18 sierpnia 2008

Londyn

Dzień nr 2, czyli zwiedzanie. Wanda poszła do pracy, a Przemek (Wandy luby) wziął urlop i postanowił pokazać nam Londyn. Zaliczyliśmy więc wszystkie ciekawe mosty, place, obowiązkową jazdę czerwonym autobusem na górnym piętrze i główny punkt programu, czyli… zakupy! Marlena była w siódmym niebie (biedny Przemek musiał się mocno wynudzić czekając na nas). Po zakupach poszliśmy do Wandy do pracy coś zjeść (a Marlena została w swoim niebie). Zjedliśmy, a po godzinie znalazła się też Marlena z siatkami.. z dużą ilością siatek. Zostawiłyśmy więc zakupy Wandzie i Przemkowi, a same poszłyśmy dalej zwiedzać miasto. Tym razem London Eye (wielki diabelski młyn nad Tamizą) ech, fajnie było:) Wysoko było:) A po drodze oczywiście kilka zdjęć przy Big Benie:D

A potem poszłiśmy do Fright club, czyli cos w stylu domu strachów, choć tak naprawdę było to tylko kilka pokoi.. nawet fajne… I wróciliśmy do domu i padliśmy na łóżko i nic nam się nie chciało, bo zmęczenie materiału było już duże:/ ale… chwila odpoczynku i ruszamy dalej: balety!

Ale jeśli chodzi o tzw. Clubbing to tego wieczoru tez ponieśliśmy klęskę… choć nie tak wielka jak poprzedniej nocy. Klub nr 1 to dzieci. Sprawdzali ID, ale jak na moje oko, to 90% gości w środku może była powyżej 16, ale na pewno nie 18… więc postanowiliśmy poszukać imprez dla dorosłych. Klub nr 2 to problemy przy wejściu, bo Przemek zapomniał ID i mimo, że dużo bardziej wyglądał na 18 lat niż Ci, których wpuszczali, to nie pozwolili mu wejść. Do Klubu nr 3 zaprowadził nas naganiacz (tak jaki i do poprzednich), a tam: girls for free i uwierzyli Przemkowi, że jest pełnoletni, wiec weszliśmy. A w środku… słabe procenty, jakby rozwodnione, no i czarni… sami czarni plus czasem azjaci… a im więcej czarnych było na parkiecie, tym muzyka była bardziej pod ich gust… Wieczór spędziliśmy więc przy czarnych rytmach otoczeni Murzynkami kręcącymi biodrami oraz azjatami kręcącymi azjatkami… czyli otwieraliśmy się na inne rasy i kultury… a po klubie? Wanda z lubym wrócili do domu (rano do pracy), a my postanowiłyśmy zrobić to, co nie udało nam się poprzedniej nocy, czyli zwiedzić London by night:D

Wzięłyśmy azymut na Big Bena i… doszłyśmy:) do London Eye i do innych miejsc znalezionych celowo czy przypadkiem. A wszystko było ładnie podświetlone (ale bateria w moim aparacie na widok Big Bena… padła)... na szczęście było jeszcze dwóch paparazzi… więc... zegar, parlament, oko… wszystko obstrykałyśmy z każdej strony :) a potem udało nam się nawet znaleźć przystanek, z którego odjeżdżał autobus pod nasz dom (choć nadal nie znałyśmy adresu, więc znów na skojarzenia i wspomnienia było trzeba jechać… i się udało:) a w domu czekał na nas materac, bo pokój obok był otwarty, więc tym razem noc była bardziej miękka:)

Brak komentarzy: