30 października 2007

goscie, goscie

wiem,wiem... nie odzywalam sie ostatnio... ale nie dosc,ze mam teraz midtermy, czyli egzaminy, to dodatkowo mialam gosci z Polski, wiec nie mialam zbytnio czasu, by w miare na bierzaco relacjonowac... ale juz sie poprawiam...

No to moze tym razem napisze o tym jak to maja mama i jej znajomi, ktorzy zatrzymali sie w Larnace, postanowili przyjechac do stolicy i razem ruszylismy na turecka strone...

Plan byl prosty... wsiadaja w busa z samego rano i wysiadaja kolo mojego domu i razem idziemy na granice... a trzeba tu wspomniec, ze dzien wczesniej erasmusy zorganizowaly party... tym razem inne niz zawsze, bo przebierane, a przebrac bylo sie trzeba za... dziwke lub afonsa...hmm... i chyba dzieki temu bylo to najlepsze party poki co... tylko caly wieczor wszyscy przebrani byli pod obstarzales fleszy... no ale wrocimy do watku glownego...

impreza byla udana (pomijajac policje- jak zawsze- i dziure w drzwiach), wiec do domu dotarlam ok 4... zanim sie ogarnelam i zasnelam to byla 5... a o 8...telefon... ze goscie sa juz w Nikozji... czyli zrywam sie i biegne w umowione miejsce... nikogo nie ma:/ dzwonie... mowia, ze sa pod aluminiu tower (ja tez)... chodze wkolo, ale nikogo nie ma... okazuje sie, ze oni sa pod czyms co wyglada jak aluminium tower, a ja jestem pod budynkiem, ktory sie tak nazywa... wiec... wracam do domu po mape i spr ,gdzie oni wysiedli... na mapie oczywiscie ulic o tej samej nazwie jest kilka i teraz moge sie tylko domyslac, na ktorej oni sa... ale zakladam, ze to ta, ktora jest w miare blisko czyli jakies 2-3 kilometry od mojego domu... no wiec niewyspana , glodna i spragnione wyruszam w strone ulicy, na ktorej sa...

a slonce swieci, wiec pic chce mi sie coraz bardziej i tylko powstrzymuje sie, by gdzies nie przysiasc na chwile by odpoczac, bo zasne... ok, dochodze do mniejsca, gdzie mowili ,ze sa... dzownie.... a tu sie okazuje, ze sa juz w innym miejscu... ze sie minelismy po droze... wiec spowrotem ide w nowe umowione miejsce.... dzownie...znowu sie okazuje,ze ich juz tam nie ma, bo ktos powiedzial, ze trzeba isc w strone campusu ,wiec sie tam kierowali (tabliczki sa na nowy campus, a ja mieszkam przy glownym campusie... wiec szli w przeciwnym kierunku)... tak wiec ok 3 godzin gonilam ich po miescie, a oni z pelnymi torbami uciekali i to wcale nie w strone mojego domu:/ ale w koncu sie znalezlismy... i razem dotarlismy do domu....

a w torbach okazalo sie ,ze byla m.in. walowka:) i inne pysznosci na dzisiejsza kolacje:) no ale.... plan byl taki, by jak najwczesniej wybrac sie na turecka strone, by zdazyc za dnia poogladac to co ciekawego tam jest... a nam przyjazd do Nikozji (ok 40 min) i znalezienie siebie zajelo juz polowe dnia... ale plan jest nadal aktualny i wyruszamy w strone granicy... a ja blisko starego miasta nie mieszkam (tam jest przejscie dla pieszych)... wiec kolejne 30-40 min na wycieczke w strone starego miasta i poszukanie granicy, ale udalo sie:)

Granie przekraczamy bez problemu... miedzy budka grecka a budka turecka mijamy Ledra Palace (hotel...chyba najladnijeszy w Nikozji), ktory zajelo wojsko... oprocz hotelu sa tu tez opuszczone sklepy i domy, a w niektorych oknach widac jeszcze barykady z workow z piasku... mijamy budke turecka i ...witaj inny swiecie... po pierwsze juz malo kto mowi po angielsku, latwiej dogadac sie w uniewersalnym jezyku gestow i domyslow... udaje nam sie jednak dowiedziec (mniej wiecej) gdzie jest postoj busow do Kyreni... a dokladniej do Girne, bo turcy uzywaja innej nazwy....

busy...to jest najwieksza zagadka, a zarazem przygoda po tureckiej stronie. Po pierwsze tak jak po stronie greckiej nie ma czegos takiego jak rozklad... nie ma nawet dokladnie wyznaczonego postoju... busy podjezdzaja po porstu kolo przystankow komunikacji miejskiej... Gdy w koncu trafiamy do odpowiedniego pana "sprzedawacza"... dluzsza chwile zajmuje nam wytlumaczenie tego o co nam chodzi... a jak przyszlo do placenia... hohoho... pol ulicy sie zbieglo pomagac... a jak "sprzedawacz" zobaczyl, ze chce placic w funtach (waluta cypru poludniowego)... to patrzyl na ten banknot tak jakby go pierwszy raz w zyciu widzial... i zaczal cos mowic i mowic... po turecku... zawolal innych, ktorzy tez na busa czekali, ale byli mlodsi, a co za tym idzie, byla szansa, ze beda w stanie sie ze mna dogadac... ale nie byli:/ kombinowali i kombiowali.... i w koncu "sprzedawacz" przyjal grecka walute, a wydal w tureckiej (jak sie okazalo, troche na tym stracilam, ale oni naprawde chcieli pomoc i nawet mysleli, ze ida mi na reke przy wydawaniu reszty, hehe)... no ale wrocimy do busa...

mamy bilety...przydalby sie bus... nagle podjezdza i wszyscy sie pchaja i zasiadaja w srodku... i nie ma czegos takiego, ze Ci jakis facet ustapi... o,nie... wiec polowa z nas stoi, polowa siedzi... a kierowca zaczyna do nas krzyczec po ichniemu... pokazujac na drzwi... i wcale nie chodzilo o to, by je zamknac... lecz bysmy wysiedli.... okazalo sie, ze nie mozna jezdzic busem stojac... kto nie siedzi, ten nie jedzie:/ czyli wysiadamy i czekamy na kolejny... z czasem zmadrzelismy i do nastepnego juz sie pchalismy... choc juz tlumow nie bylo:) no to jedziemy...

po drodze wsiadaja kolejni podrozni.... az opuszczamy Nikozje... a tam... przystanek... wsiada pan "sprawdzacz"... odcina kupony i jedziemy dalej. A za miastem... nic... doslownie nic nie ma... widac tylko gory i flage turecka... i nic wiecej.... ani drzew, ani krzaczkow... po prostu nic. Wycieczka zajmuje nam okolo 40 minut i juz jestesmy nad morzem:) tym razem nie piasek i plaza, a port... zastawiony stolikami... wiec nie da sie nie przejsc ,by jakis "naganiacz" nie zapraszal, by usiasc przy jego stalikach... a ci naganiacze sa tacy dobrzy, ze nawet wyczaja, ze jestes polakiem i po polsku mowia: jak sie masz itp. ...zreszta oni chyba dzien dobry i tego typu zwroty to znaja w kazdym jezyku.

Dajemy sie w koncu skusic... ale nie naganiaczowi, a cenie i siadamy przy stoliku z widokiem na morze planujac dalsza wycieczke... a co dalej?! zamek! a zamek jak zamek... stary! no ale ten dodatkowo duzy i ciekawy... z widokiem na morze i gory... wyjatkowo zachmurzone gory... i stalo sie to czego nie spodziewalam sie spotkac na Cyprze, choc inni mowili, ze stac sie musi... spadl deszcz! co prawda padalo tylko okolo godziny... ale padalo... moj pierwszy deszcz na wyspie... az sie nawet bylo trzeba pod drzewem schowac:) a gdy przestalo padac ruszylismy zwiedzac Kyrenie... i to czego mozna im pozazdroscic, to fakt, ze stojac miedzy uliczkami po jednej stronie widac gory, a po drugiej morze... czyli maja wszystko i to blisko... potem krotki spacer do miescie i porcie... gdzie zdazylismy sie pogubic nawzajem... ale na szczescie znalezlismy sie... a potem poszlismy na busika...

tak...busika... no i zaczelo sie... najpierw bylo trzeba ustalic, ktory to "sprzedawacz", a sprzedawacz okazal sie tylko "wydawaczem biletow" , placilo sie innemu, potem inny przeliczal bilety, inny byl kierowca no i oczywiscie jeszcze inny byl "sprawdzaczem", ktory parzyl sobie herbatke po turecku przy drodze czekajac na busa... czyli walka z bezrobociem po turecku.

Mniej wiecej tak wygladala moja pierwsza wyprawa do Kyreni... ale niecaly tydzien pozniej mialam kolejnych gosci z Polski i tez tam pojechalismy... i to co warto opisac to fakt, ze jechlismy chyba wszystkimi srodkami transportu dostepnymi na Cyprze.... poza samolotem i statkiem... Wyszlisy z domu i poszlismy na przystanek autobusowy majac nadzieje,ze niedlugo przyjedzie (tu nie ma rozkladow, tylko stacja poczatkowa i koncowa, wiec trzeba sobie wyliczyc... ale nawet jak sie wyliczy,to nie oznacza to, ze nastepnego dnia przyjedzie o tej samej porze... jesli w ogole przyjedzie)... no wiec czekalismy ok 30 min az sie zjawi autobus miejski... i w koncu sie zjawil... potem pieszo przez granice... i na slynnne busiki...

a tu lipa... zadnego busa nie bylo przez pol godzinny, a podobno odjezdzaja co chwila... poszlismy do informacji turystycznej... powiedzili,ze sa tez shere taxi combo (taxi, ktore czeka az sie zbierze pare osob... czyli sa drozsze od busa,ale tansze od zwyklej taxi)... znalezlismy postoj combo taxi i nawet bez problemu sie dogadalismy... zapakowali nas do... mercedesa... limuzyny... i pojechalimy nad morze... tam po zwiedzeniu Kyreni wzielismy taxi (tym razem normalna) i pojechalimy do wioski obok zobaczyc jakies ladne opactwo... wracalismy prywatnym autem ,ktore tylko udawala taxi by zarobic na lewo ( plus tego byl taki, ze muzyka byla normalna... bo w publicznym transporcie zawsze sa te tureckie zawodzenia, ktorych na dluzsza mete nie a sie zniesc)...

wrocilismy do Kyreni i okazalo sie, ze policjanci kontroluja busiki i dlatego nie moglismy zadnego zlapac w Nikozji... ale na szczescie udalo nam sie zlapac jednego busika (oczywiscie z cala cermonia kupowania biletow) i ruszylismy do domu... Jak widac... jak sie nie ma auta, to podroz zajmuje wiecej czasu niz pobyt w miejscu do ktorego sie jedzie... bo np dzien pozniej pojechalismy na plaze do Famagusty i samo plazowanie zajelo nam tylko ok 2 h... reszta to glownie droga... a jak raz sie wybralam z Anne-lise na zakupy do carrefoura... to same zakupy: 40 min a reszta z 3 godzin to jazda autobusem i czekania na niego... z duza przewaga na to drugie)

a jeszcze a'propos wycieczek i gosci... to ostatnio poszlismy do klubu.... i niby nic w tym nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, ze wczesniejsze dni spedzalismy na zwiedzaniu i podrozowaniu plus toga party plus niewyspanie... wiec z klubu planowalismy wrocic wczesnie,bo o 9 mielismy busa do limassol na kolejne zwiedzanie... wiec ok 2 trafiismy do klubu...(tu ta pora jest normalna) .... i ok 4 chcielismy grzecznie wrocic do domu... (ja swoj klucz dalam znajomemu, ktory przyjechal z polski i u mnie nocuje, bo byl zmeczony ,wiec wrocil wczesniej)... no wiec wrocilam z Ania (polowa wycieczki z polski) do domu... i pocalowalysmy klamke... nikt nam nie chce otworzyc,a wszyscy maja wylaczone telefony (i znajomy i Anne-Lise) ... no wiec dzwonimy do polakow, z ktorymi bylismy w klubie z pytaniem czy maja kawalek dywanu na 3 godziny snu... ale nie odbieraja... dzownimy do hiszpanow, ktorzy tez z nami byli... i oczywsicie nie ma problemu... bylo ich ok 5 i kazdy chcial pomoc... tylko, ze nie moglismy ustalic gdzie oni sa,bo oni twierdzili, ze sa w tym miejscu gdzie my jestesmy.... ale ich tam nie bylo.... chyba godzinne trwalo dogadywanie sie z hiszpanami i ustalanie miejsca ich podytu... gdy juz sie lokalizowalismy i juz na nas czekali to w tym czasie polacy sie odezwali, wiec bylymy uratowane... nagle mialysmy tyle mozliwosci... tyle dywanow do spania... wybralysmy kanape u polakow... Przesiedzialysmy na niej te 3 godziny pilnujac sie, by nie zasnac... bo w towarzystwie nie wypada... mimo "chorej" godzinny i rano wrocilysmy do domu by zrobic im pobudke dzwonkiem do drzwi... UDALO SIE!

wiec szybko ogarnelismy sie, spakowalismy i mielismy wychodzic na busa... a tu sie okazalo,ze jest zmiana czasu... czyli mozna pojsc spac... choc na godzine!!! i tak zrobilysmy... nie powiem, bysmy obudzily sie zeskie i pelne energi do życia... ale liczylysmy na drzemke w busie... a potem zalapalysmy sie na drzemke na plazy w Limassol... czyli... zakwasy na szyji mam do dzis:/ i juz wiem, ze zawsze moge liczyc na hiszpanow (jesli maja mape) :)

Brak komentarzy: