17 sierpnia 2008

Ewa w podróży

No to jestem. Tym razem Walia i Anglia, czyli tam gdzie wszyscy jeżdżą zarabiać, ja pojechałam tylko wydawać… i bardzo dobra jestem w tym wydawaniu, bo już na dzień dobry dużo kasy (ale głównie czasu) poszło na sam dojazd na wyspy… Problem polegał na tym, że Marlena (współtowarzysz podróży nr 1) była już w Walii, Kaśka (współtowarzysz nr 2… kolejność numerowania towarzyszy przypadkowa), była w Holandii, a ja w Polsce…a możliwość kontaktu była skrajnie ograniczona (praca i praktyki… oczywiście ich, bo ja… jak wszyscy wiedzą… studiuję, a raczej „studiuję”… no ale chyba powoli powinnam zacząć się wstydzić i zmienić ten stan rzeczy… ale nie o tym chciałam pisać).

Udało nam się zgrać, ale jak już miałam z Kaśką bilet na samolot do Walii (co prawda każda na inny dzień), to okazało się, że Marlena do Anglii może jechać tylko na początku naszej wycieczki, więc było trzeba to jakoś zgrabnie zorganizować… i wyszło na to, że by dotrzeć z Olsztyna do Londynu musiałam 9 razy się przesiadać… Zaczęłam taksówką, potem autokar do Warszawy, potem autobus miejski na lotnisko, samolot do Cardiff, autobus z lotniska, kolejny autobus (tym razem zastępczy, bo zamknęli jeden odcinek torów kolejowych), potem pociąg do centrum miasta, potem znowu autobus (do Londynu)… i jeszcze metro i autobus już w Londynie… czyli hasło Ewa w podróży było tego dnia bardzo aktualne… a wszystkie połączenia miałam na styk (do Warszawy musiałam jechać skoro świt, bo mój stały nocleg w stolicy był spalony, a nowego nie udało się załatwić… na szczęście żadnych spowalniaczy na drodze nie było), a na dodatek, czasem nie miałam pojęcia czym i w którym kierunku jechać, więc np. w autobusie z lotniska w Cardiff zrobiłam takie zamieszanie, że cały autokar zaangażował się w pomoc… a połowa okazała się oczywiście Polakami… Tak, cały dzień w drodze, a gdy tylko dotarłam do celu, to po chwili ogarnięcia się było trzeba ruszać dalej…bo miasta najlepiej zwiedza się w nocy;)

Plan był prosty: nie śpimy, bo znajomi Marleny wynajmują tylko mały pokój, więc dla naszej trójki był tylko kawałek podłogi (za co byłyśmy wdzięczne, bo noclegi w Londynie są straaaasznie drogie). Wyszykowałyśmy się więc (my plus Wanda, czyli ½ tych, którzy nas przygarnęła w wielkim mieście) i poszłyśmy złapać stopa do jakiegoś klubu… no i złapałyśmy… ale autostop okazała się być taksówką… ale byłyśmy już w środku, więc poprosiłyśmy by zawiózł nas do jakiegoś fajnego klubu… no i zawiózł… tylko, że jego gust był trochę inny… i na dodatek się przed nim bili… więc poszłyśmy poszukać innego… więc się zgubiłyśmy… więc zmokłyśmy, bo padało (tu zawsze pada)… więc w końcu trafiłyśmy do innego klubu, ale okazał się, że było oj, gorszy… ale naprzeciwko był kebab:) Najtańszy kebab w mieście… Turcy nie chcieli od nas pieniędzy, a potem jeszcze zaproponowali kawę i herbatę… mam nadzieję, że to dlatego, że wyglądałyśmy tak dobrze, a nie tak źle!?

Niewytańczone, ale najedzone ruszyłyśmy w stronę domu, a po drodze robiłyśmy zdjęcia z co ciekawszymi obiektami, np. z zaporami stawianymi przez drogowców ( tak, w nocy w mieście robi się rzeczy o których w biały dzień by się nawet nie pomyślało)… ale robienie zdjęć tak mnie i Marlenę wciągnęło, że zgubiłyśmy Kaśkę i Wandę (warto w tym miejscu dodać, że nie znałyśmy adresu noclegu i nie miałyśmy przy sobie telefonu)… szłyśmy więc i szłyśmy aż się zgubiłyśmy. I tu nadeszła chwila jasności umysłu: coś nam kazało iść na stacje metra, na której wcześniej wysiadałyśmy (stwierdziłyśmy, że tam blisko musi być dom i tylko te nazwę kojarzyłyśmy)… i to był błąd! Po pierwsze zanim postanowiłyśmy zawracać, to jak się później okazało, byłyśmy już prawie w domu… a metro? Tak, dotarłyśmy… i co dalej? Poczekałyśmy na autobus, w który wcześniej wsiadałyśmy… a że już świtało, to za chwile jechał… wsiadłyśmy… bilet kupiłyśmy (tu na gapę nie tak łatwo) i jechałyśmy próbując skojarzyć gdzie mamy wysiąść… i tu pełen sukces! Rozpoznałyśmy okolicę i w ostatniej chwili wcisnęłyśmy przycisk STOP i pan się zatrzymał. Byłyśmy uratowane! Odnalazłyśmy naszą podłogę do spania… i resztę współtowarzyszy wieczoru, którzy byli już w głębokim śnie… ale my… mimo, że było zimno i mokro, postanowiłyśmy przebrać się i pójść nad Tamizę o świecie… ale jak dotarłyśmy w końcu do domu po tych paru godzinach szukania… i jak zrobiło się ciepło i sucho… to i podłoga wydała się miękka… dobranoc:)

Brak komentarzy: