym mowic, by nie denerwowac hiszpanki, która jest teraz w Istambule na wycieczce... Kombinuja by tam wrocic poszukac z wykrywaczem matalu, albo by pojechac do wypozyczalni po zapasowe... tyle,ze to nie oni wypozyczyli samochod... a dodatkowo... ubezpieczenie na turecka strone było wazne tylko trzy dni, czyli będą musieli kupic nowe... czyli zaoszczedzili na hotelu ,a wydali... ho ho ho wiecej (bo Cape Andreas jest bardzo daleko... dalej się chyba pojechac nie dalo) ... no ale miejmy nadzieje,ze jednak będzie szczesliwe zakonczenie...

ewa

PS Dobra widomosc: kask odrosl:) prawie:/

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

dobre, hehe
chyba przeloze jutrzejsze spotkanie ;)

ewa pisze...

no co Ty... poznasz szczegoly... zawsze sa jakies szczegoly:) moze pikantne?;>

Anonimowy pisze...

hehehe

ale czy warto?

ewa pisze...

znajac poprzednie przypadki: nie warto... chyba,zeby przypomniec sobie powod czemu teraz spotkania sa tak rzadko:)