A potem poszłiśmy do Fright club, czyli cos w stylu domu strachów, choć tak naprawdę było to tylko kilka pokoi.. nawet fajne… I wróciliśmy do domu i padliśmy na łóżko i nic nam się nie chciało, bo zmęczenie materiału było już duże:/ ale… chwila odpoczynku i ruszamy dalej: balety!
Ale jeśli chodzi o tzw. Clubbing to tego wieczoru tez ponieśliśmy klęskę… choć nie tak wielka jak poprzedniej nocy. Klub nr 1 to dzieci. Sprawdzali ID, ale jak na moje oko, to 90% gości w środku może była powyżej 16, ale na pewno nie 18… więc postanowiliśmy poszukać imprez dla dorosłych. Klub nr 2 to problemy przy wejściu, bo Przemek zapomniał ID i mimo, że dużo bardziej wyglądał na 18 lat niż Ci, których wpuszczali, to nie pozwolili mu wejść. Do Klubu nr 3 zaprowadził nas naganiacz (tak jaki i do poprzednich), a tam: girls for free i uwierzyli Przemkowi, że jest pełnoletni, wiec weszliśmy. A w środku… słabe procenty, jakby rozwodnione, no i czarni… sami czarni plus czasem azjaci… a im więcej czarnych było na parkiecie, tym muzyka była bardziej pod ich gust… Wieczór spędziliśmy więc przy czarnych rytmach otoczeni Murzynkami kręcącymi biodrami oraz azjatami kręcącymi azjatkami… czyli otwieraliśmy się na inne rasy i kultury… a po klubie? Wanda z lubym wrócili do domu (rano do pracy), a my postanowiłyśmy zrobić to, co nie udało nam się poprzedniej nocy, czyli zwiedzić London by night:D
Wzięłyśmy azymut na Big Bena i… doszłyśmy:) do London Eye i do innych miejsc znalezionych celowo czy przypadkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz