22 sierpnia 2008

kraj Wielkiego Brata

...czyli kolejna dawka relacji z Wielkiej Brytanii. Rano odstawiłam Kaśkę na samolot do Polski, a sama ruszyłam na dalsze zwiedzanie miasta. Camdentown, czyli zjazd dziwaków, a może wieczny karnawał... Tam po ulicy chodza przedziwnie ubrani ludzie i właśnie takie przedzwne stroje moża kupić na tamtejszym bazarze. Potem dla odmiany zaliczyłam obowiązkowy punkt programu w tym mieście, czyli Backingham Palace... heh, Londyn jest ładny, ale duzy i duzo czasu traci sie na dojazdy, więc na pałacu skończyłam dzisiejszą wycieczke... przejdźmy więc teraz do relacji z UK.

Po pierwsze: Wielki Brat patrzy! Kamery są wszędzie... na ulicy, w pociagu, w autobusie, autokarze, wszędzie.
Po drugie: nie ma koszy na śmieci, więc trzeba je nosić ze sobą:/ Nie było ich już przed zamachami z 11 września, bo bomby były tu już wcześniej... jedyne śmietniki, to małe boxy na kiepy po fajkach i na gumy do żucia.
Po trzecie: pada... a raczej mży... poki co, codziennie odkąd tu jestem. Sprzedawcy tuszy wodoodpornych muszą na nich zbijać tutaj niezły majątek...
Po czwarte: sklepy są otwarte w godzinach "as usual"
Po piąte, refleksyjne: Londyn to duzża wioska... Zabudowa jest niska i nie ma typowych ścian z betonu jak to w dużych miastach bywa. Jest przytulnie, dużo pubów, dziwni ludzie, którymi nikt się nie przejmuje, a w metrze się albo śpi na siedząco albo czyta... tak, mogłabym tam zamieszkać... na chwile:)

Brak komentarzy: