tak,tak...jestem kelnerka,a w dodataku jestem Jennifer;) a kaska to Nichole:) na szczescie nie na dlugo:)a co...ciekawi dlaczego!?
no wiec bylysmy w pracy...w nowej pracy. Przyjechalysmy na test (jeden test ze stolikow),wiec ubralysmy sie przyzwoicie i o 8 rano dobijalysmy sie do drzwi...chyba ktos zapomnial,ze sie z nami umowil tak wczesnie?! Otworzyl glowny menager (zdziwiony,ze tak wczesnie i ze pewnie sie pomylilysmy,ze pewnie na 10,albo chociaz na 8 pm). No ale otworzyl nam i moglysmy w srodku poczekac(jak zwykle :poczekac) na naszego supervisora (przelozonego). Zjawil sie i ...niespodzianka: dokonczylismy wypelniac papierki i dal nam firmowe stroje i powiedzial,ze dzis beda 2 testy,no i ze juz dzis mamy pracowac! no wiec dzwonimy po marcina,by przyjechal po nas,bo musimy sie przebrac (a to wcale nie jest tak blisko, a marcin wcale nie ma czasu,a my wcale nie mamy telefonu,wiec zawsze musimy pytac sie skad mozemy zadzwonic...) no ale przyjechal, zabral nas, przebralysmy sie, przywiozl nas i poszlysmy pracowac:(
pierwszy dzien bylysmy host (hostessy przy drzwiach,ktore ciagle musza miec przylepiony usmiech i otwierac dzwi klientom i pytac sie :what's up , how you doing, hello itp. no i to samo jak wychodza...no i pokazywac ,gdzie moga usiasc-bo tu nikt nie siada ,gdzie chce,tylko zawsze gdzie ci kaza,a najczesciej,to sie w ogole czeka,by bylo cos wolne).no wiec sie caly dzien usmiechalysmy... (ten usmiech tak mi przykleil sie do twarzy,ze pozniej w sklepie tez sie usmiechalam do obcych ludzi i hello'walam ,i hey-owalam wszystkim...zboczenie zawodowe).ale najgorsze bylo jak dali mi koszulke,a kasce pilke i kaczke do wanny, bysmy chodzily miedzy stolikami i probowaly sprzedac... oczywiscie nikt nie chcial ode mnie koszulki (nie dziwie sie skoro koszulka taka sobie,a kosztowala ponad 15 $ plus podatek...bo tu w cenach nigdy nie ma podatku,wiec nigdy nie wiesz naprawde ile kosztuje...az ci podadza rachunek). no wiec ja nic nie sprzedalam,a kaska 2 pilki. (najgorsze bylo usmiechanie sie,gdy klienci juz na moj widok machali przeczaca glowa...bo tu nikt nie lubi marketingu. codziennie jest kilka telefonow od firm ,ktore sprzedaja cud-sprzet przez telefon...a nikomu nie chce sie zadzwonic-z braku czasu oczywiscie-do rzadu,by wpisac sie na list,ze nie chce sie,by do nich dzwoniono z promocjami itp,wiec np marcin,jak odbiera telefon,a tam probuja mu cos wcisnac,to wrzeszczy to sluchawki i ma ubaw, bo ludzie sami rezygnuja myslac,ze to jakis idiota...idiota,czy nie,ale dziala:)
No i na czym ja skonczylam!?aha, sprzedawalysmy...ale za duzo nie sprzedalysmy, wiec wrocilysmy do usmiechow przy drzwiach...i tak kilka godzin,az supervisor przypomnial sobie,ze mamy miec test,wiec o 3 pm zawolal nas do stolika i zrobil nam test (2 testy,wiec ten drugi pewnie nam kiepsko poszedl,bo w sumie przygotowalysmy sie tylko na 1)...no ale chyba zdalysmy,bo nie sprawdzil jeszcze,ale co najwazniejsze,to pochwalil nas:) ze sie usmiechamy i za gadamy z klientami (gadamy? to oni nas zaczepiaja,bo slysza,ze gadamy po chinsku ,czy w jakims innym,ale niezrozumialym jezyku, albo po angielsku,ale z akcentem,wiec nie mozemy opedzic sie od rozmow). Inne kelnerki tez z nami chca gadac,bo rzadko kto tak smiesznie mowi:) no ale skad te nasz nowe imiona?! otoz,tu wszyscy sa na ty. czy mowie do starszej babci,czy do niemowlaka,to zawsze po imieniu. wiec by klienci mieli latwie ,mamy plakietki z imionami...ale naszych oczywiscie jeszcze nie maja...no i poza tym nie moga wymowic... ja jestem iła lub iba, a katarzyna,to w ogole nie moga wymowic. wiec dostalysmy tymczasow plakietki. Ja dostalam Jennifer,a kaska wziela sobie Nichole.A co najciekawsze,to sa rozne rodzaje plakietek. my mamy pomaranczowe, bo jestemy pelnoletnie (mamy 21 lat), inne kelnerki maja biala,co znaczy,ze maja mniej nic 21 lat,a te co nie maja 18,to moga byc tylko host. a roznica jest taka,ze jak masz 18,to mozesz podawac piwo,a jak masz 21 to mozesz podawac i otwierac piwo...dziwactwo!
ech...no i tak minal pierwszy dzien treningu na kelnerki. ma to portwac okolo 6 dni i potem bede juz ganiac miedzy stolikami. w piatek bylysmy ostatni raz w pracy w hotelu...o,jejku, jak sie meksykanie dowiedzieli,ze juz nie bedziemy pracowac,to prawie za nami plakali. Jeden powiedzial,ze jestemy dobrzy ludzie,ze jestesmy inne,bo te meksykanki,to obgadyja sie, krzycza na siebie,a my jestesmy mile...ech,co kraj,to obyczaj:) no wiec ostatni raz co chwila robilysmy to samo i...oj, wole w restauracji. w hotelu mnie bardziej bola nogi niz jak musze pracowac jako kelnerka. no i w ogole nudna ta praca...nic sie nie dzieje...wiec za tydzen po czek:) a jutro znowu do restauracji:) hihihi
ewa_jennifer
25 czerwca 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz