pierwszy dzien w pracy... bylysmy punktualnie,wiec... znowu musialysmy czekac. W koncu ktos sie zjawil i kaska razem ze swoja meksykanka poszla pracowac,a ja czekalam na swoja,ktora zawsze sie spoznia...(Jestesmy jedynymi bialymi housekeeper, wszyscy inni to meksykanie, wszystkie informacje i ogloszenia sa po hiszpansku ;nawet jak sie sklada podanie o prace,to trzeba podac kolor skory. jest: biala, czarna, afro-amerykanska i hiszpanska. tak wiec meksykanow jest pelno,a wiekszosc pracuje na czarno)... w koncu przyszla moja. Przydzielili mi ja,a w sumie ja zostalam przydzielona jej.dali mi wlasnie ja,bo najlepiej mowi z nich wszystkich po angielsku,w ogole to malo kto z nich mowi po angielsku (trudno to nawet nazwac angielskim, bo maja akcent,a co drugie slowo jest hiszpanskie),wiec latwiej dogadac sie na migi. A ze znam pojedyncze slowa po hiszpansku, no i po gestykulacji, latwo bylo poznac,ze nas ciagle obgaduja.
Pierwsze co,to spytali sie czy mowimy po hiszpansku... ale czy na pewno nic nie rozumiemy, ani slowa!? no i potem zaczeli nas obgadywac. jak sie jakies spotkaja na korytarzu,to krzycza i wrzeszcza po tym swoim hiszpansku... ble,ble,ble!
wracajac do pracy... dzien pracy rozpoczyna sie wlozaniem do maszynki swojej kratki,ktora nabija godzine przyjscie , wyjscia i podlicza ile godzin sie pracowalo i to wszystko drukuje na tej kartce(tak jak w kreskowkach).no wiec, skasowalam swoja kartke i poszlam za moja meksykanka.................................................................................
............................................................................................................................................................
............................................................................................................................................................
to byl dlugi dzien... skonczylam po trzeciej i przez bite siedem godzin robilam ciagle to samo...nuda. Kaska to chociaz miala jakies rozrywki,bo goscie byli w pokojach,wiec mogla chociaz z kims pogadac,ale zawsze bylo to samo: budownictwo!? wow! wow! wow! nie moga sie nadziwic,ze takie studia, ze z europy,ze mowia po angielsku,a sprzataja w hotelu.i ja sie teraz nie dziwie, bo skoro studiuje budownictwo,to powinnam chociaz pracowac z amerykanami albo chociaz z kims z kim moge pogadac, a nie z kobietami,ktore przez cale zycie sprzataj w hotelu i nie maja nic do powiedzenia poza odgadywaniem nas. nie,zebym sie wywyzszala,ale... skoro mieszkaja tu juz tyle czasu,to moglyby robic cos innego,nauczyc sie jezyka,a nie zbudowac sobie getto i ciagle tylko krzyczec :muczacza, maniana, porfawor... Ok, koniec o meksykanach. (jeszcze tylko jedno: jak skonczylysmy,to ja z kaska szlam na piechote,a moja meksykanka wsiadla do swojego vana...brrr . to caly urok stanow: mozesz tylko sprzatac w hotelu,a na samochod na pewno bedzie cie stac) no wiec tak sobie szlysmy w 40-stopniowym upale,zmeczone,bez wody i pod gorke, i znowu na nas trabili... ale co najfajniejsze,to nie wiedzialysmy gdzie isc ,wiec ...szlysmy "na czuja"...ale doszlysmy:)
ewa
PS doszlam do wniosku,ze jestem stworzona do wyzszych celow:)
PS w srode idziemy zlozy podanie na kelnerki
8 czerwca 2004
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz