EwaMaxKolonko nadaję, czyli... nadal bawię sie w dziennikarza. Ostatnio napisałam m.in artykuł o podróży i postanowiłam podzielić się moimi wypocinami... w ramach odświeżania wspomnień:)
Jak zostać gwiazdą na plaży
Jeden dzień w arabskim świecie
Jordania to mało znany wśród Polaków kraj arabski. Nie jest tak często odwiedzana jak pobliski Egipt czy Izrael. Jednak właśnie tam postanowiliśmy spędzić tydzień wakacji, by sprawdzić prawdy i mity o arabskim świecie.
Po dniu i nocy spędzonej na pustyni Wadi Rum, zatęskniliśmy za cywilizacją. Pustynny czerwony piasek był wszędzie... wszędzie. Wzięliśmy kurs na Aqaba, czyli najbardziej turystyczne miasto w Jordanii i ruszyliśmy. Cały poranek spędziliśmy w samochodzie: najpierw w drodze, a potem szukając hotelu (czemu wszystkie tanie hotele są tak schowane, że znalezienie ich zajmuje wiele czasu!?) Gdy w końcu znaleźliśmy nasz nocleg, to spotkało nas miłe zaskoczenie. Był to najlepszy tani hotel, w jakim mieszkaliśmy w Jordanii. Znajdował się w centrum miasta przy bazarach, gdzie zamierzaliśmy wieczorem wydać pieniądze. Poza tym, każdy pokój posiadał własną łazienkę i klimatyzacje. Było też okno (a różnie z tym wcześniej bywało) oraz balkon z widokiem na... Izrael! Morze Czerwone jest tak wąskie, że patrząc z Jordanii, na drugim brzegu widać zabudowania i światła Ziemi Świętej. Tak, standard hotelu pozytywnie nas zaskoczył. Miasto też miało dla nas miłą niespodziankę. W Aqaba z racji bycia turystycznym miastem, można było dostać alkohol. W innych miastach alkoholem nazywano zeroprocentowe piwo. Dlatego toast na moich ważnych (bo to całe ćwierćwiecze na tym łez padole) urodzinach wznoszony był… herbatą. W Aqaba zaskoczył nas także wygląd mieszkańców. Mężczyźni nie chodzili już tylko w tradycyjnych beduińskich strojach, ale także w jeansach czy garniturach. Na ulicy pojawiły się też kobiety. Niektóre miały nawet odkryte twarze czy łydki. Nareszcie czułam się bezpieczniej.
Po zachłyśnięciu się cywilizacją (ciekawe czy gdyby nie noc na pustyni, łazienka, klimatyzacja czy piwo też aż tak by cieszyły) wybraliśmy się nad Morze Czerwone. I tu znowu zderzenie z arabska rzeczywistością. Na plaży pojawiła się wycieczka szkolna. Mali chłopcy z panem nauczycielem, który nie mógł ich upilnować. Nawet sam siebie nie mógł upilnować, gdy chciał zrobić sobie zdjęcie z naszym kolegą, zarośniętym blondynem (tak niewiele trzeba, by być wyjątkowym w arabskim świecie). Jednak największą sensacje wzbudziła koleżanka, która jako pierwsza przebrała się w kostium kąpielowy. Ci mali chłopcy pierwszy raz w życiu widzieli damska nogę i nie bardzo wiedzieli jak na nią zareagować. Uśmiechali się, chichotali, chodzili wkoło nas, robili zdjęcia. A gdy potem sami poszli się kapać, to tak jak stali: w spodniach i koszulkach (tylko nielicznie bez koszulek). Więc jak cała nasze dziewiątka przebrała się w stroje kąpielowe, to było wielkie poruszenie na plaży. Leżeliśmy więc spokojnie, a wkoło nas cały czas krążyli „tubylcy” i robili nam zdjęcia. „Dziewczyny, ci chłopcy zapamiętają was do końca życia!” – tak skomentował nasze stroje kąpielowe (warto dodać: zwyczajne dwuczęściowe stroje) nasz kolega z Libanu, czyli też Arab. Dlatego plażowanie zakończyliśmy przed czasem. I tu ciekawostka: wracając z plaży słuchaliśmy zespołu Myslovitz, których piosenkę puszczali w ‘ichniejszym’ radio (oczywiście angielska wersja płyty).
Wieczorem poszliśmy na rybkę, bo będąc nad morzem obowiązkowo trzeba choć jedna zjeść. I trzeba przyznać, że była smaczna, choć... może to przypadek, ale od tego dnia zaczęły się problemy żołądkowe naszej wycieczki. Mimo, że pilnowaliśmy się, by pić i używać tylko wody butelkowanej, to męska część wycieczki (ciekawe czemu tylko męska) częściej zaczęła odwiedzać ubikację. I kto tu jest słabszą płcią?!
24 października 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz