Udało nam się zgrać, ale jak już miałam z Kaśką bilet na samolot do Walii (co prawda każda na inny dzień), to okazało się, że Marlena do Anglii może jechać tylko na początku naszej wycieczki, więc było trzeba to jakoś zgrabnie zorganizować… i wyszło na to, że by dotrzeć z Olsztyna do Londynu musiałam 9 razy się przesiadać… Zaczęłam taksówką, potem autokar do Warszawy, potem autobus miejski na lotnisko, samolot do Cardiff, autobus z lotniska, kolejny autobus (tym razem zastępczy, bo zamknęli jeden odcinek torów kolejowych), potem pociąg do centrum miasta, potem znowu autobus (do Londynu)… i jeszcze metro i autobus już w Londynie… czyli hasło Ewa w podróży było tego dnia bardzo aktualne… a wszystkie połączenia miałam na styk (do Warszawy musiałam jechać skoro świt, bo mój stały nocleg w stolicy był spalony, a nowego nie udało się załatwić… na szczęście żadnych spowalniaczy na drodze nie było), a na dodatek, czasem nie miałam pojęcia czym i w którym kierunku jechać, więc np. w autobusie z lotniska w Cardiff zrobiłam takie zamieszanie, że cały autokar zaangażował się w pomoc… a połowa okazała się oczywiście Polakami… Tak, cały dzień w drodze, a gdy tylko dotarłam do celu, to po chwili ogarnięcia się było trzeba ruszać dalej…bo miasta najlepiej zwiedza się w nocy;)
Plan był prosty: nie śpimy, bo znajomi Marleny wynajmują tylko mały pokój, więc dla naszej trójki był tylko kawałek podłogi (za co byłyśmy wdzięczne, bo noclegi w Londynie są straaaasznie drogie). Wyszykowałyśmy się więc (my plus Wanda, czyli ½ tych, którzy nas przygarnęła w wielkim mieście) i poszłyśmy złapać stopa do jakiegoś klubu… no i złapałyśmy… ale autostop okazała się być taksówką… ale byłyśmy już w środku, więc poprosiłyśmy by zawiózł nas do jakiegoś fajnego klubu… no i zawiózł… tylko, że jego gust był trochę inny… i na dodatek się przed nim bili… więc poszłyśmy poszukać innego… więc się zgubiłyśmy… więc zmokłyśmy, bo padało (tu zawsze pada)… więc w końcu trafiłyśmy do innego klubu, ale okazał się, że było oj, gorszy… ale naprzeciwko był kebab:) Najtańszy kebab w mieście… Turcy nie chcieli od nas pieniędzy, a potem jeszcze zaproponowali kawę i herbatę… mam nadzieję, że to dlatego, że wyglądałyśmy tak dobrze, a nie tak źle!?
Niewytańczone, ale najedzone ruszyłyśmy w stronę domu, a po drodze robiłyśmy zdjęcia z co ciekawszymi obiektami, np. z zaporami stawianymi przez drogowców
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz