19 sierpnia 2008

kierunek Walia

Plan miałyśmy ambitny: wstać o 7.30 i pojechać rano do Soho i Camdentown pooglądać dziwaków. Rzeczywistość (a dokładniej zmęczenie) zweryfikowała nasze plany i w końcu się wyspałyśmy:) Spokojnie wstałyśmy, zjadłyśmy śniadanie, zgrałyśmy zdjęcia i …oops, za godzinę odjeżdża autobus do Walii, a do dworca daleko… Tak się jednak złożyło, że o 12 tylko jedna miała jechać, a o 13 dwie pozostałe, bo nie było już biletów dla wszystkich na 13. Padło więc na Kaśkę, bo była już w miarę gotowa i z małym bagażem, a Marlena w szybkim szykowaniu się do wyjścia najlepsza nie jest (szczerze mówiąc to jest fatalna w te klocki), a ja tego poranka byłam ostatnia w kolejce do łazienki i miałam dużą walizkę. Kaśka więc pobiegła.

My z Marleną też zaczęłyśmy się zbierać i po jakimś czasie byłyśmy już na stacji metra i znowu: oops. Pan powiedział, że bezpośrednia linia do dworca jest zamknięta na jednym odcinku i musimy jechać innymi… wsiadłyśmy więc do wskazanego i czekamy aż ruszy… czekamy i czekamy… ustaliłyśmy już gdzie mamy się przesiąść, by było najszybciej i najmniej biegania miedzy stacjami… metro nadal stoi… stało jeszcze dłuższą chwilę, wiec robiło się coraz bardziej nerwowo… Zaczęli jednak schodzić się ludzie i w końcu ruszyło… potem biegiem z bagażami, potem uciekł nam pociąg bo east pomylił mi się z west:/ (bywa) a potem przeciskanie się miedzy przechodniami, którym nigdzie się nie spieszy:/ i udało się… nawet niezły czas miałyśmy, bo do odjazdy było jeszcze 10 min… zakupiłyśmy więc tzw. prowiant na drogę i ustawiłyśmy się w kolejkę do busa. Ale że byłyśmy na końcu, to usiadłyśmy oddzielnie (na dwóch końcach autobusu), ale moja sąsiadka sama zaproponowała, że może się przesiąść, więc jechałyśmy razem… czyli: kanapki i śpimy:) a po trzech godzinach spotkałyśmy się z Kaśką w Birmingham, bo tam miałyśmy przesiadkę, a dokładniej, to ona dosiadała się do nas. No i jedziemy… a wiezie nas crazy driver! W Walii padało i wiało, kręte, wąskie drogi, a ten zasuwał ile się da… tak szybko jechał, że dotarliśmy godzinę przed czasem! A jakie widoki były po drodze…ech, zielono, górzyście i owieczki… po prostu ślicznie.

Jesteśmy teraz w Aberystwyth… mieszkamy na campingu dla karawan z Marleną, jej siostra i koleżanką. Pełen luksus. Jest wszystko… brakuje tylko neta, więc musiałyśmy przejść się wieczorem do miasta poszukać hot spotów, by móc połączyć się ze światem… a potem, jak dziewczyny wróciły z pracy, to tak się zagadałyśmy, że znowu za mało czasu na sen było, ech, wyśpimy się w Polsce:)

Brak komentarzy: