15 lutego 2008

na stopa u turkow

wybralysmy sie na turecka strone... cztery dziwczyny... zaczelo sie tym, ze w polowie drogi na granice Marlena zorientowala sie, ze nie ma paszportu... ja z Kasia poczekalam, a Marlena z druga Kasia wrocily sie do domu... nagle dzwoni Marlena z pytaniem gdzie jestemy... bo po nas zajada... bo jada stopem... hehe... no i zajechaly... no i pan nas podwiozl pod sama granice:) mowil,ze mial po drodze (oni zawsze maja po drodze) ... zachecone tym, ze mozna podrozowac za darmo, postanowilysmy do Famagusty ( bo to byl nasz dzisiejszy cel) tez pojechac za darmo... a mialysmy dobry agrument: cztery dziewczyny, w tym jedna blondi:)

zawrocilymy z drogi na postoj busow i poszlymy na druge, gdzie sie jedzie w strone Famagusty... czekamy, czekamy, machamy, machamy.... i nic, trabia na nas, usmiechaja sie... zatrzymuja,ale nie jada tam gdzie chcemy,a poza ty ciezko sie dogadac... w koncu znalazl sie taki kierowca, ktory pozytywnie zareagowal na slowo Famagusta i nie przeszkadzalo mu,ze jest nas az 4, a on ma tylko wolne 2 miejsca... jedziemy... jedziemy... i zajechalsmy.... na postoj busow do Famaguty... heh, turcy nie wiedza co to znaczy jazda na stopa:/ wiec jednak pojechalysmy busem...

Brak komentarzy: